Tosty po meksykańsku, Sandwich Club | FILM.ORG.PL

Tosty po meksykańsku

W tym całym nic-nie-robieniu i z błahych rozmów zaczyna wyłaniać się rodzinny dramat: matki, której syn dorasta, a ona nie może temu procesowi zapobiec, choćby bardzo się starała.




Zamienię mamę na dziewczynę




Ewelina Świeca
18.01.2015


7651465.3

Już czołówkowa wersja popularnego „Where is my mind” jest niejako podpowiedzią, z jakim filmem możemy mieć do czynienia. Lightowe, liryczne „Where is my mind” to zapowiedź filmu prostego i skromnego. Prawie że kameralnego, rozpisanego na dwie, momentami trzy postacie, z akcją godną określenia „nic się nie dzieje”.

Akcja filmu toczy się w ciągu kilku dni na wyjeździe wakacyjnym. Paloma (María Renée Prudencio) i jej dorastający syn Hector (Lucio Giménez Cacho) spędzają czas w hotelu, nad jego basenem i pobliskiej plaży. Są na wakacjach. Relaks. Wymarzona nuda. Czas się sączy, słońce grzeje, Hector o coś pyta, raczej błahego lub śmiesznego, pogodna matka odpowiada i tak na zmianę. Wydaje się, że problemów brak, no poza tymi z serii, co zjeść, jaki kostium założyć, czy iść na plażę. A jednak. W tym całym nic-nie-robieniu i z błahych rozmów zaczyna wyłaniać się rodzinny dramat: matki, której syn dorasta, a ona nie może temu procesowi zapobiec, choćby bardzo się starała. Już nie dziecko, ale jeszcze nie dorosły Hector dla Palomy pozostaje nadal tym pierwszym, czego dowodem jest cały film.

O ile na początku nieśmiało myślimy, że Hector trochę się nudzi z matką, tak gdy w hotelu pojawi się nastoletnia Jazmín (Danae Reynaud), nasze przeczucie przerodzi się w pewność: Hector bardzo się nudzi z mamą i właśnie w te wakacje sam sobie to uświadomił. Ale to nie zmienia faktu, że Hector jest nastolatkiem idealnym: nie pyskuje, wakacje spędza z matką, którą szanuje, mówi, gdzie idzie albo gdzie był. Nie przypomina (w zachowaniu i wyglądzie) ani Dylana z „Beverly Hills…”, ani żadnego z „elementów składowych” One Direction. Bliżej mu do nastolatków z filmów Seidla, choć i całe „Tosty po meksykańsku”, i postać Hectora nie są tak straszne jak świat i bohaterowie u Seidla.

Club-Sándwich

Inną uchwyconą przez reżysera, Fernando Eimbcke, obserwacją, jest to, że dorastający Hector i Jazmín są na etapie „życia we własnym świecie”, izolują się, odcinają się od dorosłych, milczą albo udzielają najkrótszych z możliwych odpowiedzi. Ów „własny świat” odkrywają sami, a skoro dla nich jest jeszcze nieprzenikniony, to nie powinno dziwić, że rodzice mogą nie mieć pojęcia o tym świecie, mogą nie rozumieć zmiany zachowania swoich „pociech”. O ile Paloma ma wgląd w życie syna, tak rodzice Jazmín są jedynie tłem w jej życiu, w niczym jej nie przeszkadzają – zdaje się, że Hector marzy właśnie o takiej sytuacji.

Choć reżyser porusza oczywiste tematy, to robi to bardzo trafnie. Jest subtelny, chwilami liryczny, mimo że pokazuje bardzo intymne chwile z życia bohatera, bliskie naturalizmowi. Nie komplikuje, nie dramatyzuje, o tragedii mowy nie ma, chociaż Paloma cierpi, a Hector się męczy i ma dość. Film ociera się wręcz o komedię. Interesująco zbudowano napięcie wynikające z uczuć między matką i synem oraz puli rodzących się emocji między Jazmín a Hectorem. Mogą rozboleć plecy patrząc, jak niewygodnie wygląda siedzenie spiętych bohaterów na brzegu łóżka. Męczy patrzenie, jak Hector umęczony jest leżeniem w samotności. Najlepszą ze scen jest ta, gdy Paloma, Hector i Jazmín grają w zadania. Napięcie, paleta emocji, wszystkie pragnienia zostają świetnie zagrane przez całą trójkę aktorów. W „Tostach po meksykańsku” reżyser postawił na drobiazgi-symbole, na których zgromadzony jest cały ładunek emocjonalny każdej ze scen, chociażby kostium kąpielowy, klimatyzacja czy krem na poparzenia słoneczne. Nie ma tu wielkich pytań i słów, których znaczenia trzeba by sprawdzać w słowniku, a dialogi są do bólu proste, ledwo składne.

maxresdefault

Nie jest do przewidzenia, czy reżyser na koniec zafunduje nam happy end, powrót do punktu wyjścia, otwarte „drzwi” czy może uśpił naszą czujność przed zbliżającą się końcową tragedią. Co jest plusem. Natomiast już sam wybór zakończenia, swoista zamiana ról, ukonstytuowanie nowych pozycji i funkcji – pozostawia nas spokojnymi, zamyka historię – ale czy jest to satysfakcjonujące? Chyba nie do końca satysfakcjonuje takie poprawne zakończenie.

Nie sposób oceniać drugiego i kolejnych planów aktorskich, bo w zasadzie ich nie ma. Pojawiające się na chwilę postacie wpasowują się w tło, w scenografię, całkowicie oddając pole do popisu głównej trójce (poza obsługą hotelu na początku, która jakoś tak bez sensu pucuje czyste okna, i choć jest daleko w tle, przykuwa uwagę tym niepotrzebnym szorowaniem błyszczących szyb). I ślamazarny, naburmuszony Hector, i urocza oraz pewna siebie Jazmín wypadają świetnie, jednak czy celowo, czy też przesadnie tak wyszło, czujemy się od nich odizolowani; trudno jest ich polubić bardziej, trudno jest się wczuć w ich skórę, choć reżyser zrobił wszystko w kwestii zrozumienia tych postaci, a my wiemy, że trzeba im kibicować. Ale właśnie, wiemy, a nie czujemy. Jedynie Palomę polubimy tak naprawdę. Jest otwarta, zwyczajna i najsympatyczniejsza, i nawet, gdy ze słodkiej mamusi wychodzi zaborcza matka, nie tracimy sympatii do tej postaci.

669

Film Fernando Eimbcke wart jest uwagi i daje wybrzmieć poruszonemu tematowi w ładny, prosty, spójny sposób, jednak zdecydowanie mocniejsze w wyrazie, ciekawsze i bardziej zapadające w pamięć są filmy „Pragnienie miłości” z 2013 roku (tragiczna wersja dojrzewania) lub „W jego oczach” z ubiegłego roku (wersja delikatniejsza z bardziej skomplikowanym problemem dorastania).












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Haker

Następny tekst

Haker



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE