Tore Tantz - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Tore Tantz (prosto z Cannes)

Przez niemal dwie godziny oglądamy fizyczne oraz psychiczne umęczanie głównego bohatera, który wciąż powraca do domu swoich oprawców.




Banalny Hiob




Filip Jalowski
23.05.2013


„Tore Tanzt”, funkcjonujący również pod tytułem „Nothing Bad Can Happen”, to jedyny niemiecki film pojawiający się w sekcji Un Certain Regard (w konkursie głównym naszych zachodnich sąsiadów brak całkowicie). Ten fakt został wyraźnie zaznaczony w trakcie przedstawienia ekipy przed rozpoczęciem pierwszego canneńskiego seansu. Sympatyczna reżyserka, debiutująca Katrin Gebbe, serdecznie dziękowała przyjaciołom, publiczności oraz jurorom. Z dużą szczerością cieszyła się również z faktu, że jej film będzie oceniał Thomas Vinterberg (obecny na sali), czyli tegoroczny szef jury Un Certain Regard – jeden z jej ulubionych reżyserów. Początek był zatem bardzo optymistyczny. Niestety, po seansie pomyślałem sobie, że dla niemieckiej kinematografii lepsza byłaby całkowita nieobecność w programie festiwalowym. „Tore Tanzt” to najgorszy film jaki widziałem w Cannes. Zły od samego początku, aż po litery końcowe.

Przede wszystkim, kuleje tutaj scenariusz. Tore jest młodym chłopakiem, który należy do odcinającej się od kościoła grupy religijnej „Jesus Freaks”. Jej członkowie uważają Chrystusa za wzór do naśladowania i próbują przejść przez życie krocząc jego śladami. O ile większość członków grupy szybko zaczyna łamać wszelakiego typu zakazy oraz postanowienia, które stanowią fundament dla jej powstania, to Tore traktuje sprawę bardzo poważnie. Z jego ust wciąż słyszymy, że to Jezus jest mu najbliższy, że Jezus jest jego najlepszym przyjacielem. Po jednym z ataków epilepsji chłopak trafia do domu Benno. Początkowo mężczyzna traktuje go jak członka rodziny, otacza opieką. Z czasem zaczyna znęcać się nad chłopakiem i podśmiewać z jego wiary. Cały zamysł scenariusza polega zatem na tym, aby Tore został umęczony tak, jak Jezus Chrystus. Jego ofiara ma natomiast uratować dzieci Benno, które przed jego przybyciem były zastraszone przez ojca i niezdolne do wykonania żadnych działań, które mogłyby zmienić ich los.

Wariacja na temat postaci Chrystusa/Hioba jest w filmie Gebbe niezwykle banalna. Przez niemal dwie godziny oglądamy fizyczne oraz psychiczne umęczanie głównego bohatera, który wciąż powraca do domu swoich oprawców. Z tego umęczania jednak nic nie wynika. Tore może i postępuje jak Jezus, ale co z tego? Gebbe zapomina o dodaniu jakiegokolwiek komentarza do zachowań chłopaka. Brak tu jakiejkolwiek refleksji. Ot, robimy adaptację biblijnej opowieści, zmieniamy jednak tło z Bliskiego Wschodu na współczesne Niemcy. Gebbe nie tłumaczy motywacji sadystycznego Benno, nie usiłuje zrozumieć samego chłopaka. Pozostałe postacie są natomiast czysto pretekstowe – pojawiają się jedynie po to, aby podkreślić konflikt na linii dobro – zło, kat – ofiara, itd.

„Tore Tanzt” zostało wygwizdane. Z racji tego, że na sali siedziała cała ekipa, nie pochwalam takich zachowań, ale potrafię zrozumieć sfrustrowanych widzów. Film Gebbe nie powinien znaleźć się w tym konkursie. Kinematograficzna porażka.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

We Are What We Are (prosto z Cannes)

Następny tekst

Cannes, dzień 7: Czasem słońce, czasem deszcz



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE