nowości kinowe

THOR: RAGNAROK. Wielka Improwizacja, czyli błyskotliwy monolog Taiki Waititiego

Trzecia część Thora to taki trochę kumpel-oszołom, którego wszędzie jest pełno, zawsze kradnie uwagę, ma w zanadrzu najlepsze anegdoty i nigdy nie można się z nim nudzić, nawet jeśli kilka razy nie wywiąże się z obietnic.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Lucy in the Sky with Diamonds

Marvel Studios nadal zgarnia wszystkie pieniądze świata, ale z poziomem filmów jest już różnie – jasne, większość produkcji zachowuje stabilnie dobry poziom, ale nietrudno zauważyć, że schematyczność opowiadanych historii oraz idąca z tym przewidywalność składają się na wyraźne słabe punkty w tej kolektywnej maszynie zagłady, jaką jest największe współdzielone uniwersum w historii kina. Dobrym przykładem jest w tym przypadku Doktor Strange – przyjemne filmidło, ale dosyć mocno nadgryzione przez wypaloną formułę genezy bohatera i nużący scenariusz.

Na szczęście włodarze studia cały czas kombinują i z coraz większą chęcią ryzykują z oddawaniem swoich marek w ręce reżyserów, którzy na pierwszy rzut oka średnio przystają do kina superbohaterskiego. James Gunn był strzałem w dziesiątkę, podobnie bracia Russo, a teraz – przy trzeciej części przygód Thora, do tej pory najbardziej pokiereszowanej serii, cały czas szukającej swojego stylu – zdecydowali się na ryzyko dotychczas największe, bo Taika Waititi to reżyser niezwykle specyficzny, autorski potwór, który ma styl równie rozpoznawalny jak Edgard Wright (który stracił pracę przy Ant-Manie z powodu różnic kreatywnych).

Już materiały promocyjne i zwiastuny zapowiadały coś unikalnego – feeria barw, nacisk na elementy komediowe, stylistyka niczym wydarta z Flasha Gordona. I naprawdę miło mi stwierdzić, że finalny produkt nie odstaje od kampanii promocyjnej i znowu z wykopem napędza całe uniwersum świeżą energią. Najważniejszy plus – widać, że to film Waititiego, gdzie studio musiało dać mu naprawdę sporo miejsca do oddychania. Nie ma tu powtórki ze stylu Strażników Galaktyki – tam gdzie film Gunna przypominał wesołą posiadówkę dobrych przyjaciół przy piwie, Nowozelandczyk zabiera swoją grupę unikalnych bohaterów na podróż po LSD. Humor nie opiera się tutaj na szastaniu nostalgią, co mogły zapowiadać trailery, ale jest przede wszystkim przesycony improwizacją – żaden z dotychczasowych reżyserów filmów „komiksowych” (nie tylko tych z MCU) nie dawał aktorom takiej swobody na polu własnej kreatywności, dzięki czemu lwia część żartów i dialogów wygląda niezwykle naturalnie. Niektóre są uroczo przeciągnięte, mocno abstrakcyjne, zazwyczaj wyraźnie odstające od tych z poprzednich filmów z serii, ale reżyser cały czas trzyma całość w ryzach i nie pajacuje tutaj na siłę. W kilku momentach miałem wrażenie, że pewne zagrywki można sobie było darować, ale te pozytywne wynagradzają wszelkie niedociągnięcia. Nie ma tu też sztucznego rozładowywania scen dramatycznych tymi zabawniejszymi – film utrzymuje cały czas znakomite tempo i przemyślaną strukturę; rozkręca się powoli, ustawiając na planszy pionki i relacje, ale gdy tylko akcja przenosi się w kosmos, następuje odświeżające narkotyczne uderzenie, a ziemskie przytłumione kolory zostają zastąpione potokiem pastelowych barw.

Waititi nie próbuje tu łapać kilku gatunkowych srok za ogon i konsekwentnie rozwija swoją dziwną wizję – poważniejsze tematy wynikają z dotychczasowych przygód bohaterów (znakomicie poprowadzone relacje na liniach Thor – Loki; bracia – Odyn), ale podstawą filmu jest poczciwe kino przygodowe w sosie SF z domieszką fantasy, takie w duchu Władców wszechświata czy wspomnianego już Flasha Gordona, zachowujące serce tych produkcji, trzymane jednak w kupie silną autorską ręką. Akcja nie oszczędza bohaterów, przeskakuje z gracją pomiędzy Ziemią, Asgardem i Sakaar – kosmicznym śmietnisku, gdzie mają miejsce walki super-gladiatorów – ale wszystko to łączy się w zgrabną całość i nawet jeśli jakiś element kuleje, np. ciekawa postać Heli wpada na tory typowego superbohaterskiego złoczynienia, to jest w jakiś sposób naprawiany (w tym wypadku przez błyskotliwy finał).

Ale największym plusem całości jest przebijająca tutaj z każdej sceny dobra zabawa aktorów, którzy wyraźnie mogą sobie pozwolić na więcej, nie są ograniczani przez scenariusz (który prezentuje po prostu niezbyt skomplikowaną opowieść o dziedzictwie, rodzinie oraz odpowiedzialności), przez co wszystko wygląda tutaj naturalnie, zabawnie i szczerze – wymiany zdań są kapitalne, reakcje postaci niespodziewane, a żarty unikalne i po prostu trafione. W czym wielka zasługa obsady – Chris Hemsworth czasami może zbyt często robi ze swojej postaci głupka, ale jego dorastanie do roli prawdziwego boga piorunów jest sensowne; Mark Ruffalo kradnie tutaj każdą sekwencje jako poczciwy olbrzym i zagubiony naukowiec; Tessa Thompson jest prawdziwym objawieniem – nie będąc tylko dodatkiem do tworzącego się zespołu, a integralną jego częścią (zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jej energia elektryzuje tutaj nie mniej niż ta Wonder Woman); Tom Hiddleston w końcu może w pełni pokazać swój talent komediowy (a przy okazji najlepiej wypada w scenach dramatycznych); Cate Blanchett balansuje na granicy kiczu, nie przekraczając jej jednak ani na moment, a Jeff Goldblum zalicza tutaj chyba swoją najbardziej „Goldblumową” rolę, bo momentami ma się wrażenie, że ktoś go po prostu nagrywał z ukrytej kamery. Zresztą nawet w założeniach mniejsze role, jak Skurge (Karl Urban) czy Korg (sam Waititi) są tutaj naprawdę dobrze poprowadzone i zostają w głowie po seansie.

Pod względem technicznym dostajemy dopasowaną do całego tego dziwnego sosu jazdę bez trzymanki. Wszystkie światy są przemyślane, kolorowe, a Asgard w końcu żyje, jest wypełniony mieszkańcami, mamy szansę zajrzeć w inne jego miejsca niż tylko sala tronowa i w końcu obok elementów SF mocno zostaje zarysowana strona fantasy. Dodatkowo oblewająca tutejszą scenografię dosyć psychodeliczna paleta barw całkiem nieźle łączy się z muzyką (jednak nie jest to bieg przez znane klasyki, jak w Strażnikach Galaktyki), a Waititi pozwala sobie na kilka błyskotliwych kinofilskich cytatów (nawiązanie do Willy’ego Wonki i fabryki czekolady to czyste złoto).

Thor: Ragnarok nie jest żadnym arcydziełem, ale nie aspiruje do wiedzenia uniwersum Marvela na barykady – Waititi chce po prostu zabrać widzów w nieprzewidywalną, kolorową i angażującą podróż, co udaje mu się naprawdę dobrze. Przy tym zachowuje swój styl i aplikuje w świat Thora pełną dawkę niepodrabialnego humoru – który może nie każdemu przypaść do gustu, ale zdecydowanie stanowi dobrą drogę dla tej trochę zagubionej filmowo postaci. Trzecia część Thora to taki trochę kumpel-oszołom, którego wszędzie jest pełno, zawsze kradnie uwagę, ma w zanadrzu najlepsze anegdoty i nigdy nie można się z nim nudzić, nawet jeśli kilka razy nie wywiąże się z obietnic. Warto wybrać się do kina, bo to kolejny oryginalny dodatek do rozbuchanego uniwersum, zapewniający bezpretensjonalną przygodę i jednocześnie będący autorską petardą – może i wadliwą w kilku miejscach, ale huk będzie brzmiał widzom w głowach jeszcze długo.

Ostatnio dodane