nowości kinowe

The Raid

Ze świetnie zapowiadającego się, niegłupiego i trzymającego w napięciu thrillera, „The Raid” przeistoczył się w bezmyślne i, co gorsza, mało widowiskowe mordobicie.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Zabili go i uciekł

Mimo zbliżania się do granic wieku średniego i coraz poważniejszego podejścia do kina (Fellini, Bergman, Kieślowski, Kurosawa, Antonioni – zaliczeni lub z grubsza liźnięci), jedną nogą stoję wciąż w mało wymagającym, a i często zupełnie bezmyślnym kinie rozrywkowym. Pokaż mi pan porządną strzelaninę, a z aprobatą przytupnę nogą. Po całkowitym odrzuceniu (braku) scenariusza z radością łykam nawet obezwładniającą zmysły rozpierduchę z trylogii „Transformers” – oprócz „dwójki” oczywiście, bo tę potrafi przełknąć tylko Dewastator. Konkretnym pościgiem na autostradzie też nie pogardzę, pewnie dlatego znam na pamięć każdą sekundę słynnej sekwencji z „Matrix: Reaktywacja”. Lubię przy tym jak film ma jasno określoną konwencję, która nie zmienia się nagle w połowie seansu. Chlubny wyjątek stanowi ocierający się o geniusz zwrot akcji z „Od zmierzchu do świtu”, ale precedensami nie będę się tu zajmował. Jeżeli reżyser decyduje się na dramat, powinien utrzymać się w jego ramach od początku do końca. Jeżeli film jest o karate, akcja nie powinna nagle przenosić się na salę sądową i vice versa. Mniej więcej tak właśnie zepsuto „The Raid”, z którym wiązałem ogromne nadzieje…

Świat zachwycił się indonezyjsko-amerykańskim „The Raid” – wysokie oceny na IMDb (8,0) i RottenTomatoes (83%), etykietka „Najlepszego filmu akcji ostatniej dekady” oraz świetny trailer, zwiastowały nadejście nowego króla kina akcji, klasy co najmniej „Szklanej pułapki” czy „Speed”. I owszem, pierwsze 30 minut to prawdziwa petarda, której nie powstydziłby się sam John Woo. Dwudziestoosobowy Oddział SWAT wkracza do 30-piętrowego bloku, w którym obok ludzi z nizin społecznych mieszka sobie doskonale zorganizowany kartel narkotykowy prowadzący niezarejestrowaną działalność gospodarczą. Uzbrojeni po zęby gliniarze, ku swojemu zdziwieniu i uciesze widzów, w oka mgnieniu zostają odcięci od świata zewnętrznego i uwięzieni w budynku. Otoczeni przez hordy wyposażonych w broń krótką, długą i snajperską przeciwników, zdani są wyłącznie na siebie, a z każdym wystrzałem żołnierzy kartelu, ich oddział traci na liczebności.

Co za klimat, gęsty od krwi, dymu i huku eksplozji! Nacierający na policjantów tłum bezimiennego, pozbawionego sumienia mięsa armatniego z piekła rodem, przywołuje jak najlepsze skojarzenia z klasycznym „Atakiem na posterunek 13”. Nawet muzyka w niektórych momentach jest podobna, a wysadzenie w powietrze butli z gazem w celu masowej eksterminacji napierającego wroga, to niemal kopia finału klasyka Carpentera. Osaczenie i beznadziejne położenie to szarpiące nerwy widza cechy wspólne obydwu filmów. O ile jednak Carpenterowi udało się wynieść na wyżyny i utrzymać napiętą atmosferę zagrożenia do końca „Ataku…”, tak w „The Raid” w połowie seansu wszystko sypie się niczym domek z kart, a początkowy klimat pęka z trzaskiem jak kość po uderzeniu z karata.

Początkowa sytuacja oddziału SWAT jest tragiczna/fatalna/katastrofalna/beznadziejna – z każdego zaułka, z każdych drzwi, każdego okna może wpaść zabójcza kula, pozbawiając życia gliniarza, który nieopatrznie wychylił głowę o centymetr za daleko. Snajperzy i strzelcy przeciwnika są po prostu wszędzie, bezlitośnie zmniejszając liczebność policjantów. I nagle, ten genialnie zainscenizowany survival-movie przeistacza się w kung-fu movie, obracające w niwecz to, co wypracowała w pocie czoła pierwsza połowa. Odniosłem wrażenie, że operator w kinie pomylił szpule i obejrzałem końcówkę innego filmu niż zaczynałem. Jak za dotknięciem magicznej różdżki znikają strzelcy, ba! znika jakakolwiek broń palna (i to po obydwu stronach konfliktu), a przeciwnicy – teraz także zwykli lokatorzy znęceni widmem nagrody za policyjne głowy – posługują się tylko pięściami, w porywach nożem lub pałką. Pojawia się też, niczym w grze komputerowej na końcu „levela”, lokalny boss, czekający na wyszkolonego gliniarza, by zmierzyć się z nim w pojedynku sam na sam. Bitka trwa i trwa, jest długa, monotonna i nie oferuje niczego, czego byśmy w kinie kopanym nie widzieli.

Ze świetnie zapowiadającego się, niegłupiego i trzymającego w napięciu thrillera, „The Raid” przeistoczył się w bezmyślne i, co gorsza, mało widowiskowe mordobicie. Gdyby jeszcze sekwencje walk oczarowały moje zmysły, przymknąłbym oko na tak nagłą zmianę konwencji i obniżenie poziomu dramaturgii, na umownie znikające karabiny i próby kreowania głównej postaci na azjatyckiego, nieśmiertelnego Johna McClane’a. Ale druga połowa filmu jest zbyt komiksowa i naiwna, a główny bohater nie jest grany przez Bruce’a Willisa, co zaowocowało tym, że w żaden sposób nie potrafiłem go polubić. To, co nie udało się złym ludziom kartelu, udało się scenarzystom –  wrzucając głównego bohatera w jakieś hop-siup-bum-trach klimaty rodem z „Mortal Kombat”, zabili go. I uciekł.  

PS. Polecam mało znany u nas „The Protector” z Tonym Jaa łamiącym przed kamerą mnóstwo gnatów, i fenomenalną sekwencją walki nakręconą na jednym ujęciu. Film jest o ratowaniu ukochanego słonika, ale niech was to nie zwiedzie, „The Protector” to jedno z najostrzejszych, najbardziej brutalnych i najlepiej nakręconych mordobić wszech czasów: 

 

Ostatnio dodane