The Last Days on Mars - Ta przeklęta planeta | FILM.ORG.PL

The Last Days on Mars

Kolejna wyprawa na Marsa zakończona fiaskiem - zarówno artystycznym, jak i finansowym.




Ta przeklęta planeta




Jakub Piwoński
16.12.2013


last_days_on_marsOstatnio dowiedziałem się o dość ciekawej zależności. Otóż niemal każdy film zawierający w tytule planetę Mars, zalicza finansową klapę. Tak było choćby w przypadku „Najeźdźców z Marsa”, „Duchów Marsa”, „Misji na Marsa”, czy ostatnio „Matek w mackach Marsa”. Mało tego, czasem nawet nazwa tej planety w tytule pojawić się nie musi, jeno akcja zostanie na niej umieszczona, ale widz i tak zwietrzy podstęp i do kina się nie wybierze („Czerwona planeta”, „Doom”). Zasugerowani tym faktem disnejowscy producenci „Johna Cartera”, ani myśleli wypuszczać film tytułując go tak, jak jego książkowy pierwowzór – „Księżniczka z Marsa”. W niczym jednak te przezorne starania nie pomogły, bo oczekiwanego sukcesu obraz i tak nie osiągnął. Są tylko dwie opcję tłumaczące to zjawisko: albo mamy do czynienia z jakąś irracjonalną klątwą, albo twórcy filmów o Marsie nie dysponują odpowiednio interesującymi pomysłami. Po seansie „The Last Days on Mars” skłaniałbym się raczej do tej drugiej opcji.

Nawet nie mam ochoty opisywać wam fabuły tego „widowiska”, a to dlatego, że zwyczajnie nie lubię się powtarzać. Już bowiem co najmniej kilkukrotnie zdarzyło mi się przytaczać taki przebieg historii wraz z istotnymi szczegółami. I z pewnością jeszcze niejednokrotnie to uczynię. Bo dla wielu twórców science fiction schemat ten wciąż wydaje się skrywać w sobie jakąś wartość.

the-last-days-on-mars04

O czym mowa? A o klasycznej ekspedycji badawczej, odbywającej się na obcej planecie, której przebieg za sprawą jakieś bliżej nieokreślonej formy życia wyłamuje się spod kontroli. I to tyle, dobrze znacie tę historię, widzieliście już ją setki razy i w żadnym wypadku nie mylicie się w swoich przypuszczeniach co do tego, jak według was się skończy. Moja recenzencka rzetelność, w imię której wypada mi przybliżyć wam to, co dzieje się na ekranie, kończy się zatem właśnie w tym momencie.

Mylili się zatem ci, którzy upatrywali w „The Last Days on Mars” szansy na to, by przełamać niechlubną serię porażek filmów o czerwonej planecie. W warstwie fabularnej film ten nie posiada ani krzty potencjału; nie posiada wartościowego wyróżnika, dzięki któremu mógłby obronić się na tle reszty produkcji SF o podobnej tematyce. Z kolei tym, co w scenariuszu występuje w nadmiarze, są pełne ignorancji dla inteligencji widza uproszczenia. Przebieg wydarzeń jest tak dalece przewidywalny, że nie ma mowy o odczuwaniu jakiegokolwiek napięcia, a już tym bardziej o przejęciu się losem bohaterów. A bez tego nie jesteśmy w stanie przebrnąć przez seans inaczej, niż z przeszywającym uczuciem nudy.

the-last-days-on-mars

Ale film posiadał jeden ważny atut, który jeszcze przed seansem skłaniał mnie do umiarkowanego optymizmu. Na stołku reżyserskim zasiadł młody irlandzki twórca Ruairi Robinson, który dotychczas mógł pochwalić się kilkoma krótkometrażówkami, utrzymanymi w klimatach SF. Wyjątkowo oryginalne są to dzieła, zarówno na poziomie treści, jak i formy. Za jedną z nich – „Pięćdziesiąt procent szarości” – był nawet w 2002 roku nominowany do Oscara. Niestety dość często bywa tak, że tym, którzy wyspecjalizowali się w krótkim metrażu, romans z metrażem pełnym wychodzi bokiem. O wiele trudniej jest im wówczas porozkładać akcenty, trudniej operować napięciem. Ruairi Robinson jest dobrym przykładem na potwierdzenie tej zależności. Życzę mu jednak jak najlepiej, bo ewidentnie chłop jakiś nieodgadniony potencjał w sobie skrywa. Oby przy kolejnym pełnym metrażu – jeżeli oczywiście do takowego dojdzie – dostał od producentów lepszy skrypt do realizacji lub po prostu pozwolono mu napisać własny.

Nie lubię wspominać o aktorstwie, gdy odgrywa ono marginalną rolę w procesie odbioru danego obrazu, ale w tym wypadku zrobię wyjątek. Warto bowiem nadmienić, iż w obsadzie znajdziemy trzy ważne nazwiska, które z pewnością znajdą swoich zwolenników. Liev Schreiber, Olivia Williams, Elias Koteas dysponują może dość umiarkowaną siłą przyciągania, jednak ich aktorskie umiejętności stoją na wyjątkowo solidnym poziomie. I udowadniają to także w „The Last Days on Mars”. Prym wiedzie Williams i jej wersja „załogowej zgorzkniałej baby” – można tylko ubolewać, że musiała oddać ekranowy czas młodszej koleżance z planu, dalece nijakiej w odgrywanej roli.

Z innych rzeczy, które na przyzwoitym poziomie stoją, ale w żaden sposób nie są w stanie wpłynąć na ostateczny odbiór filmu, to z pewnością oprawa audiowizualna. Rzetelna praca kamery, kilka klimatycznych ujęć, dobry dobór kolorystyki. Scenografia i kostiumy wykonane tak, by nie razić efekciarstwem, ale budować wiarygodność. No i muzyka, która zawiera kilka naprawdę niezłych fragmentów, mających zadatki do dopełnienia wyjątkowej atmosfery, której niestety tak bardzo w filmie brakuje.

Wszystko bowiem sprowadza się do boleśnie wtórnego scenariusza, który nie pozwala mi spojrzeć na „The Last Days on Mars” okiem przychylnym. Tak się po prostu nie da. Nie da się zainteresować widza filmem science fiction, którego literacka podstawa jest bliźniaczo podobna do tego, co już dobrze znamy i zdążyliśmy się tym przesycić. Gatunek ten jak żaden inny, przez swój wyjątkowy charakter, daje twórcom o wiele szersze pole do popisu. Tym bardziej nie jest więc dla mnie zrozumiałe ślepe i bezrefleksyjne bazowanie na gotowym schemacie narracyjnym, pozbawionym istotnego magnesu.

Z kolei Mars – nasz odwieczny sąsiad – zasłużył sobie w końcu na poważniejsze potraktowanie, choćby ze względu na stopniowe przełamywanie bariery poznawczej dzielącej nas od niego. Pozostaje tylko liczyć, że wynik badań łazika Curiosity, wysłanego w ubiegłym roku na czerwoną planetę, da filmowym twórcom solidny materiał do inspiracji.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Modrzew

    Bardzo trafna recenzja. Przez cały seans miałem wrażenie deja vu. Film jest potwornie wtórny. Na dodatek wyszedł niemalże w tym samym czasie co Europa Report, oba filmy są niesamowicie wręcz podobne. Nawet plakaty obu tych produkcji są utrzymane w tej samej kolorystyce.

    • campus

      i obie są takie sobie, choć bardziej sobie cenię Europa Report, które pod względem formy jest ciekawsze.
      Ogólnie to nie jest aż tak źle w obu przypadkach i miejmy nadzieję, że coś się ruszy.

    • Macc

      Jeśli ten film jest podobny do Europa Report to nie ma co oglądać. Europa Report może nakręcona była dobrze, to całkowicie leżała na płaszczyźnie merytorycznej ( podam jeden przykład, choć jest ich więcej – ekipa badawcza zginęła, misja zakończona sukcesem). Ktoś na KMF powinien przyjrzeć się temu, napisać jakiś artykuł czy coś na temat filmów sajfaj na temat wypraw badawczych. Potencjał jest bo filmów na ten temat jest od groma, ale można byłoby się skupić na Prometeuszu, Europa Report, Apollo 18 i Last Days on Mars.

      • Jakub Piwoński

        pomysł na artykuł całkiem dobry i obiecuję, że o tym pomyślę.

      • Andriej

        Grrr, skręca mi kiszki za każdym razem, kiedy widzę gdzieś tytuł „Prometeusz”. Nabawiłem się uczulenia na ten film

      • GROSZ-ek

        Rozczarowujący jest ten schemat, że „w Kosmosie czai się zło i nikt nie usłyszy Twojego krzyku”. Kosmos sam z siebie jest naszym największym wrogiem – co dość dobitnie pokazała „Grawitacja” – i dorobek całej naszej cywilizacji może nie być przeciwko niemu wystarczający. Zaskakujące jest, jak mało filmów podnosi ten temat. A przecież schemat „przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem” tam gdzie jest „krew, pot i łzy” może być całkiem intrygujący.

        • Jakub Piwoński

          mi też się wydaje, że o wile za mało podnosi się temat kosmosu jako zagrożenia samego w sobie, a o wiele za często zmyśla się niebezpieczeństwa, na temat których powiedzieć możemy niewiele. „grawitacja” pod tym względem jest przypadkiem osobliwym.

  • Tomek

    Teoria autora recenzji co do klap filmów o Marsie jest jak najbardziej słuszna oprócz jednego wyjątku – „Total Recall” :-)

  • Kaczor

    Filmy o Marsie mają taką samą historię jak marsjańskie sondy – większość skończyła się katastrofą.

  • q

    Ten film rozczarowuje. Raport Europa rozczarowuje. Nie jest dobrze. Część filmu, nie licząc głupot „Niepamięć” jest o niebo lepsza.

    • MST

      Europa to nie wypał, bo samo wysłanie tam ludzi jest nieopłacalne. Prędzej wyślemy tam sondę z tym termicznym „wiertłem” i robotem pływającym. Mimo wszystko fajne scenki były koło Jowisza ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

GRUDZIEŃ Z FANTASY - KRULL

Następny tekst

GRUDZIEŃ Z FANTASY - MERLIN



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE