nowości kinowe

The Last Days on Mars

Kolejna wyprawa na Marsa zakończona fiaskiem - zarówno artystycznym, jak i finansowym.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Ta przeklęta planeta

last_days_on_marsOstatnio dowiedziałem się o dość ciekawej zależności. Otóż niemal każdy film zawierający w tytule planetę Mars, zalicza finansową klapę. Tak było choćby w przypadku „Najeźdźców z Marsa”, „Duchów Marsa”, „Misji na Marsa”, czy ostatnio „Matek w mackach Marsa”. Mało tego, czasem nawet nazwa tej planety w tytule pojawić się nie musi, jeno akcja zostanie na niej umieszczona, ale widz i tak zwietrzy podstęp i do kina się nie wybierze („Czerwona planeta”, „Doom”). Zasugerowani tym faktem disnejowscy producenci „Johna Cartera”, ani myśleli wypuszczać film tytułując go tak, jak jego książkowy pierwowzór – „Księżniczka z Marsa”. W niczym jednak te przezorne starania nie pomogły, bo oczekiwanego sukcesu obraz i tak nie osiągnął. Są tylko dwie opcję tłumaczące to zjawisko: albo mamy do czynienia z jakąś irracjonalną klątwą, albo twórcy filmów o Marsie nie dysponują odpowiednio interesującymi pomysłami. Po seansie „The Last Days on Mars” skłaniałbym się raczej do tej drugiej opcji.

Nawet nie mam ochoty opisywać wam fabuły tego „widowiska”, a to dlatego, że zwyczajnie nie lubię się powtarzać. Już bowiem co najmniej kilkukrotnie zdarzyło mi się przytaczać taki przebieg historii wraz z istotnymi szczegółami. I z pewnością jeszcze niejednokrotnie to uczynię. Bo dla wielu twórców science fiction schemat ten wciąż wydaje się skrywać w sobie jakąś wartość.

the-last-days-on-mars04

O czym mowa? A o klasycznej ekspedycji badawczej, odbywającej się na obcej planecie, której przebieg za sprawą jakieś bliżej nieokreślonej formy życia wyłamuje się spod kontroli. I to tyle, dobrze znacie tę historię, widzieliście już ją setki razy i w żadnym wypadku nie mylicie się w swoich przypuszczeniach co do tego, jak według was się skończy. Moja recenzencka rzetelność, w imię której wypada mi przybliżyć wam to, co dzieje się na ekranie, kończy się zatem właśnie w tym momencie.

Mylili się zatem ci, którzy upatrywali w „The Last Days on Mars” szansy na to, by przełamać niechlubną serię porażek filmów o czerwonej planecie. W warstwie fabularnej film ten nie posiada ani krzty potencjału; nie posiada wartościowego wyróżnika, dzięki któremu mógłby obronić się na tle reszty produkcji SF o podobnej tematyce. Z kolei tym, co w scenariuszu występuje w nadmiarze, są pełne ignorancji dla inteligencji widza uproszczenia. Przebieg wydarzeń jest tak dalece przewidywalny, że nie ma mowy o odczuwaniu jakiegokolwiek napięcia, a już tym bardziej o przejęciu się losem bohaterów. A bez tego nie jesteśmy w stanie przebrnąć przez seans inaczej, niż z przeszywającym uczuciem nudy.

the-last-days-on-mars

Ale film posiadał jeden ważny atut, który jeszcze przed seansem skłaniał mnie do umiarkowanego optymizmu. Na stołku reżyserskim zasiadł młody irlandzki twórca Ruairi Robinson, który dotychczas mógł pochwalić się kilkoma krótkometrażówkami, utrzymanymi w klimatach SF. Wyjątkowo oryginalne są to dzieła, zarówno na poziomie treści, jak i formy. Za jedną z nich – „Pięćdziesiąt procent szarości” – był nawet w 2002 roku nominowany do Oscara. Niestety dość często bywa tak, że tym, którzy wyspecjalizowali się w krótkim metrażu, romans z metrażem pełnym wychodzi bokiem. O wiele trudniej jest im wówczas porozkładać akcenty, trudniej operować napięciem. Ruairi Robinson jest dobrym przykładem na potwierdzenie tej zależności. Życzę mu jednak jak najlepiej, bo ewidentnie chłop jakiś nieodgadniony potencjał w sobie skrywa. Oby przy kolejnym pełnym metrażu – jeżeli oczywiście do takowego dojdzie – dostał od producentów lepszy skrypt do realizacji lub po prostu pozwolono mu napisać własny.

Nie lubię wspominać o aktorstwie, gdy odgrywa ono marginalną rolę w procesie odbioru danego obrazu, ale w tym wypadku zrobię wyjątek. Warto bowiem nadmienić, iż w obsadzie znajdziemy trzy ważne nazwiska, które z pewnością znajdą swoich zwolenników. Liev Schreiber, Olivia Williams, Elias Koteas dysponują może dość umiarkowaną siłą przyciągania, jednak ich aktorskie umiejętności stoją na wyjątkowo solidnym poziomie. I udowadniają to także w „The Last Days on Mars”. Prym wiedzie Williams i jej wersja „załogowej zgorzkniałej baby” – można tylko ubolewać, że musiała oddać ekranowy czas młodszej koleżance z planu, dalece nijakiej w odgrywanej roli.

Z innych rzeczy, które na przyzwoitym poziomie stoją, ale w żaden sposób nie są w stanie wpłynąć na ostateczny odbiór filmu, to z pewnością oprawa audiowizualna. Rzetelna praca kamery, kilka klimatycznych ujęć, dobry dobór kolorystyki. Scenografia i kostiumy wykonane tak, by nie razić efekciarstwem, ale budować wiarygodność. No i muzyka, która zawiera kilka naprawdę niezłych fragmentów, mających zadatki do dopełnienia wyjątkowej atmosfery, której niestety tak bardzo w filmie brakuje.

Wszystko bowiem sprowadza się do boleśnie wtórnego scenariusza, który nie pozwala mi spojrzeć na „The Last Days on Mars” okiem przychylnym. Tak się po prostu nie da. Nie da się zainteresować widza filmem science fiction, którego literacka podstawa jest bliźniaczo podobna do tego, co już dobrze znamy i zdążyliśmy się tym przesycić. Gatunek ten jak żaden inny, przez swój wyjątkowy charakter, daje twórcom o wiele szersze pole do popisu. Tym bardziej nie jest więc dla mnie zrozumiałe ślepe i bezrefleksyjne bazowanie na gotowym schemacie narracyjnym, pozbawionym istotnego magnesu.

Z kolei Mars – nasz odwieczny sąsiad – zasłużył sobie w końcu na poważniejsze potraktowanie, choćby ze względu na stopniowe przełamywanie bariery poznawczej dzielącej nas od niego. Pozostaje tylko liczyć, że wynik badań łazika Curiosity, wysłanego w ubiegłym roku na czerwoną planetę, da filmowym twórcom solidny materiał do inspiracji.

Ostatnio dodane