The Incredible Hulk | FILM.ORG.PL

The Incredible Hulk

Choć "The Incredible Hulk" jest najstarszym bratem, który zapoczątkował płodny okres w rodzinie, to wiele wskazuje na to, że jest bękartem.




...a zaczęło się od falstartu




Jakub Piwoński
04.05.2015


Jak to mówią, „nie od razu Rzym zbudowano”. Choć filmowe adaptacje komiksów Marvela od kilku lat święcą w kinach triumfy, początki nie były obiecujące. Za sprawą premiery Avengers: Czas Ultrona dobiega końca tzw. druga faza tego kinowego uniwersum, dlatego warto na moment cofnąć się do linii startowej. Pierwszy film MCU stoi na kompromitująco niskim poziomie, i nie bez powodu przez wielu, w tym i mnie, z trudem uznawany jest za prawowitego członka tej jakże szacownego rodziny. Mowa oczywiście o The Incredible Hulk z 2008 roku.

Nadchodząca kontynuacja przygód mścicieli zachęciła mnie do nadrobienia zaległości. Wcześniej nie było mi bowiem dane obejrzeć drugiego (po Hulku Anga Lee) filmu opowiadającego o przygodach zielonego superbohatera. Wrażenia? Po doświadczeniach z resztą marvelowskich produkcji i wzięciu pod uwagę faktu, że są koncepcyjnie spójne i stoją na wysokim poziomie realizatorskim, trudno było mi zaakceptować to, z czym się mierzę. Momentami wręcz przecierałem oczy ze zdumienia, nie dowierzając, że The Incredible Hulk na tle swych braci wypada tak źle.

still-of-liv-tyler-in-the-incredible-hulk-2008-large-picture

Już nazwisko reżysera nie rokowało niczego dobrego. Louis Leterrier kojarzy się raczej z przeciętnym kinem akcji (spod znaku Transportera), którego fanem nigdy nie byłem i już nie zostanę.

Nie przypuszczałem jednak, że jego wizja przygód Hulka zapamiętana przez mnie zostanie jako najgorszy film w karierze reżysera.

Ale faktyczne problemu zaczęły się na etapie napisów początkowych. Choć byłem przygotowany, że rozpoczynający się film jest rebootem, to jednak szybko zorientowałem się, że zaprezentowanemu punktowi wyjściowemu zdecydowanie bliżej do sequela. Może nie dosłownie, ale obraz Leterriera kontynuuje jednak wątki fabularne z Hulka Anga Lee. Co gorsza, przez większość seansu odnosiłem wrażenie, że do pełnego zrozumienia historii, z którą obcuję, konieczne jest zapoznanie się z materiałem źródłowym, czy to w postaci wcześniejszych filmów czy komiksów. To trochę dziwne i kłopotliwe jak na obraz, wchodzący w skład pierwszej fazy. Zawarte w niej bowiem produkcje – tak jak pierwszy Iron Man, Kapitan Ameryka czy Thor – z zasady powinny charakteryzować się ukazaniem narodzin bohatera. Z punktu widzenia narracyjnego, być więc typem origin. W The Incredible Hulk te początki zademonstrowane są w telegraficznym skrócie podczas trwania czołówki, a właściwa fabuła zaczyna się wówczas, gdy Bruce Banner ukrywa się już w Brazylii. Nieobeznany z historią widz zada sobie w tym momencie pytanie: kim jest główny bohater i dlaczego jest ścigany? Przydałaby się zatem ta dwójka w tytule, by uniknąć nieporozumień lub by przynajmniej… nie zaliczać Leterriera do MCU.

Z perspektywy czasu da się zatem zauważyć, że twórcy nie mieli pomysłu na ten film. Po doświadczeniach z filmem Anga Lee i tym, jak został przyjęty zaliczając finansową klapę, obranie nowego kierunku było konieczne. Choć akurat ja należę do zwolenników pierwszej wersji Hulka: dłużyzny mi nie przeszkadzały, ale nade wszystko doceniałem starania o wyciśnięcia z typowej historii superbohatera czegoś więcej. Przynajmniej spróbowano wówczas nawiązać do podłoża literackiego, którym inspirował się Stan Lee przy tworzeniu postaci.

The-Incredible-Hulk-2008-the-incredible-hulk-569336_1280_850

Chodzi oczywiście ukazywanie Bruce’a Bannera jako współczesnego Jekylla, a Hulka, jego alter ego, jako pana Hyde’a. Wątek zawierania w jednym ciele dualistycznej natury jest niezwykle ciekawy, a już zwłaszcza gdy doprawi się go rozważaniami nad zgubnymi skutkami tłumienia własnych emocji. Hulk to taki popkulturowy symbol tego, że rasowemu wzburzeniu czasem trzeba dać upust. Ponoć tęgie głowy z Marvela uważają, że postać ta lepiej radzi sobie, gdy jest częścią grupy, tłumacząc w ten sposób opory przed kolejnym rebootem jego historii. Nie mogę się z tym poglądem zgodzić, a to dlatego, że właśnie pozostając w grupie postać Hulka traci na swojej głębi i sprowadza się do roli destruktora, biorącego na klatę najsilniejsze ciosy. Ang Lee, choć nie ustrzegł się błędów, próbował jednak uderzać w nieco ambitniejsze tony, gdyż wiedział, jaki potencjał tkwi w tej postaci. Choć stworzył film przeciętny, to jednak w porównaniu do The Incredble Hulk robi wrażenie arcydzieła.

Pół biedy, gdyby problemy produkcji z 2008 roku tkwiły tylko w koncepcie fabularnym. W tego typu widowiskach zawsze przecież liczyć można na świetne sceny akcji. Nic z tego:

The Incredible Hulk poległ także w wielu aspektach realizacji, tym samym nie dając wiele przyjemności z seansu.

Począwszy od muzyki i jej tragicznego akcentowania (sugerującego wszelkie podniosłe tony), przez fatalnie nakręcone sceny akcji i na równie fatalnie wyglądających (w tym wizji głównego villaina) efektach CGI skończywszy. Negatywną wizytówką filmu pozostanie dla mnie scena, w której Hulk za dnia na trawniku opiera się atakom wojska – pomijając jej kompozycję, da się zauważyć, że dzienne światło nie sprzyja w niej efektom wizualnym, gdyż rażą niedopracowaniem, zwłaszcza w momentach wybuchu ognia. Z nostalgią odwołać się wówczas można do pamiętnej sceny na pustyni z Hulka Lee.

the-incredible-hulk-2008-stills-the-incredible-hulk-1195269_1500_916

Aktorstwo także pozostawia wiele do życzenia. Liv Tyler pewnie zagrała na miarę swoich możliwości, więc trudno ją winić, ale już tacy aktorzy jak Roth, Hurt czy przede wszystkim Norton mają przecież w sobie pokłady do tego, by wynieść nawet źle rozpisane role na wyższy poziom. W ich wypadku jakościowa poprzeczka została jednak obniżona, bo ich gra ociera się o groteskę, zakrawając momentami o nieświadomą autoparodię (Norton przypominał mi trochę niedorajdę z pierwszej połowy Podziemnego kręgu, tylko że w filmie Leterriera pozostał nim do końca). Tymi rolami z pewnością aktorzy nie będą chwalić się w swoim CV.

Jestem oczywiście pełen podziwu wobec tego, w jaki sposób kinowe uniwersum Marvela się rozkręciło i jak dobre (bo spójne koncepcyjnie i stylistycznie) filmy później w jego ramach zostały popełniane. Osobiście zawsze bardziej interesowałem się tym, co dzieje się po drugiej stronie barykady, czyli w stajni DC, ale fakt, że Marvel potrafił mnie swoimi pomysłami do siebie przekonać, świadczy tylko na ich korzyść. Pamiętajmy jednak, że długofalowy koncept budowania uniwersum zaczął się od falstartu. Bo nawet jeśli The Incredible Hulk jest najstarszym bratem, który zapoczątkował płodny okres w rodzinie, to wiele wskazuje na to, że jest bękartem.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Demokryt

    Pierwszym filmem MCU był Iron Man

  • bobzielarz

    Film jest po prostu przeciętny, a krytyka przesadzona. Nie jaram się tymi komiksowymi adaptacjami, a często nie rozumiem zachwytów nad „Avangers” czy „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, rozrywka podobna do serii „Szybkich i wściekłych”, choć większy sentyment mam do tej ostatniej. Dla mnie ten film zasługuje na 5/10, zresztą jak reszta MCU.

    • Billy

      Nie znasz się, nie wypowiadaj się

      • bobzielarz

        To kto się zna? Niech się wypowie.

    • MarvelGaylord

      „Dla mnie ten film zasługuje na 5/10, zresztą jak reszta MCU.” – No uważaj, bo Oświęcimski dostanie apopleksji

    • Renly

      „Nie jaram się, nie rozumiem”, czyli to filmy nie dla Ciebie. Ja na przykład nie oglądam komedii, bo nie jaram się nimi, nie rozumiem zawartego w nich prostackiego humoru, nudzą mnie i nużą. Nie płaczę o tym w sieci, po prostu unikam takiego kina i trzymam się tego, co znam, co lubię.

      • bobzielarz

        Dzięki za życiowe rady. Jednak jestem zwolennikiem podejścia; najpierw zobacz, poznaj, potem oceniaj.

  • Wu

    Panie który napisał ten tekst: po primo pierwszy film MCU to Iron Man, a po secundo drugą fazę zamknie Ant-Man.
    Ech…

  • Mefisto

    Doprawdy nie wiem skąd te pomyje. Abstrahując od efektów, które są jakie są, to jednak większość z tych zarzutów jest conajmniej dziwna. Muzyka, przy wszystkich kolejnych filmach, wypada nad wyraz dobrze, sceny akcji, a przynajmniej te w Brazylii są świetne, no i Rothowi też niczego nie brakuje (kuleje trochę drugi plan, ale nie jest też jakoś przesadnie tragiczny). Dziwi mnie także pytanie „kim jest główny bohater i dlaczego jest ścigany? „, skoro to wszystko wyjaśnione jest w napisach początkowych.
    Jasne, z arcydziełem nie mamy tu do czynienia, ale to solidny filmik.

  • Andriej

    Akurat pokazujesz ile jesteś wart, Piwoń. Cały twój pseudo-inteligencki bełkot jest nic nie wart, jeśli tak naprawdę potrafisz bronić swoich opinii cenzurując cudze wypowiedzii to tylko te, które akurat możesz. Syndrom klawisza w pełnej krasie. Na drugi raz lepiej się zastanów, co wstawiasz na stronę

  • Jakub Piwoński

    Małe sprostowanie: faktycznie pierwszym filmem MCU był „Iron Man” i choć „Incredible Hulk” wyszedł w odstępie miesiąca, to jednak nie powinienem nazywać go „pierwszym”. Nie zmienia to jednak faktu, że był kręcony na samym początku, przed rozkręceniem się kinowego uniwersum, a przede wszystkim, przed unormowaniem jej filmowej estetyki i jakości. Pod tym względem moja pomyłka, do której się przyznaje, nie wypacza sensu postawionemu twierdzeniu: na początku ten duży projekt nie wyglądał obiecująco, nie napawał optymizmem i z perspektywy czasu widać, posługując się przykładem „Incredible Hulk”, różnicę jakościową od tego co było wtedy, do tego co mamy teraz.

    @Andriej – Nie wiem o jakie cenzurowanie opinii Ci chodzi. Serio.
    @Mefisto – To, że muzyka przy wszystkich kolejnych filmach wypada nad wyraz dobrze, nie znaczy, że dzieje się tak przy okazji „Incredible Hulk”. I nie chodzi o jej brzmienie, ale akcentowanie. Jeśli widzimy pocałunek, nie musimy jeszcze dodatkowo być zapewniani o miłosnej tonacji pobrzmiewającą w tle muzyką. To podstawowy błąd filmowych przeciętniaków i akurat Ty powinieneś o tym wiedzieć.
    A co do wyjaśnienia genezy bohatera w napisach. Postaw się w sytuacji widza, który nie wie kompletnie nic o tej historii – naprawdę uważasz, że ta krótka czołówka jest w stanie rzeczowo wyjaśnić Ci kim jest główny bohater, tak by zaakcetować fakt, że z jakiegoś powodu jest ścigany i się ukrywa? Bo dla mnie nie. To wyglądało jakby ktoś po prostu chciał iść na skróty, „bo pojawią się zarzuty, że znowu opowiadamy historię w stylu origin”.

    • Mefisto

      Tak, czołówka przekazuje wystarczająco informacji, żeby wiedzieć podstawowe rzeczy o bohaterze i jego sytuacji. W dodatku mamy do czynienia z Hulkiem, a nie z jakimś no-namem, więc ganienie tego z punktu widzenia kogoś, kto wyszedł właśnie z jaskini po zlodowaceniu jest strzałem w stopę. Nie mówiąc już o tym, że gdyby czołówka przekazywałaby za dużo informacji, wtedy pewnie oskarżałbyś twórców o dosłowność.
      Co do muzyki – jeśli się całują, to chyba jasnym jest, że w tle przygrywa love theme, które dodatkowo wzmaga emocje, a nie napierdala perkusja na maksa czy coś. Taka jest właśnie rola muzyki, która dodatkowo w Hulku jest faktycznie dobra (tu znowu mogę przywołać świetne zespolenie obrazu z dźwiękiem podczas ucieczki po slumsach), charakterystyczna, a nie „sratatata, jestę iron manę”, jak w późniejszych filmach. Tak więc znowu czepialstwo. Nie podobał Ci się film – spoko. Ale mam wrażenie, że w tej recce czasem po prostu szukasz dziury w całym, by jakoś wytłumaczyć niską ocenę. A prawda jest taka, iż – abstrahując od historii, którą się kupuje lub nie, i która na pewno nie jest doskonała, wszak to komiks o dużym zielonym – poza słabymi efektami i kilkoma nietrafionymi angażami (Norton jest taki se, Liv nie ma co grać, acz jest ładna przynajmniej) oraz brakiem pomysłu na łącznik z resztą universum – nie ma tu jakiejś tragedii, film jest w porządku, broni się.

      • Jakub Piwoński

        Ale właśnie dlatego, że mamy do czynienia z Hulkiem sprawia, że wypadałoby się jego genezie przyjrzeć w taki sposób, by było jasne dlaczego film zaczyna się w Brazylii. „Odbębnienie” tego w czołówce tematu nie załatwia. No chyba, że jawnie określimy go mianem sequela, czego w tym wypadku mi brakowało i wywoływało dysonans. Owszem, widzowie kojarzą kim jest Hulk, ale nie każdy wie, jaka jest jego historia, a wypadałoby to wytłumaczyć należycie w filmie wchodzącym w skład pierwszej fazy – w której wszystkie są typem origin.
        Jeśli zaś chodzi o muzykę, to także się nie zgodzę. Nie mam nic przeciwko muzyce, która potrafi wzmagać emocje i niejako, pomagać widzowi w ich ukierunkowaniu. Pod warunkiem, że uzupełnia obraz, a nie z nim konkuruje. Jeśli postawi się akcent niewspółmierny z obrazem i jego poetyką, efekt muzyki miast emocjom pomagać, wywołuje zniechęcenie. Muzyka wówczas chce za bardzo dominować, podczas gdy wystarczająca informacja płynie z obrazu. Akurat przytoczony przykład ucieczki przez slumsów to moment, gdy wszystko gra, tak jak grać powinno.

        I na koniec, chcę powiedzieć jasno, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się napisać recenzji na zasadzie szukania dziury w całym, by znaleźć sposób na uzasadnienie prowokująco niskiej oceny. To nie dla mnie. Wychodzę z założenia, że jeśli film mi się nie podobał, to muszę to wytłumaczyć, co nie oznacza, że wystosowane argumenty będą trafiać do wszystkich i wszyscy będą się z nimi zgadzać.

  • Uszatek

    Widzę że film.org.pl coraz częściej stara się zwrócić na siebie uwagę absurdalnymi recenzjami. Rozumiem że każdy ma własny gust i może się komuś nie spodobać fabuła, gra aktorska, czy efekty specjalne, ale nazwanie wersji z 2003 roku arcydziełem w porównaniu do tego filmu… bardziej przypomina prowokację lub trollowanie.

    • Jakub Piwoński

      odróżniasz „robienie wrażenia arcydzieła” od „bycia arcydziełem”?

      • Uszatek

        odróżniasz „nazywanie arcydziełem” od „nazywanie arcydziełem w porównaniu do…”? Zresztą nie czepiajmy się słówek, chodzi o to że najwyraźniej wersja z 2003 roku jest dla ciebie o niebo lepsza od tej z 2008 roku.

  • haiko

    haiko

  • haiko

    Podpisuję się pod recenzją. Również Hulk Lee pasuje mi bardziej. Może dlatego, że historia wydała mi się bardziej spójna i umotywowana. Wynika to chyba – i tu się zgadzam z recenzentem-że Ang przedstawił genezę „konfliktu” pomiędzy głównymi bohaterami i znałam ich historię oraz poznałam samych bohaterów.Trudno powiedzieć, jednakże w mojej ocenie wejście od razu w konflikt spodziewając się, że widzowie będą pamiętali postacie i ich motywy z innego filmu, albo komiksu było błędem, bo trudno jest się po prostu zaangażować. Ponadto przyznam się, że jakoś po zapoznaniu się z postacią zagraną przez Erica Bana (bardzo smutnej zresztą), Norton nie mógł mi go w żaden sposób zastąpić. Zupełnie inny typ osoby pod względem fizycznym, emocjonalnym i intelektualnym. Rzadko oglądam komiksowe filmy, ale do Hulka Lee kilka razy wróciłam. O tym filmie pewnie po raz drugi zapomnę.

  • al_jarid

    „Począwszy od muzyki i jej tragicznym akcentowaniu” – nie, nie, nie. „Tragicznego akcentowania” jak już. Odmiana przez przypadki! Dopełniaaacz!
    Dobra, sorry, że czepiam się takich głupot – mam lekką obsesję :)
    Mnie tam ani „Hulk” Lee się nie podobał, ani „Incredible Hulk”, ale ten pierwszy trochę bardziej mnie znudził. Niemniej do żadnego z tych filmów po jednym obejrzeniu już nigdy nie wróciłem. Ale dla mnie i tak najsłabszym filmem z MCU jest „Iron Man 3”.

    • Kornelia

      Ojej, masz rację. Nie wiem, jak mogłam to przeoczyć. Już poprawiłam, dzięki za czujność :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Autostopem przez galaktykę - 10 lat od premiery

Następny tekst

GRA O TRON - MAMY KOMPLET KSIĄŻEK DO WYGRANIA



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE