nowości kinowe

The Divide

Tortury, przemoc fizyczna i psychiczna, próby manipulacji i wywierania presji, brutalny ocierający się o gwałt sex – to wszystko zagrane jest tak dobrze, że autentycznie niepokoi i zmusza do zadania sobie kilku ważnych pytań.

Autor: Szymon Pajdak
opublikowano

 

Człowiek to zwierzę. W normalnym środowisku, gdzie możemy zdecydować dokąd pójść, co zrobić i z kim utrzymywać kontakt jesteśmy cywilizowani, a nasze zachowania nie odbiegają od normy. Jednak w sytuacjach ekstremalnych górę nad nimi biorą instynkty, w tym ten najważniejszy – przetrwania. Próbę ukazania ludzkiej bestii w ostatnich latach podejmowano wiele razy z różnym skutkiem. Udanie  zrobili to John Hillcoat oraz Frank Darabont, trochę mniej szczęścia mieli Spielberg i bracia Hughes. Trzeba wszak sporych umiejętności, aby przenieść na ekran tak delikatny temat, tym bardziej dziwi mnie, że udało się to Xavierowi Gensowi, twórcy słabego Hitmana i jeszcze słabszego Frontière.

Film zaczyna się według zasady mistrza Hitchcocka, od trzęsienia ziemi, a później napięcie rośnie. Widzimy katastrofę obracającą Nowy Jork w ruinę. Czy był to nalot, a może broń atomowa ? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że szukając drogi ucieczki grupa 7 osób dostaje się do bunkra urządzonego w piwnicy przez niejakiego Mickeya. Ograniczone zapasy, brak światła słonecznego, zatęchłe powietrze i niepewność nie zwiastują niczego dobrego. Sytuacji nie poprawia fakt, że w grupie od samego początku dochodzi do konfliktów. Większość chce opuścić schron i sprawdzić co się stało, zmieniają jednak dosyć szybko zdanie po tym jak do bunkra wpada uzbrojona ekipa w kombinezonach i porywa córkę jednej z bohaterek. Od tego momentu film nabiera rozpędu, a to co się dzieje na ekranie sprawia, że z niedowierzania człowiek co kilka minut kręci głową.

Obraz jest minimalistyczny i klaustrofobiczny przez co duży ciężar spadł na aktorów, a Ci w większości z powierzonego zadania wywiązali się bardzo dobrze. Pierwsze skrzypce grają zdecydowanie Michael Biechn oraz Milo Ventimiglia.

To oni rządzą i dzielą na ekranie. Ten pierwszy jako Mickey jest bezkompromisowy i twardy. Nie chciał całej reszty w schronie i to widać. Nie owija w bawełnę, jeżeli trzeba kogoś doprowadzić do porządku to robi to, nawet jeżeli wiąże się to z użyciem siły, potrafi podjąć trudne decyzje, nawet jeżeli są drastyczne. Nie wiemy wiele o jego przeszłości. Był strażakiem, który brał udział w ratowaniu ludzi po zamachach na WTC, miał rodzinę i to w sumie tyle. Jak przebiegała jego służba ? Co się stało z bliskimi ? To pozostaje tajemnicą. Faktem jest, że Biehn stworzył postać, która zapada w pamięć i której ja osobiście kibicowałem, do której jako jedynej czułem coś w rodzaju sympatii, jakkolwiek to zabrzmi.

Jeżeli chodzi o Ventimiglia to mniej więcej od połowy filmu dostajemy taką dawkę psychozy, i sadyzmu, że można by obdzielić nią kilku filmowych psycholi. Jedyne co mi przychodzi do głowy to przywołane we wstępie zwierzę. Tortury, przemoc fizyczna i psychiczna, próby manipulacji i wywierania presji, brutalny ocierający się o gwałt sex – to wszystko zagrane jest tak dobrze, że autentycznie niepokoi i zmusza do zadania sobie kilku ważnych pytań. Postać Milo zaspokaja swoje potrzeby, a także stara się dominować na całą grupą, co zresztą wychodzi mu bardzo dobrze.

Warto wspomnieć jeszcze o Rosannie Arquette oraz Michaelu Eklundzie. Ich role, a zwłaszcza tego drugiego wryły mi się w pamięć tak mocno, że siedząc w pubie ze znajomymi kilka godzin po seansie, nie potrafiłem wyrzucić z głowy  scen w których brali udział. Reszta aktorów, mimo, że ma wpływ na akcję i pcha historię do przodu nie wyróżnia się niczym specjalnym i spokojnie mogła by zostać zastąpiona przez kogoś innego.

Od strony technicznej filmowi nie można nic zarzucić. Zdjęcia wprawiają w klaustrofobiczny nastrój, a z ekranu, aż bije brud, syf i surowość.  Muzyka tylko pogłębia te uczucia i stanowi świetne tło dla wydarzeń, a kilka razy wybija się nawet na pierwszy plan, min. w zakończeniu. W jednej czy dwóch scenach raził mnie nieco chaotyczny montaż, ale było to na samym początku i później nie zauważyłem już podobnej sytuacji. Bardzo dobre są również efekty komputerowe, których w filmie jest minimalna ilość, ale stanowią swego rodzaju klamrę zamykającą film. Warto dodać, że obraz Gensa jest brutalny, ale nie obrzydliwy. Krew na ekranie pojawia się wiele razy, ale nie jest przypadkowa. Film nie epatuje niepotrzebnymi scenami przemocy, ale jeśli już takie się pojawią to są dosadne, a krew wygląda jak prawdziwa posoka, a nie wytwór komputera.

Sporym minusem dla wielu może być fakt, że reżyser porusza kilka dosyć ciekawych wątków, a następnie całkowicie rezygnuje z ich rozwinięcia pozostawiając uczucie niedosytu. Dla mnie jednak jest to jedynie środek, swego rodzaju katalizator do wydarzeń z bunkra, bo w tej historii najważniejsi są ludzie. Do worka zgrzytów można dorzucić jeszcze kilka zbędnych i standardowych w tego typu kinie dialogów oraz parę błędów logicznych, ale są one tak niewielkie, że nie mają wpływu na całokształt.

The Divide to film ciężki w odbiorze, angażujący emocjonalnie i zmuszający do myślenia. Od seansu „Eden Lake” nie doświadczyłem uczucia takiej bezsilności i marazmu, zaś po projekcji, kiedy emocje nieco opadły zacząłem się zastanawiać: jak ja bym postąpił w takiej sytuacji. Poddał bym się, czy starał dominować, straciłbym zmysły i zaczął zachowywać się jak zwierze, czy do samego końca walczyłbym o resztki godności ? Obraz jest niewygodny, ciężki i przygnębiający, stąd też pewnie jego niskie oceny. Myślę jednak, że warto się z nim zapoznać i przekonać się do czego może być zdolny człowiek jeżeli znajdzie się w sytuacji bez wyjścia.

Mocne kino.

Sekwencja początkowa

Ostatnio dodane