The Commitments | FILM.ORG.PL

The Commitments

Czcijcie rodziców swoich, bracia i siostry. Oni też kiedyś byli superodjazdowi (cytat otwierający książkowy pierwowzór „The Commitments”).








Tekst gościnny
16.01.2014


commitments-plakat

Autorem recenzji jest Michał Frącz.

Zanim Irlandia stała się „tygrysem Europy” i punktem odniesienia dla niektórych polityków z pewnego wschodnioeuropejskiego kraju, musiała sporo przejść. Lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych to czas recesji, stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia. Dla rzesz młodych ludzi, którzy w tamtym czasie zaczynali dorosłe życie, byłby to pewnie ponury okres gdyby nie… muzyka. W tamtym czasie irlandzka scena muzyczna (U2, Van Morrison, Sinead O’Connor czy nieco później Cranberries) święciła triumfy na całym świecie. Kariery wspomnianych zespołów i solistów stały się inspiracjami dla tysięcy młodych ludzi. Jak wspomina reżyser Alan Parker, w chwili kręcenia filmu w Dublinie działało ok. 1200 zespołów jednocześnie! Przy czym należy pamiętać, że w tej branży była dość duża rotacja – zespoły rozpadały się po pierwszym występie, a członkowie rozchodzili się do innych zespołów bądź zakładali nowe, które również nie przetrwały zbyt długo.

Ducha tamtych czasów uchwycił Roddy Doyle w swojej debiutanckiej książce – „The Commitments” – opisującej wzlot i upadek tytułowego, fikcyjnego zespołu (książkę polecam – jest napisana żywym, prostym językiem, jest króciutka i szybko się czyta; można ją połknąć w jeden wieczór). Pozycja stała się bestsellerem w jego rodzinnej Irlandii, dotarła również za ocean i wpadła w ręce producentom z MGM. Ci postanowili ją zekranizować, a na reżysera wyznaczyli twórcę „Ptaśka”, Alana Parkera.

commitments1

Wiele lat później, w jednym z wywiadów, reżyser wspomniał, że ze wszystkich filmów, które nakręcił, najprzyjemniej wspomina tworzenie właśnie „The Commitments”. Było tak z kilku powodów: zamiłowanie do filmów muzycznych („Bugsy Malone”, „Fame”, „The Wall”, „Evita”), wspomnienia własnej młodości (Parker urodził się i spędził młodość w robotniczej dzielnicy Londynu) czy praca z debiutantami, żadnych kapryszących gwiazd (jedyną bardziej znaną osobą w obsadzie był Colm Meaney alias „ten rudzielec, którego już gdzieś kiedyś widziałeś”). Niewątpliwą zaletą dla Parkera było oderwanie się na chwilę od tak trudnych tematów jak rasizm („Mississippi w ogniu”, „Przyjdź zobaczyć raj”), bieda („Prochy Angeli”) czy traumy psychiczne („The Wall”, „Ptasiek”). No i najważniejszy powód – mimo wszechobecnego brudu i „życiówki” w finale, film wręcz rozsadzany jest przez pozytywną energię, radość życia i entuzjazm młodych ludzi, unika jednocześnie wystudiowania „Fame” z 1980, zachowując cały czas naturalność i świeżość.

Przejdźmy do meritum – głównym bohaterem jest Jimmy Rabbitte (w tej roli debiutant Robert Arkins), któremu marzy się własny zespół. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, nie ciągnie go do gitary, bębnów czy na wokal; chce być menadżerem. I nie myśli o popowej, folkowej czy metalowej kapeli – on chce soulu, tradycyjnej muzyki czarnych, w myśl zasady, że „Irlandczycy są murzynami Europy, Dublińczycy to murzyni Irlandii, a Northside to murzyni Dublina”. Sprawy idą jak po grudzie, aż do chwili, gdy do drzwi Jimmy’ego zapuka ekscentryczny saksofonista Joey „The Lips” Fagan, który wkrótce stanie się dobrym duchem zespołu. Funkcja złego ducha przypadnie zaś Deco Cuffe, równie obleśnemu, co żądnemu sławy wokaliście. Choć na scenie zespół odnosi sukcesy, to za kulisami atmosfera staje się z dnia na dzień coraz bardziej napięta…

commitments3

W anglojęzycznej części świata film przez dwie dekady zdążył obrosnąć kultem (w Polsce, diabli wiedzą czemu, pozostaje kompletnie nieznany). Najprawdopodobniej źródłem sukcesu było to, że to film „o młodych przez młodych” (to, że pieniądze były amerykańskie, a za kamerą stał Angol, to już drobiazg). Obsada składała się głównie z muzyków bez doświadczenia scenicznego (poza Bronagh Gallagher grającą chórzystkę Bernie oraz Johnem Murphym, czyli Joeyem), którzy w większości pozostali już w branży muzycznej. Można odnieść wrażenie, że Parker nie tyle ich reżyserował, co po prostu pozwolił im być sobą. (najbardziej widać to na przykładzie Dave’a Finnegana, grającego perkusistę Mickaha Wallace’a – polecam zobaczyć jego rozmowę z reżyserem).

Związki z X muzą udały się w mniejszym lub większym stopniu Glenowi Hansardowi (gitarzysta Outspan), który w 2006 napisał, nakręcił i zagrał główną rolę w „Once”. Angelina Ball (chórzystka Imelda) stała się dość cenioną aktorką drugoplanową w rodzimej Irlandii, zaś grająca jej koleżankę z chóru Natalie Maria Doyle Kennedy oprócz prowadzenia z mężem własnego zespołu i urodzenia czwórki dzieci może wpisać do CV rolę Katarzyny Aragońskiej w „Dynastii Tudorów”. Największym sukcesem może natomiast pochwalić się aktorka grająca Sharon Rabbitte, przemykającą gdzieś na trzecim planie młodszą siostrę Jimmy’ego, czyli…Andrea Corr (tak, TA Andrea Corr).

commitments2

Nie do przeceniania jest warstwa techniczna. Alan Parker na przestrzeni lat udowodnił, że jak nikt potrafi ukazywać fotogeniczność lepkich od brudu, syfiastych zaułków (niedowiarków odsyłam do „Midnight Express” i „Harry’ego Angela”), a analogowe zdjęcia Gale’a Tattersala idealnie się do takich wyzwań nadają. Scenarzyści, z autorem książki na czele, zadbali o realizm, zarówno od strony społecznej, jak i, ekhem, językowej (w trwającym mniej niż dwie godziny filmie słowo „fuck” i jego pochodne pada 145 razy), a montaż Gerry’ego Hamblinga był na tyle dobry, że nominowano go do Oscara w 1991 roku. Jednak największym skarbem filmu nie są zdjęcia, scenariusz, montaż, czy nawet aktorstwo, a muzyka.

Po seansie ciężko uwierzyć, że nikt wcześniej nie próbował zawojować soulem stolicy Irlandii, bo covery piosenek z lat sześćdziesiątych pasują idealnie do odrapanych blokowisk. Zresztą można odnieść wrażenie, że Dublin nie tyle jest pełen muzyki, co wręcz nią oddycha. Muzyką żyją wszyscy mieszkańcy, od emerytów przez duchowieństwo po małe dzieci. Jeśli nie macie czasu na film, to rzućcie okiem przynajmniej na soundtrack – jestem pewien, że piosenki takie jak ”Treat her right”, „In the dark end of the street”, czy „Chain of fools” długo nie zejdą z waszych playlist.

commitments4

„The Commitments” to przede wszystkim dużo pozytywnej energii, duchowy brat takich dzieł jak „Goło i wesoło” czy „Billy Elliot”. To prawda, nie unika cięższych tematów, a w finale uderza w bardziej słodko-gorzkie tony, ale koniec końców to film pełen młodzieńczej energii, entuzjazmu, śpiewu, humoru, naturalności, i radości. I tym lepiej dla niego, że unika taniego lukrowania. Idealny seans na deszczowe popołudnie.

PS. Wartą odnotowania ciekawostką jest to, że jakiś czas po premierze filmu dwóch członków filmowego zespołu (Dick Massey grający perkusistę Billy’ego oraz Kenneth McCluskey czyli basista Derek Scully) sformowali z nowymi członkami zespół…”The Stars from the Commitments”, który objechał świat ze swoim programem, czyli piosenkami z filmu. W trakcie swojej kariery zdarzyło im się supportować takim sławom jak B. B. King, James Brown, czy nawet sam Wilson Pickett (ci, którzy widzieli film, będą wiedzieć do czego piję). Na dwudziestolecie filmu, w 2011, udało im się zebrać sporą część filmowego zespołu na gościnnym występie.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny

Tekst gościnny - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Clown - nie dla dzieci

Następny tekst

Biegnij, chłopcze, biegnij



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE