nowości kinowe

THE BAD BATCH. Kanibalistyczny romans postapokaliptyczny

Średniacki i przedłużony festiwal straconych szans, naznaczony dosyć toksyczną miłością autorki do własnego stylu. Chociaż kilka razy potrafi oczarować.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Zombie pożeracze serc

Ana Lily Amirpour zadebiutowała na dużym ekranie trzy lata temu, wyrzucając z siebie O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu – śliczny wizualnie czarno biały film, gdzie jednak przerost znakomitej formy rządził nad wybebeszoną treścią. Dobrze się to ogląda, zdecydowanie gorzej czuje. Nadal jednak film o irańskiej wampiro-hipsterce, która przemierza po nocach wyludnione uliczki przesiąkniętego przemocą miasta (czasami na deskorolce), był całkiem nieźle odrealnionym romansem w duchu Jarmuscha, który wniósł coś świeżego do kina wampirycznego.

W swoim drugim filmie Amirpour znowu pod względem pomysłu idzie mocno w postmodernistyczne gierki. Nie da się ukryć, że najbardziej chłonna na nowe doznania filmowe była w czasach, gdy Quentin Tarantino i Robert Rodriguez – skrajni kinofile, żujący celuloid podczas męczenia armii VHS-ów – z wykopem weszli na rynek filmowy. The Bad Batch to przede wszystkim wystylizowana gatunkowa mieszanka. Miejscem akcji są tereny poza Teksasem, które stanowią ziemię niczyją i – przed czym ostrzega pierwsza tabliczka, którą mija bohaterka – są dziczą, gdzie panuje prawo dżungli, respektowane przez zastępy kanibali zamieszkujących okoliczne zapadłe dziury. Świat jest tutaj mocno madmaxowy, a reżyserka z lubością bawi się w wizualne cytowania, doprawiając znajome krajobrazy popkulturową otoczką, taką jak lśniące w nocy neony i puszczane przez bohaterów hity lat przebytych – na czele z Karma Chameleon w czasie przygotowywania obiadu z ludzi. W takich okolicznościach zagubiona Arlen (Suki Waterhouse) spotyka kanibala (Jason Momoa), którego ludzie jakiś czas wcześniej skonsumowali jej nogę i rękę. Splot wydarzeń doprowadza do tego, że ta dwójka wyrusza na poszukiwania córki mężczyzny.

 Film Amirpour jest bez wątpienia bardzo estetyczny, nawet gdy epatuje brzydotą. Niestety w tej zabawie w komponowanie złożonych ze śmieci oaz czy układania na sobie kolorowych kontenerów reżyserka zapomniała, że film powinien mieć jeszcze jakąś fabułę. Pierwsze pół godziny to naprawdę dobre budowanie klimatu, przedstawianie świata, jechanie na znakomitym pomyśle wyjściowym. Nadchodzi jednak moment, że historia powinna gdzieś zacząć zmierzać, postacie powinny wchodzić ze sobą w jakieś interakcje, coś się powinno dziać. A tu klops, bo Amirpour w tym względzie ma energię tylko na krótki zbiór dosyć przypadkowych scen pchających fabułę do przodu, na siłę połączonych za pomocą hektolitrów ciągnącego się kleju z boleśnie przedłużanych sekwencji, gdzie nic się nie dzieje. Bohaterowie łażą bez celu, wiatr wieje. Amerykanka jest zakochana w spaghetti westernach, ale nie potrafi utrzymać napięcia w czasie impasu – wydłużonego oczekiwania na wybuch, który tutaj nie następuje. Ktoś kogoś zastrzeli, ktoś inny kogoś narysuje, a widz podąża od ładnej sceny do ładnej sceny, bez emocjonalnego przywiązania. A przecież to w założeniach romans, który działa jedynie w finałowej scenie – ale znowu głównie przez ciekawe ujęcie, a nie poprzez umiejętne rozwijanie postaci. To fabularna wydmuszka, wypchana pretensjonalnymi dialogami, nadrabiająca kiepską treść ciekawą formą. I naprawdę szkoda, że Amirpour nie utrzymała do końca uwarunkowań pierwszego aktu, gdzie niezłe gore (tak bezpośrednie, jak i skrywane w tle, dzięki czemu jeszcze intensywniejsze) interesująco łączyło się z narkotycznym światem, zapowiadając zupełnie inny film. Wygląda to tak, jakby reżyserka naoglądała się Rodrigueza, ale w pewnym momencie jej się coś odmieniło i postanowiła, że zaleje to wszystko francuską Nową Falą, a na koniec doda jeszcze spaghetti, bo czemu nie. A gdy próbuje bawić się w symbolikę, to wychodzą jej takie kaszaloty, jak łopatologiczne zbliżenie na rozwalone puzzle z amerykańskiej flagi czy wielkie graffiti zajmujące pół kadru, krzyczące „TO NIE JEST PRAWDZIWE”.

Gra tu za to całkiem niezła muzyka, utrzymująca uwagę w poszarpanej narracji, a aktorzy najwidoczniej potraktowali eksperyment Amirpour w ramach relaksu, bo nie da się ukryć, że mają tutaj sporo zabawy. Jason Momoa zamienia się powoli w The Rocka i zalicza solidne role w kolejnych niezbyt udanych filmach – ma takie pokłady charyzmy, że nawet niezbyt interesującą postać wprawia w ruch; elektryzuje ekran samym przebywaniem na nim. Nieźle partneruje mu Waterhouse, która nawet po brutalnym okaleczeniu jest nie do zmordowania, a najwięcej radochy mają tutaj trudny do rozpoznania Jim Carrey, w nietypowej dla siebie roli, oraz Keanu Reeves, wpadający w fabularne tryby z kapelusza, grający z gracją drewnianej deski, ale dzięki temu podkreślający dziwność całego świata przedstawionego.

Niestety, reżyserka znowu nie potrafi nadążyć za intrygującym pomysłem wyjściowym, który na papierze wydaje się być samograjem – jeśli odpowiednio ułoży się nuty – a w tej wersji bardziej przypomina pracę zaliczeniową studentki z filmówki, która szybko chce pokazać, że bardzo kocha kino, jest autorką i robi wszystko „cool”. Niestety, w tym gatunkowym misz-maszu zupełnie gubi sens całego projektu, a widzowi po seansie zostaje w głowie tylko kilka ładnych kadrów. Ostatecznie to przedłużony festiwal straconych szans, naznaczony dosyć toksyczną miłością autorki do własnego stylu. Chociaż kilka razy potrafi oczarować.

Ostatnio dodane