nowości kinowe

Luty z Martinem Scorsese. Taksówkarz

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Listen you fuckers, you screwheads, here’s a man who would not take it anymore, a man who stood up against the scum, the cons, the dogs, the filth, the shit. Here is someone who stood up. Here is…

Kiedy w połowie lat 70. Martin Scorsese otrzymał od swego wieloletniego przyjaciela, Briana De Palmy,  scenariusz do filmu „Taksówkarz”, jeszcze nie wiedział, że w jego karierze nastąpi prawdziwy przełom. Nie wiedział, że stworzy film, który stanowić będzie wzór dla pokoleń twórców i obiekt fascynacji dla pokoleń widzów. Nie wiedział, że właśnie rodzi się legenda…

Choć swój unikalny styl nakreślił już przy okazji „Ulic nędzy” – dobrze przyjętych zarówno przez publiczność, jak i krytyków – to „Taksówkarz” przyniósł mu prawdziwy rozgłos oraz pierwsze nagrody, w tym m.in. Złotą Palmę w Cannes. To dzięki artystycznemu i finansowemu sukcesowi tego filmu dla Scorsese na dobre otworzyła się furtka, po przekroczeniu której mógł w pełni realizować się artystycznie. Jego nazwisko stało się rozpoznawalne, a kariera nabrała rozpędu. Spróbuję przybliżyć, co takiego unikalnego kryło się w obrazie, który bezpośrednio się do tego przyczynił. Obrazie, który w opinii wielu krytyków – w  tym i mojej – jest najlepszym i najważniejszym dziełem słynnego reżysera.

Treść

Travis Bickle jest weteranem wojny w Wietnamie. Mając problemy z dostosowaniem się do życia w społeczeństwie, postanawia zatrudnić się jako taksówkarz. Praca, która miała stanowić lekarstwo dla naznaczonej wojennym piętnem psychiki, generuje kolejne frustracje. Okazuje się bowiem, że specyfika nowego zajęcia tylko pozornie polega na przetransportowywaniu pasażerów z punktu A do punktu B. Nowojorski taksówkarz jest przede wszystkim naocznym świadkiem piętrzącego się w mieście zła i występku. Prostytutki, alfonsi, złodzieje, mordercy – wypełniają ulice miasta, przez które codziennie przejeżdża bohater swą taksówką. Czy tego chce, czy nie, uczestniczy w stopniowym rozkładzie wartości, społecznej degrengoladzie najbliższego mu świata. Sam zdaje się już do niego nie przystawać, co odbija się na międzyludzkich relacjach, które bezskutecznie stara się tworzyć. Koledzy w pracy nie traktują go zbyt poważnie, a dziewczyna, z którą miał nadzieje nawiązać bliższy kontakt, ostatecznie odrzuca jego względy. W końcu jednak poznaje młodą, bo dwunastoletnią prostytutkę, z którą nawiązuje nić porozumienia. Dziewczyna jest dla niego przedstawicielem dekadenckiego świata, na którego istnienie coraz trudniej jest mu się godzić. Z biegiem czasu zaczyna angażować się emocjonalnie w jej los, dzięki czemu zmianie ulega jego dotychczas bierna postawa wobec otaczającego go zła. Chcąc zrobić coś wyjątkowego dla siebie i innych, postanawia samodzielnie oczyścić miasto z brudu. Kupuje broń i zaczyna planować odpowiednie jej wykorzystanie.

Scenariusz do filmu napisał Paul Shrader, który później często pełnił tę rolę dla Martina Scorsese. Inspirację czerpał między innymi z egzystencjalnej powieści Dostojewskiego – Notatki z podziemia oraz z dzienników Arthura Bremera – niedoszłego mordercy gubernatora George’a Wallace’a. Pozycje te były też dobrze znane przyszłemu reżyserowi filmu. Scorsese, podejmując się realizacji, wiedział, że będzie to kolejna próba zmierzenia się z demonami przeszłości. Gdy tylko przeczytał scenariusz, natychmiast utożsamił się z zawartym w nim przesłaniem. Frustracja, samotność i brak przynależności do grupy były mu bliskie, zawsze więc postrzegał siebie jako outsidera. Jako wychowanek nowojorskiej dzielnicy Little Italy – w której rządziła mafia włoska – doskonale wiedział, czym powinien charakteryzować się widok, z jakim na co dzień mierzyć miał się Travis. Realizacja „Taksówkarza” była więc dla Scorsese bardzo osobistym przeżyciem. Sam mówi, iż była to jego reakcja na świat, który znał, ale o którym w pewien sposób chciał zapomnieć. Wiedział jednak, że dzięki temu filmowi będzie mógł w końcu wyrzucić z siebie negatywne emocje, które od zawsze w nim drzemały i przetworzyć je na coś wartościowego. Niewątpliwie wpłynęło to na jakość filmu i między innymi dlatego „Taksówkarz” jest tak bezkompromisowy i depresyjny w wydźwięku.

Protagonista

Główny bohater jest sfrustrowany sobą i otaczającą go rzeczywistością. Jednak podstawowym czynnikiem określającym jego zły stan ducha jest doskwierająca mu samotność. Betsy, dziewczyna, którą bohater jest zafascynowany, odrzuca jego względy, gdyż ten nie potrafi się nią należycie zająć – zabiera ją na film „dla dorosłych”, co dziewczyna przyjmuje z oburzeniem. W innej, kluczowej scenie, Travis stara się nawiązać dialog z kolegą po fachu, by podzielić się swymi rozterkami. Wspomina, że chciałby coś w swym życiu zmienić, podjąć się czegoś wyjątkowego. Zawsze zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy Travisa, gdyby został do końca wysłuchany. Jak potoczyłyby się jego losy, gdyby dziewczyna, na której mu zależało, okazała mu odrobinę więcej zrozumienia. Co prawda na jego drodze w końcu staje młoda Iris, lecz pojawia się wtedy, gdy jest już za późno; gdy erupcja wulkanu już się rozpoczęła. Kumulacja negatywnych emocji doprowadza Travisa do podjęcia radykalnych kroków. Dla byłego żołnierza, uczonego, jak skutecznie zabijać, jedyną drogą do osiągnięcia celu, jedyną drogą do zrobienia czegoś wyjątkowego jest ponowne wykorzystanie swych wojennych umiejętności. Jedynym sposobem naprawy świata jest eliminacja jednostek mu zagrażających.

Travis Bickle to szczególna postać. Znamy go jednak tylko powierzchownie, lekceważąc głębię kryjącą się w jego wnętrzu. Podstawowy element jego popkulturowego wizerunku – słynny irokez – powstał  nie bez powodu. Scorsese dowiedział się, iż „nosili” go żołnierze, którym powierzono jakieś specjalne zadanie. Jedno jest pewne – Travis nie jest bohaterem i z pewnością nie chce nim być. Jest przykładem antybohatera, któremu współczujemy i w którego los się angażujemy, choć jednocześnie wiemy, że jego czynów nie można zaliczyć do kategorii dobra. Jest kimś w rodzaju diabła, skrywającego w sobie religijną wrażliwość i gorliwość. Możemy o nim przeczytać w gazecie, ale nigdy nie chcielibyśmy poznać go osobiście. Analizując problematykę tej postaci, najlepiej jednak skoncentrować się na czynniku determinującym jej zachowanie. Bez względu na to, jak bardzo czuje się samotny i zagubiony, to obserwacja moralnego rozkładu sprawia, że nasz antybohater postanawia chwycić za broń. Czy można go rozgrzeszyć?

Martin Scorsese o postaci Travisa mówi w ten sposób: „Nie lubisz tej osoby. Ale gdzieś w najgłębszych, najmroczniejszych, najbardziej tajemniczych pokładach swojej świadomości wiesz, że myślałeś podobnie. Ponieważ byłeś nieustannie odsuwany na bok, wciąż odsuwany i odsuwany. To nie jest racjonalne, nie ma nic wspólnego z dobrem, ale to jest ludzkie. To jest część ludzkiej natury”.i Zaprawdę, trudno jest się z tym nie zgodzić. Heroiczny bohater zawsze będzie uosabiał cechy wyidealizowane, do których dążymy i które chcielibyśmy posiadać. Travis Bickle, będąc ikonicznym przykładem filmowego antybohatera, uosabia cechy, których się wstydzimy i których mamy w nadmiarze. Jednak ten wzór jest o wiele bliższy znanym nam realiom. Czy tego chcemy, czy nie, podświadomie identyfikujemy się z tym taksówkarzem, gdyż wiemy, że dylematy, z jakimi się boryka, są dylematami czysto ludzkimi. Travis jest symbolem buntu przeciwko powszechnej akceptacji nieprawości. Nie wstydźmy się mu kibicować.

Aktorzy

Pomimo faktu, że scenariusz „Taksówkarza” jest silnie skoncentrowany na jednej, wiodącej postaci, to filmu tego nie można nazwać teatrem jednego aktora. Zbyt wiele ważnych dla fabuły charakterów, wykreowanych przez znane nazwiska, się w nim pojawiło. W rolę Betsy, niedoszłej dziewczyny Travisa, wcieliła się piękna Cybil Shepard. Aktorka, która dziś szerokiej widowni kojarzy się głównie z roli w serialu „Na wariackich papierach”, wtedy znana była ze swego obiecującego debiutu w „Ostatnim seansie filmowym” oraz występów w komediach romantycznych. Jej rola w „Taksówkarzu” była dość prozaiczna – swym blaskiem miała rozświetlić mroczny klimat filmu i (choć na chwilę) wypełnić serce Travisa nadzieją. Zadaniu oczywiście sprostała, aczkolwiek nie obeszło się bez trudności. Przy kręceniu sceny randki dwójki bohaterów aktorce udzieliła się ponura atmosfera okolicy, w której się znalazła, przez co Scorsese robił, co mógł, by jak najszybciej zakończyć wówczas zdjęcia.

Kluczową rolę w obrazie pełni również postać Jodie Foster, która wcieliła się w młodą prostytutkę Iris – jedyną osobę nawiązującą z Travisem bliższą relację. Foster, która w czasie kręcenia zdjęć miała zaledwie trzynaście lat, nad wyraz przekonująco wypadła w swej roli, a przyznać trzeba, że ta do najłatwiejszych nie należała. Jej występ zaowocował nominacją do Oscara, dzięki czemu zapisała się w historii jako jedna z najmłodszych aktorek nominowanych do tej nagrody.

W kolejną ważną postać, w alfonsa dzierżącego pieczę nad Iris, brawurowo wcielił się Harvey Keitel – pierwszy  „główny” aktor Scorsese. Co ciekawe, pierwotnie to on był typowany do roli Travisa Bickla. Jego wkład w film to wymyślenie sceny, w której grany przez niego bohater – Sport, tańczy w rytm muzyki z Iris. Scena miała uwypuklić istnienie toksycznej więzi miedzy obojgiem bohaterów. Na dalszym planie „Taksówkarza” zauważyć i zapamiętać można także debiutującego wówczas Alberta Brooksa, grającego kolegę Betsy z pracy, oraz Petera Boyle’a, wcielającego się w taksówkarza o wdzięcznie brzmiącej ksywce „Wizard” (Czarodziej). Ten ostatni pełni dość ważną rolę w dramacie, ponieważ jego postać nawiązuje w pewnym momencie szczery – choć daleki od doskonałości – dialog z głównym bohaterem, dzięki czemu dowiaduje się o drzemiących w nim rozterkach.

W filmie zobaczymy także ciekawy epizod odegrany przez samego reżysera. Chodzi oczywiście o scenę, w której Travis podwozi sfrustrowanego zdradą męża pod dom, w którym jego żona prawdopodobnie przyprawia mu rogi. Rola ta pierwotnie należała do dobrego przyjaciela Scorsese, jednak przez niedopasowanie terminów zdjęć musiał z niej zrezygnować. To De Niro namówił reżysera do zastępstwa. Co ciekawe, to nie było jedyne cameo reżysera w tym filmie – ci bardziej spostrzegawczy dojrzą go siedzącego na murku tuż za Betsy, wchodzącą do głównego lokalu kampanii wyborczej senatora Palantine’a.

W centrum zainteresowania widza pozostaje jednak Robert De Niro. Jego kreacja jest przejmująca i do bólu autentyczna. To już kanoniczny przykład roli psychopaty z wrażliwością romantyka. Co ciekawe, De Niro, w celu lepszego wczucia się w swoją postać, przed rozpoczęciem zdjęć pracował po dwanaście godzin dziennie jako taksówkarz oraz studiował choroby psychiczne. Podobno by zagrać w filmie Scorsese odrzucił także angaż w „O jeden most za daleko”, za który miał dostać o wiele większe wynagrodzenie. De Niro był więc silnie zaangażowany w odtwarzaną rolę, co widać w niemal każdej scenie – a tych jest wiele, bo w sumie tylko dwie zostały nakręcone bez udziału tego aktora. Dość powiedzieć, że najsłynniejsza z nich, czyli ta, w której Travis mówi do wyimaginowanej postaci w lustrze, była w całości zaimprowizowana przez aktora. W scenariuszu Travis jedynie prężył się przed lustrem. Reżyserowi improwizacje De Niro od razu skojarzyły się z wyczynami Marlona Brando przed lustrem w „W zwierciadle złotego oka”, dzięki czemu szybko kupił ten oryginalny pomysł.

„Taksówkarz” był drugim występem De Niro u Scorsese. Pierwszy raz pracowali razem przy „Ulicach nędzy”, gdzie Robertowi przypadła drugoplanowa, acz charakterystyczna, rola Johnny’ego Boya. Później pracowali ze sobą jeszcze pięć razy, tworząc jeden z bardziej pamiętnych duetów reżysersko-aktorskich w historii kina. Dwa lata przed produkcją „Taksówkarza” De Niro otrzymał Oscara za drugoplanową rolę w kontynuacji „Ojca chrzestnego”, dzięki czemu już wtedy zrobiło się o nim głośno. Lecz dziś, z perspektywy czasu, można przyznać z pełną odpowiedzialnością, że to pierwsza główna rola u Martina Scorsese wywarła największy wpływ na kształt jego kariery.

Tło

To nie są wszyscy aktorzy i nie wszystkie postacie. Jest jeszcze jedna kreacja, która w świadomości widzów raczej tym mianem określana nie jest. Chodzi o pesymistyczny portret Nowego Jorku. Ulice przepełnione społeczną agresją; unoszący się zapach moralnego rozkładu wzmagany kanałowymi wyziewami; wszechobecność banerów reklamowych, nie pozwalających nawet na moment zapomnieć o postępującym konsumpcjonizmie; brud, zgiełk oraz klaustrofobiczny klimat zamknięcia, wszystko to potęguje zaszczucie odczuwane przez głównego bohatera i jednoznacznie daje do zrozumienia widzowi, że mamy do czynienia z miastem grzechu. Nowy Jork odgrywa więc nader symboliczną rolę, gdyż jest współczesną Sodomą i Gomorą, do której wpuszczony zostaje anioł, zwiastujący początek końca. To miasto dostarcza głównemu bohaterowi motywację, definiuje jego działanie. Pamiętne zdjęcia Michaela Chapmana podkreślają ten unikalny efekt, wskazując obecność i rolę tego nieoczywistego bohatera w przeżywanym przez widza dramacie.

Osobną funkcję w przeżywaniu historii Travisa pełni muzyka Bernadra Hermanna – wcześniej twórcy muzyki do takich filmów jak „Obywatel Kane” czy „Obsesja”. W muzycznym motywie przewodnim stworzonym przez tego kompozytora jest coś osobliwego, coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po seansie. Coś, co dopełnia atmosferę tego mrocznego filmu akcentem optymizmu. Tak, optymizmu, bo utwór ten, ze swym delikatnym jazzowym brzmieniem, zdaje się nie przystawać do wizerunku miasta skażonego grzechem. Kiedy się weń wsłuchujemy, odradza się w nas jednak odrobina otuchy, niezbędna do pogodzenia się z losem głównego bohatera, a w rezultacie i własnym.

„Taksówkarz” to dziś jeden z bardziej poruszających obrazów upadku moralności. Kultura jest w nim głównym źródłem zła, od którego nie ma już odwrotu, dla którego nie ma już nadziei. Jest też przejmującym studium samotności i konsekwencji płynących z braku przynależności do wspólnoty. Film przetrwał próbę czasu głównie dzięki swej parabolicznej strukturze, uwidaczniającej uniwersalne przesłanie; strukturze, w której zdaje się być wręcz oderwany od lat, w których powstał.  Zresztą w przypadku tego filmu nie należy jedynie mówić o przetrwaniu próby czasu, a o zapisaniu się złotymi zgłoskami w historii kina. Film kultowy? Mało. Arcydzieło? Z całą stanowczością – tak!

 

 

i R. Schickel, Martin Scorsese. Rozmowy, wyd. Axis Mundi 2012, s. 158

 

Ostatnio dodane