Tajemnica Westerplatte | FILM.ORG.PL

Tajemnica Westerplatte

Każdy, kto w kinie lubi widowiskowość, rozmach, solidną inscenizację, ba, „filmowość” w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa, nie ma czego szukać w „Tajemnicy Westerplatte”.




Kac Westerplatte? Nie do końca




Grzegorz Fortuna
17.02.2013


Kiedy kamera pokazuje widzom placówkę wojskową, wyraźnie widać, że budynek jest tak naprawdę makietą, a stojącego w oknie majora Sucharskiego doklejono do niej w postprodukcji. Flota powietrzna nazistów to jeden komputerowy samolot pomnożony dzięki metodzie kopiuj-wklej, przypominający modele z gier lotniczych z końca lat dziewięćdziesiątych. Pancernik Schleswig-Holstein został wstawiony w krajobraz tak nieudolnie, że spece od efektów musieli zanurzyć jego masywny kadłub w gęstej mgle, by zakryć granicę między tym, co było już w kadrze, a tym, co zostało do niego dodane. Ataki niemieckich żołnierzy wyglądają jak podchody na zielonej szkole w trzeciej klasie podstawówki – nazistowskie nieboraki („hitlerki”, jak nazywają ich bohaterowie) niby skradają się w lesie zwartą grupą, ale schowanych w okopach obrońców i tak nie są w stanie zauważyć, więc po pierwszej salwie ze strony Polaków padają jak muchy. Gdy kamera przestaje nagrywać, prawdopodobnie wstają i otrzepują mundury, żeby wcielić się w kolejną grupę nazistów.

Każdy, kto w kinie lubi widowiskowość, rozmach, solidną inscenizację, ba, „filmowość” w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa, nie ma czego szukać w „Tajemnicy Westerplatte”. Film wojenny Pawła Chochlewa, o którym głośno było – ze względu na problemy produkcyjne i rzekomą kontrowersyjność scenariusza – już od kilku lat, nie jest jednak, wbrew wszelkim pozorom, „Kacem Westerplatte”. Owszem, to produkcja słaba, momentami żenująca i w sumie niezbyt potrzebna, ale – w przeciwieństwie do „Bitwy pod Wiedniem” czy „Bitwy Warszawskiej 3D” – nie obrażająca inteligencji widza.

Widać wyraźnie, że debiutant Paweł Chochlew miał na swój film jakiś pomysł. Zamiast stawiać bohaterom Westerplatte kolejny pomnik, postanowił zbudowane już pomniki odbrązowić; zamiast podlewać straceńczą walkę hektolitrami patosu, postanowił przedstawić ją jako chaotyczną szamotaninę ludzi rozdartych między obowiązkiem bronienia ojczyzny a chęcią ratowania własnego (i nie tylko własnego) życia. W centrum „Tajemnicy Westerplatte” nie stoi więc konflikt zbrojny między Polską a Niemcami, ale pojedynek dwóch skrajnie różnych charakterów – majora Henryka Sucharskiego (Michał Żebrowski) i kapitana Franciszka Dąbrowskiego (Robert Żołędziewski). Pierwszy jest schorowany i zmęczony, w samobójczej walce nie widzi sensu i dąży do jak najszybszej kapitulacji. Drugi to typowy polski romantyk, który gotów jest bić się do krwi ostatniej, biec na nazistów z samym bagnetem i umierać z „Rotą” na ustach.

I o ile tego typu koncepcja – dzięki której reżyser skupia się na tym, co dzieje się wewnątrz placówki wojskowej, a nie na scenach batalistycznych, na które wyraźnie nie ma pieniędzy – jest w jakimś sensie ciekawa, o tyle już jej wykonanie woła o pomstę do nieba. Jestem w stanie przymknąć oko na siermiężne efekty specjalne i biedną realizację, bo mam świadomość, że za czternaście milionów złotych niewiele można w tej materii uzyskać. Trudno natomiast nie zauważyć, że „Tajemnica Westerplatte” jest filmem źle rozpisanym, słabo poprowadzonym i – co chyba najgorsze – tragicznie zagranym.

Michał Żebrowski, choć gra w sposób teatralny i manieryczny, daje jeszcze jakoś radę – jego Sucharski jest, tak, jak to sobie Chochlew wymyślił, człowiekiem słabym i wewnętrznie skonfliktowanym, pozbawionym posłuchu u podwładnych, niezdolnym do podjęcia stanowczej decyzji. Znajdujący się po drugiej stronie mentalnej barykady Robert Żołędziewski odstawia jednak na ekranie szopkę, której nawet ślepy i głuchy widz nie byłby w stanie nazwać aktorstwem. Nie mam pojęcia, dlaczego reżyser postanowił zatrudnić aktora, który ma na koncie tylko jedną główną rolę, i to rolę w jednym z najgorszych polskich filmów wszech czasów (pamiętne „Rh+” Jarosława Żamojdy), ale może to mieć jakiś związek z tym, że panowie kumplują się ponoć jeszcze od czasów szkoły filmowej. Tak czy owak, decyzja Chochlewa (w połączeniu z kompletną nieumiejętnością prowadzenia aktorów) przynosi tragiczne skutki. Żołędziewski miota się na ekranie jak fretka w klatce – chodzi po bunkrach z przyklejoną do twarzy zawziętą miną i romantycznie rozwianą czupryną, łypie wilkiem na Żebrowskiego i wypowiada dialogi w taki sposób, jakby na zajęciach z dykcji regularnie wagarował. Żołędziewski w zasadzie w tym filmie nie mówi; Żołędziewski wymiotuje kwestiami, wyrzuca je z siebie, brzmi jak rozregulowany CKM. Gdyby grał postać epizodyczną, można by tę kwestię pominąć. Ale jest jednym z dwóch najważniejszych bohaterów, i to w dużej mierze na nim opiera się ciężar dramaturgiczny filmu.

Nie lepiej prezentuje się scenariusz. Są w nim co prawda mocniejsze fragmenty, lepsze wymiany zdań i momenty, w których naprawdę widać decyzyjny chaos. Większość scen wygląda jednak mniej więcej jak parodia polskiego kina wojennego, którą Jacek Braciak przedstawiał kiedyś w programie Kuby Wojewódzkiego – jacyś trzecioplanowi bohaterowie palą fajki i biadolą, że nie zobaczą już córek, kłócą się, proszą współtowarzyszy, żeby zaopiekowali się ich rodzinami. Powinno to widza wzruszać, ale nie wzrusza, bo te postacie stanowią anonimowe tło, pojawiają się czasem na ekranie i znikają, nie mają – w przeciwieństwie do pary Sucharski-Dąbrowski – własnych charakterów. Dialogi między głównymi antagonistami też czasami trzeszczą w uszach, bo największą porcję sucharów dostał od scenarzysty – nomen omen – Sucharski.

W zasadzie od pierwszej sceny widać, że reżyser nad swoim filmem nie panuje. „Tajemnica Westerplatte” to chaotyczna kronika siedmiodniowej walki, rozpisana nieudolnie i nieumiejętnie. W pewnym momencie, kiedy major Sucharski dostaje ataku padaczki, na ekranie pojawiają się wizje z jego snów – morze rozlewającej się krwi i osmalony żywy trup. Po co komu coś takiego? Chyba tylko reżyser raczy wiedzieć. A tego typu scen – niepotrzebnych, dziwnych, pasujących do opowiadanej historii niczym kwiatek do kożucha – jest tutaj więcej.

„Tajemnica Westerplatte” miała potencjał na solidne, dojrzałe i intrygujące kino wojenne, ale w konfrontacji z niedoróbkami i słabym scenariuszem potencjał ten musiał niestety skapitulować.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Kazik

    Piszesz, że za 14 milionów zł nie można za dużo uzyskać, Ale u Boga Ojca, napisz mi, na co poszło owe 14 milionów!? Przecież tak naprawdę to cholerna kasa! Zastanówmy się przez chwilę. Sądzisz, że za tyle pieniędzy nie można sprowadzić dajmy na to, 200 statystów? Z takiej puli, spokojnie można bym im było zapłacić niezłą dniówkę i jeszcze by od cholery zostało. Wszak 1 milion to tysiąc tysiecy, tak? Dalej, naprawdę dobry profesjonalny sprzęt do góra 100 tysięcy zł, może nawet trochę mniej. Ile jeszcze zostaje! Uważasz, że przyzwoite efekty pirotechniczne kosztują ponad mln złotych???? Bzdura! Zresztą w dobie wszędobylskiej grafiki komputerowej, jaki problem pozyskać naprawdę dobrego komputerowego grafika, pracującego na naprawdę dobrym sprzęcie, za np jeden mln? Nie zgodziłby się? Przyjechał by choćby z bieguna północnego. 14 mln złotych! Jestem 100% przekonany, że za taką kasę można by świetnie wystawić bitwę pod Grunwaldem, co ja mówię, bitwę pod Kurskiem. Po prostu trzeba chcieć, prawdopodobnie jednak cała kasa poszło do kieszonek panów realizatorów, panów aktorów, panów operatorów itd, na zasadzie im mniej będzie widać na ekranie, tym więcej będzie dla nas, no i rzeczywiście, jeżeli na to co miało być widoczne na ekranie został jakiś 1 mln, to jestem w stanie uwierzyć, że nie było z czego zrobić wystawnego, batalistycznego widowiska, ale nie pisz bzdur, że za 14 mln nie można za wiele uzyskać w temacie filmowej batalii. Można cholernie dużo uzyskać, tylko trzeba chcieć.

    • Mefisto

      Zgadzam się w całej rozciągłości – za 14 baniek moglibyśmy mieć spokojnie swój Dystrykt 9 (który kosztował 30 mln$ przy czym był kręcony w RPA i w Nowej Zelandii przez Amerykanów, a my zrobiliśmy film u siebie), wystarczy mieć chęci i talent. No chyba, że mamy tu do czynienia z drugim Quo Vadis i ta kasa rozeszła się na rozbudowę willi pod Grójcem i kopalnię diamentów na Madagaskarze.

    • Grzegorz Fortuna

      Sorry, ale ciągle będę obstawał przy tym, że to jest mało pieniędzy na solidną inscenizację, tym bardziej, że Chochlew musiał przerwać zdjęcia, wywalić wszystko, co nakręcił z Bogusławem Lindą i kręcić od nowa, przez co mnóstwo pieniędzy poszło w błoto. Weź pod uwagę, że 14 mln zł to jakieś 4,5 mln $. Wskaż mi choć jeden dobry film batalistyczny, który nakręcono za taką sumę. Tu nie chodzi nawet o statystów, bo oni dużo nie kosztują, ale już mundury, prawdziwy sprzęt wojskowy, przede wszystkim wypożyczenie porządnego sprzętu do filmowanie – już tak.

      • zły

        i dlatego nie powinni dotykać kina batalistycznego dysponując niewielką w sumie kasą, jak na ambicje, które Chochlew miał. Rezygnując z bombastycznych akcji na rzecz psychologicznego konfliktu ten film mógł się udać. Mógł być czymś więcej niż jest.

      • Marek

        Rosjanie w 2004 r. nakręcili za jakieś 4,5-5 mln $ bardzo przyzwoity film wojenny pt. „Svoi”. A faktem jest, że rosyjscy aktorzy i ekipy filmowe cenią się dosyć wysoko (z tego też powodu ostatnimi laty rosyjscy producenci wybierają Ukrainę lub Białoruś jako miejsca do robienia zdjęć ze względu na tańsze koszty wynajmu mundurów, broni historycznej, kaskaderów czy aktorów, a nawet wynajmują lokalne ekipy). Także nakręcenie bardzo dobrego filmu wojennego w polskich warunkach za ok. 14 mln zł jest wg mnie możliwe. Odpowiedź na to dlaczego „Tajemnica Westerplatte” nie wygląda na to by została zrobiona za tyle została już udzielona przez Pana Grzegorza- konieczność wyrzucenia scen z aktorami, którzy się wycofali i przymus kręcenia wielu nowych scen. Dodajmy do tego, że nawet poszczególni członkowie ekipy filmowej wycofywali się w trakcie trwania zdjęć (takie były doniesienia z prasy). Problemem nie był więc niedostateczny budżet, ale to jak Chochlewowi te pieniądze udzielano. Przecież w kwestiach finansowych to ciągle czy to los czy to polskie władze i PISF rzucali mu „kłody pod nogi”! I tak dobrze, że udało się skończyć zdjęcia do „Tajemnicy…”. Uważam, że gdyby Chochlew od początku miał te 14 mln i nikt by mu ich nie odbierał to wyszedłby z tego film z porządnymi scenami batalistycznymi ze znacznie większą ilością statystów.

    • boromir

      dokładnie wystarczy chciec oraz potrafic

      przykłady:

      http://www.youtube.com/watch?v=WRS9cpOMYv0 inscenizacja za grosze, kilka osób i pomysł, efekt lepszy niż w dziele za 14 mln

      http://www.youtube.com/watch?v=W67VP2tmths Polak potrafi, kameralny reżyser, kameralny film, pomimo szczegłów 9zachowanie zolnierzy) daje rade

    • km

      Nie wiesz o czym mówisz. 100 tys zł to kosztować może kamera. A obsługa nie jest za darmo. I mówimy o jednej kamerze, gdzie na takim planie jest ich przynajmniej dwie. Proszę, nie wiesz zbyt wiele o finansowaniu filmu – nie oceniaj.
      1 grafik za milion to może i by zrobił, ale przez 3 lata.

      Ale jak niżej podpisano – jasne, że można za 14mln zrobić to bardziej przyzwoicie… ale to już inna kwestia.

  • Kazik

    Już pomijam fakt, kogo wypuszczają polskie szkoły filmowe

  • Karcio

    Ja się tam nie znam ale pamiętam, że Strefa X kosztowała….500 tys $ a był to całkiem porządny film SF! Także przy takim porównaniu to Westerplatte może wzbudzać tylko uśmiech politowania. Faktycznie ciekawe na co poszły te pieniądze…

  • Modrzew

    Amatorzy zapaleńcy tworzą zdecydowanie lepsze SFX (vide YouTube) niż nasi polscy „filmofcy” i nie potrzebują do tego milionowego budżetu. Od lat nie potrafię tego zrozumieć.

  • Kazik

    jak napisałem, naprawdę porządny sprzęt filmowy to koszt rzędu 100 000, mundury, zgoda. Jest to też jakiś argument, że Chochlew zaczynał dwa razy wszystko od początku. Nie chce mi się za bardzo gmerać w necie w poszukiwaniu kina batalistycznego za 4,5 mln $. W sumie bardzo jestem ciekaw ile wyniósłby budżet takiego „Szeregowca Ryana” gdyby okroić go z wielomilionowych pensji dla występujących w nim aktorów? Jak myślisz? Kto wie, może właśnie by zostały owe 4,5mln. $

    • Grzegorz Fortuna

      „Szeregowiec Ryan” kosztował około 70 mln (na dzisiejsze to około 100 mln, bo trzeba wziąć pod uwagę inflację), a jedyną naprawdę wielką gwiazdą w obsadzie był wówczas Tom Hanks, więc podejrzewam, że na efekty i batalistykę mieli jednak trochę więcej niż 4,5 mln :). Aczkolwiek zgadzam się, że te 4,5 mln, którymi dysponował Chochlew, można było na pewno lepiej wykorzystać, bo to rzeczywiście jest sporo kasy. Wydaje mi się, że problemem naprawdę mogły być te przerwy w realizacji i rezygnacja Lindy, bo to bardzo dezorganizuje produkcję – trzeba wszystkich odesłać do domu, zatrudniać na nowo i od nowa kręcić.

  • Wyśmiewana w pierwszym akapicie scena zdarzyła się naprawdę. Pierwsza fala ataku Niemców została dosłownie zmasakrowana, przy niemal zerowych stratach po stronie polskiej. Nie wiem jeszcze jak to pokano w filmie ale Polacy byli doskonale zamaskowani i całkowicie zaskoczyli atakujących.

    • Grzegorz Fortuna

      W filmie wygląda to nieco inaczej – Niemcy są dosłownie ślepi, nie zauważają Polaków, których głowy wystają z okopów pięć metrów przed nimi. Głównie dlatego się z tej sceny nabijałem :)

  • Krzysztof Pulkowski

    Panie Redaktorze i wszyscy Komentujący – znałem 56 spośród
    Obrońców Westerplatte.

    Zrobiłem film z udziałem kilku z nich – film mówiący o
    niebezpieczeństwach i minach tworzenia legendy. Z tego filmu wynika, iż legenda
    dumnie powiewała na wietrze propagandy, natomiast drzewcem tej chorągwi bito po
    dupie jej prokurentów, czyli Westerplatczyków – ten film nosi tytuł LWY
    WESTERPLATTE.

    Nie będę komentował filmu TAJEMNICA WESTERPLATTE, bo i nie ma
    czego komentować. Lepiej o nim jak najszybciej zapomnieć i schować go gdzieś na
    dnie czeluści, aby nie raził oczu, uszu, rozumu, emocji i podstawowego poczucia
    przyzwoitości zawodowej i historycznej.

    Na Westerplatte stacjonował można powiedzieć ODDZIAŁ SPECJALNY.
    Aby dać przyczynek do dzisiejszej wyobraźni można porównać ten pododdział do
    polskiej jednostki GROM czy amerykańskiej DELTA FORCE.

    Żołnierze, podoficerowie i oficerowie wybierani byli spośród
    najlepszych i specjalnie szkoleni. Doskonale wiedzieli jakie zadanie ich czeka
    i liczyli się z konsekwencjami. Zasadą polityczną było, że mogli to być tylko
    Polacy, katolicy i kawalerowie.

    Na Westerplatte przez kilka lat, pod osłoną nocy, powstawał
    skuteczny, jak sie okazało, bastion obronny, o którym Niemcy nie wiedzieli nic.
    Załoga była znakomicie zorganizowana, wyszkolona, sprawna i karna. Podlegała
    bardzo dobremu dowództwu. Nie było tam miejsca na mięczaków. W żadnym razie nie
    można nazywać konfliktem postaw pomiędzy romantyczną a pragmatyczną różnic
    między Sucharskim a Dąbrowskim. Po pierwsze każdy z nich miał odmienne zadania:
    Dąbrowski dowodził logistyką obrony; Sucharski podejmował strategiczne i
    polityczne decyzje. Dąbrowski był dowódcą obrony a Sucharski był komendantem
    Składnicy i to on odpowiadał za życie i zdrowie powierzonych mu ludzi. Można
    natomiast domniemywać różnic pomiędzy nimi w sukcesach wojskowych. Sucharski
    był już majorem, komendantem, kawalerem orderu Virtuti Militari za wojnę z
    bolszewikami i zbliżającym się do emerytury żołnierzem z awansu, bowiem chłopskiego
    pochodzenia. Dąbrowski natomiast był blisko 10 lat młodszym, jeszcze kapitanem
    pochodzącym z domu baronowej i generała i jeszcze bez Virtuti. Najlepszą okazją
    na ten krzyż jest wojenka.

    To naturalne, że Dąbrowski chciał się wykazać i zasłużyć na to
    wysokie odznaczenie – no i zasłużył.

    Zatem raczej konflikt ambicji z ciężarem poczucia
    odpowiedzialności.

    Ciekawym jest stereotyp odwrócony: Oto
    Polacy byli znakomicie zorganizowani, skomunikowani, pragmatyczni i skuteczni,
    a Niemcy fatalnie dowodzeni, hura romantyczni, chaotyczni, źle skomunikowani i
    mało skuteczni.

    Opowieść mówiąca o dramaturgii na linii
    polsko niemieckiej oraz wewnątrz polskiej i wewnątrz niemieckiej byłaby w
    istocie ciekawa. Westerplatczycy byli bohaterami, ale nie w sposób romantyczny
    i widowiskowy. Oni spełnili swój żołnierski i obywatelski obowiązek, do którego
    przygotował ich przedwojenny dom, rodzina, szkoła, podwórko, wieś, miasteczko,
    przyjaciele, ówczesne media i ostatecznie Państwo Polskie i Wojsko Polskie.

    Mówi się, że TAJEMNICA WESTERPLATTE, to
    odbrązowienie historii – NIE. To obsrywanie ludzi i prawdy.

    • Grzegorz Fortuna

      Bardzo dziękuję za obszerną i interesującą wypowiedź, która wiele wyjaśnia. Przyznam szczerze, że moja wiedza odnośnie Westerplatte ogranicza się do tego, czego uczono w szkole, więc nie podejmowałem sie analizy i oceny tego, w jakim stopniu ten film odzwierciedla prawdę. Ukazanie Westerplatte jako pojedynku dwóch charakterów wydawało mi się ciekawe pod względem czysto filmowym – tego typu ujęcie daje reżyserowi spore możliwości, których Chochlew zupełnie nie wykorzystał. Ale po przeczytaniu Pańskiej wypowiedzi widzę, jak dużo reżyser schrzanił i jak wiele można by z tej historii wycisnąć, gdyby za kamerą stanął ktoś, kto wie o czym opowiada i wie, jak to robić.

    • nie lew

      szanowny przedmówco troszkę zapędziłeś się z tym GROMEM i kilkuletnimi przygotowaniami do obrony gdybyś miał pojęcie wiedziałbyś, że te przygotowania to raptem kilka tygodni, to nie był aż tak strategiczny punkt obrony, ot kawałek ziemi w niemieckim mieście…(które dzięki Gdyni było bankrutem)…boli mnie podejście do filmów historycznych w Polsce bo do głosu dochodzą skrajności jedni tacy jak Ty co krzyczą hańba, zdrada, plucie na mundur, albo drudzy którzy gotowi są ten mundur pluc,,,natomiast reszta jest zagłuszana przez krzykaczy…a czego Ci zagłuszani oczekują dobrego filmu a nie ideologii, dobrego a to znaczy bezstronnego, z prawdziwymi bohaterami a nie pomnikami ze spiżu, ze scenami batalistycznymi pokroju kompani braci, sprawnie nakręconego a nie teatru telewizji, z efektami specjalnymi (platige imgae) a nie atm (ci od w wojny 3d Hofmana i produkcji kiepskich)…i żeby nie było że pluje na mundur obrona westerplatte to jest to z czego mozna byc dumnym nawet jesli doszlo do buntu, i nie wazne który mial rację, i nie ważne czy ktoś odlał się na plakat małego marszalka, i że nasi żolnierze nie byli malowanymi chlopacami wazne zeby to było dobrze pokazane

      • Krzysztof Pulkowski

        W niczym nie przesadziłem, bowiem są to fakty potwierdzone historycznie dokumentami. Nie nazwałem tego filmu hańbą i nie uważam się za skrajnego, a jedynie za racjonalnego. Ten film to żenada i wstyd ze względu na rzemiosło filmowe i historyczne. Ja się wstydzę, ponieważ jestem filmowcem i prawdziwie znam historię Westerplatte oraz wielu z jej Obrońców.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fincher dla Timberlake'a, czyli obrazy dla muzyki

Następny tekst

Die hard, szklana pułapko!



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE