nowości kinowe

Sztorm

„Sztorm” idealnie reprezentuje kino Ridleya Scotta z lat 90-tych – ładne widoczki starają się przesłonić banalność tekstu, który nie potrafi wyjść poza utarte wzorce.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Ridley Scott idzie na dno

timthumbRidleya Scotta znałem od zawsze. I nie chodzi o to, że kręcił filmy zanim ja się jeszcze urodziłem, bądź był moim ulubionym reżyserem od najmłodszych lat. Nic z tych rzeczy. Pierwszy numer miesięcznika „Film”, od którego zacząłem regularnie kupować ten magazyn to ten z sierpnia 1996 roku, z Dorotą Segdą na okładce. W środku był dwustronicowy artykuł Tomasza Jopkiewicza o kinie Ridleya Scotta z okazji premiery jego najnowszego filmu, jakim był „Sztorm”. Pamiętam czarno-białe zdjęcie wystraszonego Keitha Carradine’a z „Pojedynku”, porównanie statku Nostromo do zamczyska, w którym czai się potwór oraz sporządzony w ramce spis wyreżyserowanych przez Scotta filmów. Na tamten czas było to zaledwie 9 tytułów, obecnie zaś filmografia Brytyjczyka liczy 23, łącznie z kręconym właśnie „Marsjaninem”. Te dwie strony wystarczyły, abym poznał twórcę „Obcego” jako wielkiego stylistę, nie zawsze jednak trafiającego z wyborem tekstów. Od tego czasu niewiele się zmieniło, co ostatnie dokonania Scotta („Prometeusz”, „Adwokat”) jedynie potwierdzają.

„Sztorm” powstał w okresie największej niedoli reżysera. O ile na początku lat 90-tych chwalono Scotta za „Thelmę i Louise”, zaś wydana na video reżyserska wersja „Łowcy androidów” odniosła wielki sukces, o tyle następne lata tej dekady były dla niego wręcz katastrofalne. Powstały wtedy trzy filmy, po których zwiastowano koniec jego kariery, a były to „1492: wyprawa do raju”, wspomniany „Sztorm” oraz „G.I. Jane”. Pierwszy był dla wielu jedynie wystawną laurką z okazji 500-rocznicy odkrycia Ameryki, zaś ten ostatni smutnym potwierdzeniem, że Demi Moore nie zasługuje na 20-milionowe gaże, nieważne z włosami czy bez (prawdą jest, że ludzi bardziej interesowała łysina aktorki niż sam film). Ten nieco przydługi wstęp jest ważny, aby pokazać pozycję Scotta w tamtym czasie, która nie była tak mocna, jak jest obecnie. Zaraz po „1492” miał kręcić „Hot Zone”, jednak projekt nie ujrzał światła dziennego. „Sztorm” wybrał na swój następny film w 90 minut od otrzymania oferty realizacji.

968full-white-squall-screenshot

Ten marynistyczny dramat opowiada prawdziwą historię żaglowca Albatros, którym wypłynęła w roczny rejs grupka amerykańskiej młodzieży w roku 1960. Na statku uczyli się, pracowali, poznawali najpiękniejsze zakątki świata oraz trudy morskiego życia. Praktycznie dla wszystkich był to rodzaj inicjacji, wejście w dorosłość pod okiem kapitana, surowego, ale sprawiedliwego Christophera Sheldona. W drodze powrotnej jednak załoga Albatrosa stanęła oko w oko z tytułowym sztormem, mitycznym Białym Szkwałem, który pozbawił życia kilkoro z nich.

„Sztorm” urzeka obrazem oraz typową dla Scotta dbałością o szczegół. Widzimy prawdziwy statek, prawdziwy ocean, zaś bohaterowie, choć z dala od domu, co jakiś czas ocierają się o ważne dla Ameryki wydarzenia tamtego okresu, czy to mijając się z okrętami zmierzającymi ku Zatoce Świń, czy obserwując lot pierwszego amerykańskiego astronauty w kosmos. Te epizody niespecjalnie służą samej historii, bowiem reżysera bardziej interesują trudności życia na statku i nawiązywanie przyjaźni między 15-latkami niż świadomość tego, w jakim okresie żyją. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby chłopaki byli ciekawszymi bohaterami.

Lascher129

Niestety, wycięci są według szablonu, zgodnie z którym musi być w grupie idealista, buntownik, cierpiętnik, żartowniś, a nawet osobnik z wyraźnymi problemami psychicznymi. Wszyscy jednowymiarowi (poza – o dziwo! – tym ostatnim), nie potrafiący być dobrą przeciwwagą dla postaci Sheldona, który intryguje swoją oschłością i skrytością. Gra go Jeff Bridges i choć nie jest to jakoś specjalnie natchniona rola, to rozumiemy, skąd bierze się podziw i szacunek młodych dla tego człowieka. A jeśli obedrzeć film Scotta z morskiego anturażu, da się zaobserwować podobieństwa do pewnego arcydzieła, w którym inna, równie silna osobowość zmieniła patrzenie na życie młodych ludzi.

W słynnym „Stowarzyszeniu umarłych poetów” mieliśmy niezwykłego nauczyciela, który sprawił, że uczniowie nie tylko pokochali poezję, ale i dzięki niej dojrzeli. W przypadku „Sztormu” analogia do filmu Weira jest oczywista, lecz nie do końca trafna. Miłość Sheldona do morza również udziela się jego wychowankom, ale natura jest nieprzewidywalna, i w końcu zdradza człowieka. Wcześniej oferuje pełne przygód życie, ryzykowne i niebezpieczne, lecz również wyjątkowo pociągające, aby potem bezceremonialnie je odebrać, niszcząc wypracowane w trudach do niej uczucie. Jednak po filmie Scotta trudno w to uwierzyć. Pocztówkowe kadry i entuzjazm na twarzach nastolatków wydają się oddziaływać dużo silniej niż patetyczny finał na sali sądowej. Co więcej, nawet tytułowy sztorm i ostatnie chwile, tych którzy za chwilę zginą mają w sobie więcej piękna niż bólu. Wydaje mi się, że reżysera bardziej interesuje sam statek niż znajdujący się na nim ludzie, nic więc dziwnego, że gdy Albatros idzie na dno, Scott chce jak najszybciej zakończyć swój film.

img_4

Winą twórcy „Obcego” jest zatem błędne odczytanie historii. Dostrzega dramat, jaki rozegrał się na pokładzie Albatrosa, lecz konsekwencje tego są już nieważne. Nieprzypadkowo ostatnia scena odsyła nas z powrotem do pieszej wędrówki bohaterów, jeszcze sprzed katastrofy. Scott wydaje się mówić: „to jest ważne – młodość, niewinność, życie”. Woli patrzeć na dojrzewanie poprzez ciężką pracę, pierwszy seks i bardziej umięśnione i opalone ciała, jednak żadne z powyższych nie idzie w parze ze śmiercią, zwłaszcza najbliższych.

„Sztorm” przepadł w filmografii Scotta, co nie jest zaskoczeniem. Reżyser po raz kolejny popisał się wizualnym pazurem, dzięki czemu jest na co popatrzeć, a scena sztormu robi wrażenie, lecz to nie ocala całości. Pytanie, jakie rodzi się po jego obejrzeniu można zadać nie tylko przy okazji tego filmu Scotta, a brzmi ono: dlaczego go nakręcił? Co go zainteresowało w tym projekcie? Po seansie mam pustkę w głowie.

Wydaje też mi się, że obecna sytuacja reżysera jest podobna do tej sprzed 20 lat. Jest uznanym artystą, który nie bardzo wie, co i jak chce robić. Również realizowane przez niego scenariusze pozostawiają wiele do życzenia, choć na szczęście nikt jeszcze nie mówi o końcu jego kariery. Wtedy ratunek przyszedł wraz z „Gladiatorem”, dziełem, którym Ridley zaskoczył wszystkich. Ale czy obecnie też znalazłby się taki projekt, którego byśmy się po nim nie spodziewali?

Ostatnio dodane