nowości kinowe

Szklana pułapka 5

Niewiele zostało z oryginalnej „Szklanej pułapki”. Nawet bohater wydaje się inny. Część piąta to już bezmyślne widowisko, które ogląda się nie bez napięcia i emocji, ale ustępuje poprzednim filmom z serii pod KAŻDYM względem.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Chciałbym móc napisać, że warto iść na „Szklaną pułapkę 5” do kina. Ale nie warto.

Część pierwsza kończy w tym roku 25 lat i po dziś dzień uważam ją za najlepszy film akcji w historii kina. Mija ćwierć wieku, a oryginał nie zestarzał się ani trochę, wciąż porażając perfekcyjną realizacją i świetnym scenariuszem, ale również postacią głównego bohatera, który na tamten moment był odtrutką na umięśnionych herosów (Arnold i Sly), bez szwanku wychodzących z największych opresji. Tymczasem największym problemem Johna McClane’a w walce z terrorystami był brak butów, mocno utrudniający mu jakiekolwiek działania w tytułowym, szklanym wieżowcu. Była też pani McClane (używająca panieńskiego nazwiska), o życie której nasz dzielny policjant musiał walczyć.

Wraz z kolejnymi częściami cyklu zmieniało się otoczenie, zmieniał się przeciwnik, żona zniknęła, podobnież włosy Johna. Sam McClane nadal znajdywał się w niebezpiecznych sytuacjach, co rusz śmiejąc się w twarz śmierci, ale i bojąc się jej. Coś się zmieniło w 2007 roku, gdy na ekrany weszła „Szklana pułapka 4.0” – główny bohater strącił wtedy helikopter za pomocą rozpędzonego samochodu, a w finale skoczył na ziemię ze skrzydła wirującego w powietrzu odrzutowca. W obu przypadkach skończyło się na paru siniakach i zadrapaniach. Niestety, McClane-człowiek zamienił się w McClane’a-herosa. Tamten film miał jednak dobry tekst i był solidnie zrobionym widowiskiem – podobał mi się jako kino akcji, choć do poprzednich „Pułapek” mu daleko. Z ostatnią odsłoną cyklu już nie jest tak różowo.

Czekającym na proces rosyjskim oligarchą Komarovem (dobry Sebastian Koch, choć bez roli), interesują się były wspólnik, a obecny premier, Chagarin, oraz CIA. Ten pierwszy wie, że aresztowany ma na niego mocne dowody, które mogłyby wsadzić go do więzienia na resztę życia. Wiedzą to również Amerykanie. Obie strony postanawiają przechwycić dokumenty, które Komarov ukrył przed uwięzieniem. W tym samym czasie, John McClane przylatuje do Moskwy, aby pomóc swojemu aresztowanemu synowi. Nie wie natomiast, że młodszy McClane, Jack (niezły Jai Courtney), jest agentem CIA, pomagającym Komarovowi w ucieczce z aresztu, i jego pojawienie się mocno komplikuje całą operację.

Kiedy zacząłem rozumieć, że ze „Szklaną pułapką 5” jest coś nie tak? Pomijając oczywiście cały bagaż przed seansem, a trochę tego było – wybór Johna Moore’a na stanowisko reżysera (autor najnudniejszego filmu „akcji” ostatnich lat, „Maxa Payne’a”), scenariusz autorstwa Skipa Woodsa (ten pan napisał takie perełki jak: „X-Men geneza: Wolverine”, „Hitman” i „Czwartek”), pomysł, żeby akcję umieścić w Moskwie, zawirowania z kategorią wiekową, a nawet informację, że film trwa zaledwie 97 minut. To wszystko niekoniecznie oznaczało niepowodzenie, ale cały projekt od początku był, delikatnie mówiąc, niepewny. W końcu nadszedł dzień premiery, 14 lutego (film akcji na Walentynki?!), a ja czym prędzej poszedłem do kina. Siedząc w fotelu i oglądając piątą już część przygód McClane’a zdałem sobie sprawę, że to nie to. Już „4.0” Wisemana było znacznym odejściem od stylu poprzedników – realistyczną przemoc zastąpioną CGI i PG-13, a z McClane’a uczyniono superbohatera – ale dobry scenariusz i reżyseria wystarczyły. Filmowi Moore’a brak nawet tamtej jakości. Podwyższona kategoria wiekowa jest żadnym atutem, jeśli historia nie jest dobra, a reżyserowi zależy tylko na widowisku. A w tym przypadku, tak właśnie jest.

Scenariusz Woodsa idealnie przylega do wyznawanej przez Moore’a zasady – im więcej akcji, tym lepiej. Fabuła jest drugorzędna i pretekstowa, służy wyłącznie przejściom od jednej sceny akcji do następnej. Oddając reżyserowi sprawiedliwość muszę przyznać, że ogląda się je naprawdę dobrze. Twórca „Za linią wroga” dotrzymał słowa obiecując Willisowi jak najmniej efektów komputerowych, choć w finale nie mógł już się bez nich obejść. Sceny te (zwłaszcza pościg samochodowy) nie są może jakoś specjalnie pomysłowe, nie wnoszą nic świeżego do gatunku, ale jako fan doceniam solidną, rzemieślniczą robotę.

Gorzej z tym, co pomiędzy akcją. Dialogi są słabe i w większości obracają się wokół konfliktu pomiędzy McClane’ami. Czego ów spór dotyczy, dlaczego są skłóceni – tego się z filmu nie dowiemy. Ważne jest, że John chce się pogodzić, a Jack nie. Tym samym, głównym przeciwnikiem McClane’a w tej części jest właśnie syn, nie zaś przestępcy, z którymi jest spory problem – nie bardzo wiadomo, kto jest głównym czarnym charakterem, a wszyscy wokół są raczej bezbarwni i jednowymiarowi. Tęsknię za braćmi Gruber. Wracając do Johna i Jacka – wiemy, jak cały ich wątek się skończy (identyczny motyw z córką z poprzedniej części), wie to też Moore, który ulega tekstowi, z każdą kolejną sceną dociskając przycisk „ckliwość”, aż do ostatniej sceny, gdy ekran zalewa fala szczęścia i miłości. Litości.

Do tego dochodzi chęć uczynienia „Szklanej pułapki 5” najbardziej polityczną odsłoną cyklu. Uwięziony oligarcha (z bardzo nieczystym sumieniem), dążący do władzy rosyjski polityk, wspomnienie epoki Reagana, zdjęcie Obamy na strzelnicy (!), a nawet nieszczęsny Czarnobyl. Ale za tą „polityką” nic się nie kryje, bo Moore’a i Woodsa nie interesuje aktualna sytuacja w Rosji, czy spojrzenie na nią przez pryzmat Amerykanina. To nie jest film o tym, jak McClane nie może odnaleźć się w obcym świecie, bo tego świata nie ma. Jedyną niedogodnością dla bohatera jest nieznajomość języka, ale w jednej scenie rozwiązuje ten problem za pomocą pięści i krzyków. W innej zaś tłumaczy przeciwnikowi, że być może on nie ma prawa go zabić, ale jego syn – agent CIA – już ma takie prawo. Bardzo to cyniczne i okrutne, zwłaszcza, że słowa te padają z ust Johna McClane’a.

A jaki jest Willis w tym filmie? Wszakże „Szklana pułapka” to właśnie on. Robi, co może, aby być tym samym bohaterem, którego tak uwielbiamy. Ale nawet on jest bezradny, gdy po raz enty powtarza zdanie „Jestem tu na wakacjach”, bądź próbuje zmotywować syna. W założeniu miało to być zabawne, ale na ekranie czuć toporność. Do tego dochodzi wspomniany cynizm, jakże nietypowy dla McClane’a. Czy to nadal ta sama postać, co w tamtych filmach? Już nie chodzi o niezniszczalność, jak u Wisemana, ale o zwykłą sympatię do postaci, którą w kilku scenach (zwłaszcza dialogach) twórcy wręcz torpedują. Nie na taką „Pułapkę” i takiego McClane czekali widzowie, a sam Willis powinien o tym widzieć najlepiej.

Bruce Willis zapowiada, że nakręci jeszcze jedną „Szklaną pułapkę”, i na tym skończy przygodę ze swoim najsłynniejszym bohaterem. Pomimo porażki, jaką jest „piątka”, liczę na godne pożegnanie McClane’a, ale proszę! – już bez Moore’a i Woodsa na pokładzie. Niech zajmie się tym ktoś, kto rozumie, co sprawiło, że poprzednie filmy były tak udane, i zna głównego bohatera. Obecni reżyser i scenarzysta tego nie wiedzieli. Najsmutniejsze jest jednak to, że nie wiedział tego i sam Willis.

 

Ostatnio dodane