SZEREGOWIEC RYAN - II Wojna Światowa wg KMF | FILM.ORG.PL

SZEREGOWIEC RYAN – II Wojna Światowa wg KMF

Film Stevena Spielberga to rewolucja w kinie wojennym - robi wielkie wrażenie nawet po 16 latach od premiery.








Rafał Oświeciński
29.09.2014


sav

Strzały znikąd rozrywające ciała. Woda zamieniona w krew. Nieopanowany chaos. Śmierć na życzenie. Dokąd biec, gdzie strzelać, w kogo – dudniące w głowie rozkazy bardzo szybko z niej wylatują wraz z widokiem rozczłonkowanych kumpli, kikutów podnoszonych z ziemi, dziury w twarzy po wybuchu szrapnela, krzyku, przekleństw, strachu. Nikt, absolutnie nikt nie jest przygotowany na te chwile. Wszyscy za to liczą po cichu na wyciągnięcie szczęśliwego losu – przeżycia. Przeżycia przypadkowego, niezależnego od pojedynczego żołnierza, kompletnie absurdalnego w kontekście makabry dziejącej się wokół.   

Pierwsza sekwencja „Szeregowca Ryana” – długa, 20-minutowa – rzuca widza w rejony, w które nigdy nikt go nie zapraszał. Bywało okrutnie, przejmująco, realistycznie – oblicza wojny w kinie, wszystkie demony z nią związane, mają niezliczoną ilość twarzy, ale jednak… Steven Spielberg pokazał światu coś nowego, innego. Nie mówcie, że nie, proszę, nie podważajcie tego autokratycznego sądu. Lądowanie w Normandii wbija w fotel nawet dzisiaj, 16 lat po premierze. W momencie debiutu na ekranach kin zarówno miłośnicy kinowej batalistyki, jak i ci obcujący z nią od czasu do czasu, ale i ci nie mający z nią dotychczas do czynienia – wszyscy byli wstrząśnięci, zaskoczeni. Bywało, że zniesmaczeni – przemoc tak dosadna, bez retuszu, z jelitami na wierzchu budziła zdumienie i ów celuloidowy szok był tak samo fascynujący, jak i irytujący.

movies_saving_private_ryan_desktop_1680x1050_hd-wallpaper-986595 (1)

Można patrzeć na „Szeregowca Ryana” właśnie z tej batalistycznej perspektywy, która zbudowała niekwestionowaną renomę tego dzieła. Pod względem filmowego rzemiosła przełamującego doświadczenia widza, film Spielberga zalicza się przecież do najbardziej rewolucyjnych dokonań X muzy. Zwykło się patrzeć na niego właśnie z tego punktu widzenia – radykalna zmiana formy gatunkowej, niezwykle wpływowa biorąc pod uwagę kolejne lata, kiedy to popkultura zawłaszczyła tego typu obrazy wojny. Oddając jednak pokłony formie – całkowicie zasłużenie, za każdym razem zbierając szczękę z podłogi – warto pamiętać, że film Spielberga to jedno z jego najdojrzalszych dzieł, tkwiące ideowo gdzieś między krzewieniem heroizmu a zdrowym pacyfizmem. To dość niezwykłe spojrzenie na wojnę.

Trochę prywaty w tym miejscu. „Szeregowca Ryana” widziałem w kinie, gdzieś w okolicach klasy maturalnej. Zupełnie naturalnym stanem rzeczy było zawieszenie w mentalnej próżni: trudno mi było określić, co mam z sobą począć, co robić w przyszłości, jakie studia podjąć, w jaki sposób uszczęśliwić siebie, a w jaki rodziców. Jednym z pomysłów, podyktowanych bardziej familijną podpowiedzią niż realną oceną swoich potrzeb, był kierunek wojskowy. Mniejsza o to gdzie i kiedy, w czym, na czym, z kim i pod kim. Wrześniowy seans filmu Spielberga wybił mi z głowy wszelkie wojskowe kariery – być może była to swego rodzaju naiwność, ale emocjonalnie normandzki desant obudził czyste pacyfistyczne uczucia. Widok wojny w jej najbardziej naturalistycznej formie sprowokował duchowy wstrząs podobny do tego, który towarzyszył choćby literaturze Holocaustu. Jak siarczysty policzek w twarz. Parę miesięcy później Malick dobił równie skutecznie uderzając w zupełnie inne tony.

saving-private-ryan

Czy Steven Spielberg o Rafale Oświecińskim myślał? Czy chciał osiągnąć to, co osiągnął, czyli mentalną dezercję z hipotetycznego pola bitwy? Wówczas byłem mu wdzięczny za bezczelną, wgryzającą się w wyobraźnię refleksję – dzisiaj również nie sposób mi nie docenić pacyfistycznej wymowy całości. Oglądając „Szeregowca Ryana” po latach uderza mnie już nie werystycznie ukazana wojenna pożoga, a dwubiegunowość całości, wierność zupełnie różnym narracjom, jakby dostosowującym się do wymagań widza. Innymi słowy, Spielberg stworzył pełny portret wojny, najbardziej uniwersalny z dotychczasowych, uderzający w tak wiele różnych strun, że każdy może usłyszeć swój dźwięk.

Na pewno wyraźnie słyszalna jest ta związana z patriotyzmem. Z tego względu na „Szeregowca Ryana” zwykło się zresztą patrzeć trochę pobłażliwie, jakby Spielberg puszczał do widza oczko i bawił się w wojnę w sposób typowo hollywoodzki, patetyczny, niosąc uświęcony sztandar i śpiewając podniośle hymn. Jeśli podejmiemy ten motyw, to łatwo znajdziemy argumenty, wszak pierwsze i ostatnie ujęcia to powiewająca na wietrze flaga amerykańska, weteran wojenny idący przez cmentarzysko, łzy z powodu straty przyjaciół, ale też widoczne wsparcie rodziny, wyczuwalna duma. Korzeń tego wzniosłego tonu tkwi jednak nie w przekonaniu o bohaterstwie tych, którzy zginęli za Ojczyznę, ale w refleksji o sensie ich śmierci, ich poświęceniu dla Sprawy. W tym miejscu Spielberg ucieka bardzo daleko od Wielkich Słów – nie sięga po narodową retorykę, nie hołubi tego, co możemy nazwać „ofiarowaniem siebie” dla dobra ludzkości. Tak jak powiewająca flaga jest pozbawiona kolorów, tak patriotyzm „Szeregowca Ryana” idzie w inne, nieheroiczne rejony.

SPR-wallpaper-saving-private-ryan-1669435-1680-1050

Ta wielka Sprawa, te Sensy są kompletnie przyziemne, wyzbyte polityki, nieograniczone historycznym kontekstem. W „Szeregowcu Ryanie” chodzi o szacunek dla zmarłych – i to właśnie dlatego, że żołnierze ginęli bez sensu warto – trzeba! – nadać ich śmierci sens. Ci, którzy ocaleli, powinni śmierć szanować – tak po prostu, ze zwyczajnego ludzkiego odruchu współczucia. Wdzięczność – niekoniecznie, w te rejony nikt nikogo nie zaprasza. Tym bardziej, jeśli widzimy, kto ginął i z jakimi słowami na ustach.

I to jest kolejna przedziwnie brzmiąca struna, nietypowa, choć obecna w kinie od lat: emocje tych, którzy walczą. W „Szeregowcu Ryanie” mamy zgraję żołnierzy, o których wiemy tyle tylko, że są… różni. Naiwniacy, dzieci, herosi, nihiliści, egoiści. Dlaczego walczą? Prawdopodobnie nikt z nich nie jest w stanie podnieść wysoko głowy i szumnie uargumentować swojego zaangażowania w wojnę – z ich ust ani razu nie pada słowo „wolność” czy „sprawiedliwość”. Gdzieś w tle majaczy wielka polityka, która ma konkretną twarz np. Hitlera, ale w kontekście wojennego absurdu (którego jesteśmy świadkami w momencie desantu na plażę w Normandii) nikt tym sobie głowy nie zawraca. Oni są tam, na miejscu, rzuceni na front i starają się przeżyć, jak najskuteczniej likwidować przeciwników (którzy z kolei robią dokładnie to samo, co oni). W takich momentach Terrence Malick w „Cienkiej czerwonej linii” zagląda do głów bohaterów, nadaje ich tragedii zdecydowanie szerszy wymiar. Filip spuentował swoją recenzję określając arcydzieło Malicka jako film nie o wojnie – to słuszna, jedyna możliwa interpretacja.  „Szeregowiec Ryan” to z kolei film o wojnie w 100%, wykraczający poza filozoficzne dywagacje, unikający romansowania z egzystencjalizmem. To wojna utopiona w błocie, we krwi, w huku strzałów. Kamera Kamińskiego towarzyszy bohaterom, jakby za nią czaił się frontowy reportażysta – jest rzucana na boki z powodu wybuchów, bywa obryzgana krwią. Czy w taki sposób można powiedzieć równie wiele o wojnie? A może to tylko poza, plakat?

Saving-Private-Ryan-5

Zygmunt Kałużyński nazwał zresztą film Spielberga „plakatowym” – postacie, sceny są wyraziste, jednoznaczne, zrozumiałe. Ich motywacje są również czytelne. Ale co najciekawsze, w „Szeregowcu Ryanie” tyle samo w nich bohaterstwa, co strachu; tyle samo mitologizacji, co czysto ludzkich reakcji – i trudno powiedzieć, czyje zachowanie jest właściwe: tego, który drży ze strachu, nogi mu miękną, płacze w kącie, czy tego, który stoi prosto, całuje krzyżyk i wykonuje rozkazy bez mrugnięcia okiem. Odpowiedzialność? Solidarność? Honor? Romantyzm? Teoretycznie wszystko jest na miejscu, wszystko dostrzegalne, ale „Szeregowiec Ryan” niejako usprawiedliwia także te postawy, które stoją w sprzeczności z wojennym etosem. Ciekawe plakaty, nieprawdaż?

Saving-Private-Ryan (1)

Trudno mi powiedzieć, czy granie na tego typu strunach – heroicznych i antyheroicznych – spowodowało, że film Spielberga osiągnął taki sukces (480 milionów na koncie, najbardziej kasowy film roku). To na pewno wizja inna niż poprzednie, szczególnie w porównaniu z „Najdłuższym dniem” z 1962 roku, który stara się przywoływać 6 czerwca 1944 roku. John Wayne, Richard Burton, Sean Connery, Robert Mitchum, Henry Fonda, Rod Steiger w rolach głównych – gwiazdorzy na froncie, w okopach, z czystymi buziami i z ustami pełnymi frazesów. Pięknie wykonana ramotka, z której „hollywoodzkość” aż bije po oczach, a autentyzmu tam za grosz. Steven Spielberg zniszczył tego typu kino. Duża część weteranów biła szczere brawa, mimo tego, że to obraz gorzki, szczery. Po raz pierwszy tak wyraźnie przywołano traumatyczne emocje – dla weteranów to przypomnienie bolesnych wspomnień, dla gnojków takich jak ja, brutalne otwarcie oczu. Na pewno pomogło rewelacyjne aktorstwo całej obsady – Tom Hanks to zawsze klasa sama w sobie (i do tego chyba w szczycie swojej kariery), ale obok niego równie świetni Tom Sizemore (w trakcie zdjęć na narkotykowym odwyku), Edward Burns, Barry Pepper, Giovanni Ribisi, Jeremy Davis czy Matt Damon w swojej pierwszej roli (Spielberg zatrudnił go jako nieopierzonego aktora, pech chciał, że w tym samym roku pojawił się „Good Will Hunting” i z nikomu nieznanego aktora Damon stał się gwiazdą). Dzisiaj rzuca się w oczy obecność Vin Diesela, Bryana Cranstona czy Paula Giamattiego, którzy w „Szeregowcu” zagrali symboliczne role, a dzisiaj ich status jest nieporównywalnie większy.

Aż trudno sobie wyobrazić, że ten film przegrał w oscarowym wyścigu z „Zakochanym Szekspirem”.  Oczywiście Steven Spielberg wyszedł z gali ze statuetką, podobnie jak Janusz Kamiński, dźwiękowcy i montażyści – oni (plus scenografowie, którzy stworzyli prawdziwą, nie komputerową, scenografię) naprawdę nie mieli konkurencji, a te 16 lat od premiery tylko potwierdzają przełomowość „Szeregowca Ryana”, który – w jakimkolwiek rankingu podsumowującym kino wojenne – jest w samej czołówce.

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Adam Nguyen

    Szeregowiec to dla mnie jeden z najlepszych możliwych przykładów perfekcyjnie zrealizowanej, „hollywoodzkiej” filozofii opowiadania historii, i laurka dla tego rodzaju jankeskiego podejścia.

    Spielberg, odpowiednio dla hollywood, zaczął od obrania na warsztat podniosłej tematyki, osadzając fabułę i działania bohaterów na misji nadającej filmowi pewnej teatralności i tej inherentnej dla Fabryki Snów, jakości „większe niż życie”.

    Ale gdy już przyszło zejść z górnolotnych rejonów ogólnego zarysu fabuły/motywów filmu i zejść do poziomu realizacji, rozpisania poszczególnych scen, dialogów i prowadzenia postaci, Spielberg ani przez moment nie popada w przesadę czy sztuczną pompę i pokazuje zaskakująco trzeźwe kino – jak pisał w swoim tekście Rafał – widziane z poziomu żołnierzy, bez wciskania widzom patriotycznych dyrdymałów.

    Tutaj za każdym razem gdy film na pierwszym planie rzuca w widza jakimś motywem z Dużej Litery, to zawsze gdzieś w tle można wyczuć i rozpoznać zwyczajny, ludzki odruch, który jednocześnie spuszcza powietrze z balona. Filmowi przyświecają pewne dramatyczne idee, ale sposób w jaki sami bohaterowie do nich docierają i w jaki film je opowiada dialogami, grą aktorską, zachowaniem postaci, jest wyjątkowo przyziemny, matter of factly. To jeden z tych filmów, w których podczas seansu, można wyczuć, że napisali i poprowadzili go ludzie z głową na karku, którzy chcieli nakręcić chwytającą za gardło historię wojenną, jednocześnie korzystając z pewnej filmowej umowności hollywood, wiedząc, że tworzą kino fabularne, a nie dokument, ale nie popadając w jakaś tanią, lecącą na najniższych instynktach dramę, pompatyczny balonik czy podskoczyć wyżej własnej dupy, siląc się na analizę wojny, z której nic nie wynika.

    Szeregowiec nigdy nie jest w pełni, 100% przyziemny czy chłodny. Zawsze jest tu pewna doza, tej wspomnianej hollywoodzkiej teatralności, tej typowo jankeskiej, filmowej dramaturgii, ale nigdy, ani przez moment nie wchodzi to w rejony przesady. Efektem tego jest film, który czerpie to co najlepsze z obu podejść. Czyli z jednej strony większy niż życie, filmowy dramat z hollywoodzkim podkręceniem emocji, a z drugiej historia, która nie obraża inteligencji widza, i w której można znaleźć spojrzenie zwykłego szaraka/piechura na tematy większe od niego. Czyli idealny filmowy obraz i piękna laurka dla amerykańskiego, wysokobudżetowego kina z najwyższej półki.

    I szczerze powiedziawszy, krzywię się za każdym razem gdy ktoś głośno zadeklaruje, że Szeregowiec jest płytki/patetyczny/hamerykański bo niby chłopcy są piękni, słowa podniosłe, „chodzi tylko o szczelanie”, a amerykańska flaga powiewa, czy coś tam jeszcze. Mam wtedy przed oczami obraz człowieka, który w kinie nie jest w stanie rozpoznać trzeźwego, z finezją przedstawionego dramatu, jeżeli ten nie rzuca mu pod nosem dużych, skomplikowanych słów, by się chłop zorientował, że ma do czynienia z obrazem głębokim (lub silącym się na taki).

  • minusjeden

    Kolejna produkcja dla mnie 10/10. Kolejny rewelacyjny film. Czasy świetności Spielberga i Kamiński za kamerą, który pokazał jak się kręci. :)

  • Mefisto

    Wszystko pięknie, ale polecam jednak powtórzyć sobie Najdłuższy dzień, bo nie ma tam ani czystych twarzy (za wyjątkiem, rzecz jasna, siedzących w sztabach oficerów), ani sztuczności (film jest zresztą bardzo wierny wydarzeniom), a i niekiedy rozmach posiada większy od Szeregowca (i to w dodatku kompletnie bez CGI). A, że frazesy? W Ryanie też ich od cholery.

  • szczyglis

    Artykuł rewelacyjny, jak zawsze Rafale, ale jeśli miałbym wybierać pomiędzy wizją Malicka, a Spielberga, to wybrał bym „Cienką, czerwoną linię”. Szeregowiec bije „Linię” pod względem technicznym, ale znowu to „Cienka czerwona” wgryza się mocniej w duszę, ze względu na dość bliższy, filozoficzny kontakt z bohaterami (Ceveziel, Penn). Tak, czy siak – oba filmy wybitne.

    • szczyglis

      PS. literówka, miało być oczywiście Caviezel.
      PS2. Tak mi się jeszcze przypomniało – w „Szeregowcu” najbardziej jakoś dotknęła mnie śmierć Diesela,

  • Pingback: MOST SZPIEGÓW - recenzja | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Bez litości

Następny tekst

KOMPANIA BRACI - II Wojna Światowa wg KMF



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE