nowości kinowe

SZEREGOWIEC RYAN – II Wojna Światowa wg KMF

Film Stevena Spielberga to rewolucja w kinie wojennym - robi wielkie wrażenie nawet po 16 latach od premiery.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

sav

Strzały znikąd rozrywające ciała. Woda zamieniona w krew. Nieopanowany chaos. Śmierć na życzenie. Dokąd biec, gdzie strzelać, w kogo – dudniące w głowie rozkazy bardzo szybko z niej wylatują wraz z widokiem rozczłonkowanych kumpli, kikutów podnoszonych z ziemi, dziury w twarzy po wybuchu szrapnela, krzyku, przekleństw, strachu. Nikt, absolutnie nikt nie jest przygotowany na te chwile. Wszyscy za to liczą po cichu na wyciągnięcie szczęśliwego losu – przeżycia. Przeżycia przypadkowego, niezależnego od pojedynczego żołnierza, kompletnie absurdalnego w kontekście makabry dziejącej się wokół.   

Pierwsza sekwencja „Szeregowca Ryana” – długa, 20-minutowa – rzuca widza w rejony, w które nigdy nikt go nie zapraszał. Bywało okrutnie, przejmująco, realistycznie – oblicza wojny w kinie, wszystkie demony z nią związane, mają niezliczoną ilość twarzy, ale jednak… Steven Spielberg pokazał światu coś nowego, innego. Nie mówcie, że nie, proszę, nie podważajcie tego autokratycznego sądu. Lądowanie w Normandii wbija w fotel nawet dzisiaj, 16 lat po premierze. W momencie debiutu na ekranach kin zarówno miłośnicy kinowej batalistyki, jak i ci obcujący z nią od czasu do czasu, ale i ci nie mający z nią dotychczas do czynienia – wszyscy byli wstrząśnięci, zaskoczeni. Bywało, że zniesmaczeni – przemoc tak dosadna, bez retuszu, z jelitami na wierzchu budziła zdumienie i ów celuloidowy szok był tak samo fascynujący, jak i irytujący.

movies_saving_private_ryan_desktop_1680x1050_hd-wallpaper-986595 (1)

Można patrzeć na „Szeregowca Ryana” właśnie z tej batalistycznej perspektywy, która zbudowała niekwestionowaną renomę tego dzieła. Pod względem filmowego rzemiosła przełamującego doświadczenia widza, film Spielberga zalicza się przecież do najbardziej rewolucyjnych dokonań X muzy. Zwykło się patrzeć na niego właśnie z tego punktu widzenia – radykalna zmiana formy gatunkowej, niezwykle wpływowa biorąc pod uwagę kolejne lata, kiedy to popkultura zawłaszczyła tego typu obrazy wojny. Oddając jednak pokłony formie – całkowicie zasłużenie, za każdym razem zbierając szczękę z podłogi – warto pamiętać, że film Spielberga to jedno z jego najdojrzalszych dzieł, tkwiące ideowo gdzieś między krzewieniem heroizmu a zdrowym pacyfizmem. To dość niezwykłe spojrzenie na wojnę.

Trochę prywaty w tym miejscu. „Szeregowca Ryana” widziałem w kinie, gdzieś w okolicach klasy maturalnej. Zupełnie naturalnym stanem rzeczy było zawieszenie w mentalnej próżni: trudno mi było określić, co mam z sobą począć, co robić w przyszłości, jakie studia podjąć, w jaki sposób uszczęśliwić siebie, a w jaki rodziców. Jednym z pomysłów, podyktowanych bardziej familijną podpowiedzią niż realną oceną swoich potrzeb, był kierunek wojskowy. Mniejsza o to gdzie i kiedy, w czym, na czym, z kim i pod kim. Wrześniowy seans filmu Spielberga wybił mi z głowy wszelkie wojskowe kariery – być może była to swego rodzaju naiwność, ale emocjonalnie normandzki desant obudził czyste pacyfistyczne uczucia. Widok wojny w jej najbardziej naturalistycznej formie sprowokował duchowy wstrząs podobny do tego, który towarzyszył choćby literaturze Holocaustu. Jak siarczysty policzek w twarz. Parę miesięcy później Malick dobił równie skutecznie uderzając w zupełnie inne tony.

saving-private-ryan

Czy Steven Spielberg o Rafale Oświecińskim myślał? Czy chciał osiągnąć to, co osiągnął, czyli mentalną dezercję z hipotetycznego pola bitwy? Wówczas byłem mu wdzięczny za bezczelną, wgryzającą się w wyobraźnię refleksję – dzisiaj również nie sposób mi nie docenić pacyfistycznej wymowy całości. Oglądając „Szeregowca Ryana” po latach uderza mnie już nie werystycznie ukazana wojenna pożoga, a dwubiegunowość całości, wierność zupełnie różnym narracjom, jakby dostosowującym się do wymagań widza. Innymi słowy, Spielberg stworzył pełny portret wojny, najbardziej uniwersalny z dotychczasowych, uderzający w tak wiele różnych strun, że każdy może usłyszeć swój dźwięk.

Na pewno wyraźnie słyszalna jest ta związana z patriotyzmem. Z tego względu na „Szeregowca Ryana” zwykło się zresztą patrzeć trochę pobłażliwie, jakby Spielberg puszczał do widza oczko i bawił się w wojnę w sposób typowo hollywoodzki, patetyczny, niosąc uświęcony sztandar i śpiewając podniośle hymn. Jeśli podejmiemy ten motyw, to łatwo znajdziemy argumenty, wszak pierwsze i ostatnie ujęcia to powiewająca na wietrze flaga amerykańska, weteran wojenny idący przez cmentarzysko, łzy z powodu straty przyjaciół, ale też widoczne wsparcie rodziny, wyczuwalna duma. Korzeń tego wzniosłego tonu tkwi jednak nie w przekonaniu o bohaterstwie tych, którzy zginęli za Ojczyznę, ale w refleksji o sensie ich śmierci, ich poświęceniu dla Sprawy. W tym miejscu Spielberg ucieka bardzo daleko od Wielkich Słów – nie sięga po narodową retorykę, nie hołubi tego, co możemy nazwać „ofiarowaniem siebie” dla dobra ludzkości. Tak jak powiewająca flaga jest pozbawiona kolorów, tak patriotyzm „Szeregowca Ryana” idzie w inne, nieheroiczne rejony.

SPR-wallpaper-saving-private-ryan-1669435-1680-1050

Ta wielka Sprawa, te Sensy są kompletnie przyziemne, wyzbyte polityki, nieograniczone historycznym kontekstem. W „Szeregowcu Ryanie” chodzi o szacunek dla zmarłych – i to właśnie dlatego, że żołnierze ginęli bez sensu warto – trzeba! – nadać ich śmierci sens. Ci, którzy ocaleli, powinni śmierć szanować – tak po prostu, ze zwyczajnego ludzkiego odruchu współczucia. Wdzięczność – niekoniecznie, w te rejony nikt nikogo nie zaprasza. Tym bardziej, jeśli widzimy, kto ginął i z jakimi słowami na ustach.

I to jest kolejna przedziwnie brzmiąca struna, nietypowa, choć obecna w kinie od lat: emocje tych, którzy walczą. W „Szeregowcu Ryanie” mamy zgraję żołnierzy, o których wiemy tyle tylko, że są… różni. Naiwniacy, dzieci, herosi, nihiliści, egoiści. Dlaczego walczą? Prawdopodobnie nikt z nich nie jest w stanie podnieść wysoko głowy i szumnie uargumentować swojego zaangażowania w wojnę – z ich ust ani razu nie pada słowo „wolność” czy „sprawiedliwość”. Gdzieś w tle majaczy wielka polityka, która ma konkretną twarz np. Hitlera, ale w kontekście wojennego absurdu (którego jesteśmy świadkami w momencie desantu na plażę w Normandii) nikt tym sobie głowy nie zawraca. Oni są tam, na miejscu, rzuceni na front i starają się przeżyć, jak najskuteczniej likwidować przeciwników (którzy z kolei robią dokładnie to samo, co oni). W takich momentach Terrence Malick w „Cienkiej czerwonej linii” zagląda do głów bohaterów, nadaje ich tragedii zdecydowanie szerszy wymiar. Filip spuentował swoją recenzję określając arcydzieło Malicka jako film nie o wojnie – to słuszna, jedyna możliwa interpretacja.  „Szeregowiec Ryan” to z kolei film o wojnie w 100%, wykraczający poza filozoficzne dywagacje, unikający romansowania z egzystencjalizmem. To wojna utopiona w błocie, we krwi, w huku strzałów. Kamera Kamińskiego towarzyszy bohaterom, jakby za nią czaił się frontowy reportażysta – jest rzucana na boki z powodu wybuchów, bywa obryzgana krwią. Czy w taki sposób można powiedzieć równie wiele o wojnie? A może to tylko poza, plakat?

Saving-Private-Ryan-5

Zygmunt Kałużyński nazwał zresztą film Spielberga „plakatowym” – postacie, sceny są wyraziste, jednoznaczne, zrozumiałe. Ich motywacje są również czytelne. Ale co najciekawsze, w „Szeregowcu Ryanie” tyle samo w nich bohaterstwa, co strachu; tyle samo mitologizacji, co czysto ludzkich reakcji – i trudno powiedzieć, czyje zachowanie jest właściwe: tego, który drży ze strachu, nogi mu miękną, płacze w kącie, czy tego, który stoi prosto, całuje krzyżyk i wykonuje rozkazy bez mrugnięcia okiem. Odpowiedzialność? Solidarność? Honor? Romantyzm? Teoretycznie wszystko jest na miejscu, wszystko dostrzegalne, ale „Szeregowiec Ryan” niejako usprawiedliwia także te postawy, które stoją w sprzeczności z wojennym etosem. Ciekawe plakaty, nieprawdaż?

Saving-Private-Ryan (1)

Trudno mi powiedzieć, czy granie na tego typu strunach – heroicznych i antyheroicznych – spowodowało, że film Spielberga osiągnął taki sukces (480 milionów na koncie, najbardziej kasowy film roku). To na pewno wizja inna niż poprzednie, szczególnie w porównaniu z „Najdłuższym dniem” z 1962 roku, który stara się przywoływać 6 czerwca 1944 roku. John Wayne, Richard Burton, Sean Connery, Robert Mitchum, Henry Fonda, Rod Steiger w rolach głównych – gwiazdorzy na froncie, w okopach, z czystymi buziami i z ustami pełnymi frazesów. Pięknie wykonana ramotka, z której „hollywoodzkość” aż bije po oczach, a autentyzmu tam za grosz. Steven Spielberg zniszczył tego typu kino. Duża część weteranów biła szczere brawa, mimo tego, że to obraz gorzki, szczery. Po raz pierwszy tak wyraźnie przywołano traumatyczne emocje – dla weteranów to przypomnienie bolesnych wspomnień, dla gnojków takich jak ja, brutalne otwarcie oczu. Na pewno pomogło rewelacyjne aktorstwo całej obsady – Tom Hanks to zawsze klasa sama w sobie (i do tego chyba w szczycie swojej kariery), ale obok niego równie świetni Tom Sizemore (w trakcie zdjęć na narkotykowym odwyku), Edward Burns, Barry Pepper, Giovanni Ribisi, Jeremy Davis czy Matt Damon w swojej pierwszej roli (Spielberg zatrudnił go jako nieopierzonego aktora, pech chciał, że w tym samym roku pojawił się „Good Will Hunting” i z nikomu nieznanego aktora Damon stał się gwiazdą). Dzisiaj rzuca się w oczy obecność Vin Diesela, Bryana Cranstona czy Paula Giamattiego, którzy w „Szeregowcu” zagrali symboliczne role, a dzisiaj ich status jest nieporównywalnie większy.

Aż trudno sobie wyobrazić, że ten film przegrał w oscarowym wyścigu z „Zakochanym Szekspirem”.  Oczywiście Steven Spielberg wyszedł z gali ze statuetką, podobnie jak Janusz Kamiński, dźwiękowcy i montażyści – oni (plus scenografowie, którzy stworzyli prawdziwą, nie komputerową, scenografię) naprawdę nie mieli konkurencji, a te 16 lat od premiery tylko potwierdzają przełomowość „Szeregowca Ryana”, który – w jakimkolwiek rankingu podsumowującym kino wojenne – jest w samej czołówce.

Ostatnio dodane