nowości kinowe

SZATAN KAZAŁ TAŃCZYĆ. Słodki Jezu, za jakie grzechy?

Witajcie w alternatywnej rzeczywistości, gdzie największym problemem jest wybór: z kim się pieprzyć, z kim pić, a z kim wciągać koks.

Autor: Damian Halik
opublikowano

SZATAN KAZAŁ TAŃCZYĆ. Okrutne stworzenie...

Gdy w redakcji rozdzielaliśmy majowe nowości kinowe do recenzji, bez chwili wahania rzuciłem się na Szatan kazał tańczyć. Wiedziałem, że Katarzyna Rosłaniec ma swój własny, kontrowersyjny i mocno krytykowany styl, ale przecież latka lecą, a każdy twórca musi się rozwijać. Wiedziałem, że jeśli przełamanie ma przyjść, to ten film jest na nie idealnym materiałem. I szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio intuicja zawiodła mnie aż tak bardzo!

Dawno nie zastanawiałem się tak długo, jak zacząć tekst. Staram się doceniać ludzi, którzy ryzykują i pokazują swoją twórczość światu. Naprawdę każdemu młodemu artyście życzę jak najlepiej, ale do jasnej cholery, przynajmniej udawajcie, że wiecie, co robicie! A jeśli nie wiecie, to chociaż obiecajcie, że nie pójdziecie drogą Katarzyny Rosłaniec…

Nie chciałem psuć sobie seansu Szatan kazał tańczyć, czytając wywiady z autorką. Znalem jej poprzednie filmy – Galerianki doceniałem za quasi-dokumentalny charakter, Bejbi Blues próbowałem przyswoić kilkukrotnie, ostatecznie stwierdzając, że nie muszę, bo mnie nie dotyczy. Wiedziałem, że styl reżyserki jest bardzo nonszalancki, więc w przypadku SKT sprawdziłem tylko zarys fabuły, który naprawdę można by dobrze poprowadzić – uznałem, że to mi wystarczy.

Dopiero po powrocie do domu, próbując jakoś zacząć recenzję, nadrobiłem wszelkie możliwe wywiady z Rosłaniec, bo za cholerę nie potrafiłem zrozumieć, co ona właściwie chciała przekazać swoim filmem.

I to był mój pierwszy błąd: założyłem, że chciała coś przekazać.

Tańcz, głupia, tańcz…

No i Karolina tańczyła. Co prawda nie do szlagieru Lady Pank, a do Papierowego księżyca Haliny Frąckowiak, ale dobre i to, prawda? Utwór wita nas już na wstępie (a także żegna podczas literek), od razu budząc to dziwne odczucie, jak gdybyśmy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Stroje, muzyka – komuna wiecznie żywa – a przecież film miał być o millenialsach. A właściwie o jednej z nich, najprawdopodobniej najtrudniejszym przypadku – tak oderwanym od rzeczywistości, że w gruncie rzeczy te 97 minut mogłoby stanowić sen wariata. Niestety Rosłaniec nie zdecydowała się na taki twist, a mógłby on nieco podratować film.

Historia – zdawałoby się – realnych życiowych problemów młodej pisarki to przeplatanka libacji alkoholowych, wciągania kresek, przygodnego seksu i stopniowego ściągania młodszej siostry na „złą drogę”. O ile oczywiście nie nadinterpretowałem faktów, bo brzmi to aż nazbyt składnie w porównaniu z „fabułą” tego filmu. Tak czy inaczej, wypadałoby się zastanowić, gdzie popełniłem błąd, skoro tak powinno wyglądać życie osób między 25 a 30 rokiem życia. Niemniej cały obraz sugeruje jednak pójście w kierunku darwinizmu społecznego i odcięcie się widza od losów głównej bohaterki. Beznamiętne obserwowanie, jak Karolina niszczy sobie życie. Nieszczęśliwa kobieta, która pocieszenia szuka we wspomnianych zajęciach, jest jednostką do granic możliwości egoistyczną. Choć odniosła sukces, stale zdaje się być zazdrosna o młodszą siostrę, niejako w odwecie ściągając ją na „złą drogę”. Mimo wady serca histeryczna protagonistka nijak nie potrafi zaskarbić sobie współczucia widowni. Podejrzewam, że mało kto jest też w stanie utożsamiać się z jej historią, gdyż cały obraz jej życia zdaje się ukazywać artystyczną egzystencję w równoległym wymiarze – lub krzywym zwierciadle.

Główna bohaterka to autorka jednej dobrze sprzedanej książki (jak dowiadujemy się z filmu, książka ogółem dobra nie była, co – paradoksalnie – przyniosło autorce sławę za sprawą „świeżości”). I byłoby naprawdę super, gdyby w Polsce młodzi pisarze zarabiali takie pieniądze, by ciągle wciągać koks. Totalne odrealnienie, jak gdyby scenarzystka zachłysnęła się historią Hanka Moody’ego i udawała, że naprawdę można wieść życie niczym w Californication. Nie można, a przynajmniej nie w Warszawie. Oczywiście to prowadzi do kolejnego tropu: bogaci rodzice. I tu chyba jest nieco lepiej, bo widzimy niezłą furę ojca (Jacek Poniedziałek), własny dom jednorodzinny, stadko maltańczyków (naliczyłem sześć słodziaków) – innymi słowy, dostatnie życie niekoniecznie musiało wynikać z literackiego sukcesu, a przynajmniej ja staram się tu rozgrzeszyć Rosłaniec. A mówię o tym tylko i wyłącznie dlatego, że filmowa Karolina nieszczególnie miała powody, by być wiecznie nieszczęśliwą osobą, a przecież wokół tego zbudowano cały ten surrealistyczny scenariusz. Nieszczęśliwa dziewczynka próbuje wciągnąć szczęście nosem, przepijając je gorzałą. No ale czego ja się spodziewałem, skoro hasło promujące Szatan kazał tańczyć brzmi: SEX, DRUGS & INSTAGRAM.

Drugi błąd: wiara, że za kontrowersyjnym tytułem i kretyńskim sloganem kryje się coś więcej. Nie kryje.

Chaos zawsze pokonuje porządek…

Katarzyna Rosłaniec polskim Uwe Bollem. GET OVER IT!

Chaos zawsze pokonuje porządek, bo jest… – EKHM! [To nie pasuje, Terry*, zarzućmy czymś mniej górnolotnym] – To zabawne, jak umysł usiłuje doszukać się sensu w chaosie [Tak, to pasuje zdecydowanie bardziej. Dzięki, Chuck**]: mój umysł także usiłował. Naprawdę, idąc na seans, miałem wielką nadzieję, że zobaczę coś, co będzie świeżym – może nie wyrafinowanym, ale jednak strawnym – spojrzeniem na temat buntu młodych. Zamiast tego widzę kolejną rozwydrzoną gówniarę (chyba nie wspomniałem jak dotąd, że gra ją Magdalena Berus. Znowu), która od życia dostała na tacy wszystko, a mimo to jest nieszczęśliwa. I zanim ktoś odniesie się do powyższej pogadanki o pieniądzach, zarzucając mi materializm: Karolina miłość też miała – zarówno tę płynącą od rodziny, jaki od zakochanego mężczyzny, Marcina (Łukasz Simlat) – ale najwyraźniej nie wiedziała, jak z niej korzystać.

W jednym z wywiadów z panią Rosłaniec padły słowa, że Szatan kazał tańczyć ma dać millenialsom szansę, by spojrzeli na siebie z boku i przemyśleli własne życie. I w gruncie rzeczy byłoby to dobre. Katharsis dla ubogich, jeśli mogę tak rzec. Problem w tym, że ten film nie oferuje właściwie żadnej treści. To sekwencja losowo rozmieszczonych dwuminutowych scen z życia Karoliny, które nie prezentują zupełnie niczego. A wszystko podane jest pod płaszczykiem kina pseudoartystycznego – co swoją drogą dało mi nieźle do myślenia na samym końcu. Jedyne wyjaśnienia, jakie zdało mi się sensowne, to próba sparodiowania filmowej awangardy, ich artystycznych zapędów. Jest co najmniej kilka elementów, które można by tak odebrać – jeśli ktoś bardzo chciałby odpowiedzi na pytanie dlaczego?!. To jednak zapewne kolejny ślepy zaułek.

Koniec końców najnowszy film Katarzyny Rosłaniec to kolejny pretensjonalny obraz o zepsutej młodzieży, oferujący tylko jeden warty uwagi walor: piękno kobiecego ciała. Ja natomiast nie umiem oprzeć się wrażeniu, że Szatan kazał tańczyć wygląda jak upośledzone dziecko von Triera i Masłowskiej (oczywiście z domieszką Xawerego Żuławskiego). Otrzymaliśmy bowiem pozbawioną fabuły polską wersję Nimfomanki, która brutalnie zderza się z pasującymi jak pięć do nosa dialogami i monologowymi wstawkami rodem z Wojny polsko-ruskiej  – bynajmniej nie wyglądającymi na umieszczone tam celowo. Jeśli ten film ma się komuś spodobać, proponuję jak najszybciej wyeksportować go do Stanów Zjednoczonych. Tamtejsze feministki z pewnością pokochają postać Karoliny.

* Terry Pratchett

**Chuck Palahniuk

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane