nowości kinowe

Supermarket

"Supermarket" jest troszkę jak produkty z supermarketu. Na półce wyglądają dość apetycznie, lecz gdy przyjdzie nam otworzyć opakowanie, to jest już dużo gorzej, a termin przydatności do spożycia minął.

Autor: Krzysztof Połaski
opublikowano

Po siódme, nie kradnij

Autorem gościnnej recenzji jest Krzysztof „Połas” Połaski.

Trzecia fabuła Macieja Żaka na papierze wygląda świetnie. Thriller rozgrywający się w supermarkecie, gdzie oskarżony o kradzież klient musi się zmierzyć w psychologicznej oraz fizycznej wojnie z ochroniarzami. Stawką jest życie. Czyż to nie brzmi pięknie i zachęcająco? No właśnie. Szkoda, że tylko tak brzmi. 

Jak byłem dzieckiem to miałem pewne marzenia, które znając życie miała większość dzieciaków wychowanych w latach 90. ubiegłego wieku, a mianowicie – spędzić noc w supermarkecie. Tyle, że gdyby to miało wyglądać tak, jak w tym obrazie, to ja serdecznie za to dziękuję. Ale do rzeczy.

31 grudnia bliżej nie określonego roku. Pewien jubiler, wraz ze swoją momentami histeryczną małżonką, podróżują po polskich drogach swoim eleganckim mercedesem. Celem ich wyprawy jest oczywiście wspaniała zabawa sylwestrowa, lecz brakuje im czegoś kluczowego, aby osiągnąć ten cel. Oczywiście chodzi o szampana! Jak dobrze, że teraz hipermarkety są prawie wszędzie, więc jedynym problemem, jaki spotka naszego bohatera, będzie tylko długa kolejna do kasy. Samochód zaparkowany, żona na wszelki wypadek w nim zostanie, bo w bagażniku jest cenna biżuteria, a Michał Warecki (Tomasz Sapryk) uda się do sklepu po wcześniej wspomniany napój musujący z zawartością alkoholu. Udało się! Butelka kupiona, więc czas wracać do auta.

Ale zaraz, zaraz. Czemu szyba jest wybita? Gdzie jest akumulator? No tak, zupełnie jak w jednej z piosenek Lady Pank – „Wiadomo, wszyscy kurwy i złodzieje”. No cóż, ochrona nie pilnuje parkingu, więc naszemu bohaterowi nie pozostanie nic innego, niż ponownie udać się do sklepu, tym razem po akumulator. W międzyczasie szef ochrony dostaje polecenie od kierownika sklepu (Przemysław Bluszcz), aby zaostrzyć kontrolę i do każdej kradzieży nie wzywać policji, tylko pokazać złodziejom, kto tu rządzi, bo przysłowiowy hajs się nie zgadza, a sklep w ubiegłym miesiącu stracił ponad 80 tysięcy złotych. Żarty się skończyły. Szef ochrony Jaśmiński (Marian Dziędziel) zrobi wszystko, aby nikt z jego ludzi, jak i on sam, nie stracił pracy. A na robocie się zna, jak mało kto, ponieważ w przeszłości był wysoko postawionym wojskowym, który opuścił armię w bardzo niejasnych okolicznościach. Już wkrótce Warecki na własnej skórze przekona się, co znaczy przykazanie siódme, nie kradnij.

Film ten ma trzy ogromne zalety, które nazywają się: Marian Dziędziel, wciąż niedoceniany Tomasz Sapryk oraz Przemysław Bluszcz, ponownie wcielający się w typ bohatera, który przychodzi mu grać najlepiej, czyli śliską gnidę. Niestety, reszta aktorów już tak nie błyszczy. Mikołaj Roznerski jako Himek, niespełniony muzyk, nieudacznik i jednocześnie pasierb szefa ochrony, sprawia wrażenie bohatera nudnego i nijakiego, aż szkoda, że dostał tak dużą rolę. Innym błędem reżysera i scenarzysty jednocześnie, było nierozwinięcie ról Jarzyny i Nerwusa, w których wcielili się Wojciech Zieliński (ostatnio brylujący w tvnowskim serialu „Lekarze” jako dr Orda) oraz Mateusz Janicki, który dawniej zabłysnął rolą Pawła w początkowych odcinkach serialu „Pierwsza Miłość”, lecz w porę zrezygnował z tej marnej roli. Aż się prosiło, aby wątek inteligentnego, byłego studenta, który rzucił uczelnię, aby pracować i utrzymać rodzinę oraz motyw porywczego i prostolinijnego osiłka w jakiś sposób rozwinąć. Ja osobiście ubolewam również, że większej roli nie miał były raper Kolcz, czyli Maciej Łuczkowski, którego potencjał aktorski jest wprost proporcjonalny do jego tuszy.

Chociaż „Supermarket” to film bardzo krótki, trwający zaledwie 84 minuty, to nie można oprzeć się wrażeniu, że wiele scen reżyser umieścił w nim na siłę i zupełnie niepotrzebnie. Chodzi mi tutaj o kiepski wątek miłosny pomiędzy Himkiem, a jedną z kasjerek (urocza Justyna Schneider), czy też sceny z kolegami Himka, czego apogeum zostało osiągnięte w jednej z ostatnich scen filmu, w której się pojawiają.

Film ten z pewnością miał potencjał, co pokazują chociażby sceny, w których obnażana jest supermarketowa rzeczywistość, gdzie sprzedawana jest przeterminowana żywność, pracownicy są traktowani jak śmiecie, większość kręci własne interesy na boku, niewykwalifikowana ochrona przypomina oddział wojskowy, a budynek sklepu przypomina getto XXI wieku. Tyle, że tak naprawdę to materiał na zupełnie inny obraz, który mam nadzieję, ktoś za jakiś czas popełni. Bo jest o czym opowiadać.

„Supermarket” jest troszkę jak produkty z supermarketu. Na półce wyglądają dość apetycznie, lecz gdy przyjdzie nam otworzyć opakowanie, to jest już dużo gorzej, a termin przydatności do spożycia minął. Maciej Żak w pewnym momencie wyraźnie się pogubił i chyba nie wiedział, co chciał tym filmem osiągnąć. W jednym z wywiadów powiedział, że jego celem było zrobienie dobrego filmu. No cóż, może następnym razem.

Ostatnio dodane