nowości kinowe

STRAŻNICY GALAKTYKI VOL. 2

Film balansuje na granicy pomiędzy znakomitą rozrywką i niebezpiecznym reżyserskim samouwielbieniem, widać rysy na strukturze, ale koniec końców bawiłem się podczas seansu jak prosię.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Wham bam shang-a-lang and a sha-la-la-la-la-la thing

James Gunn Strażnikami Galaktyki bezceremonialnie wbił się w filmową strukturę współdzielonego świata filmowego Marvela i pokazał – tak producentom, jak i widzom – że ci kolorowi trykociarze to nie są święte krowy i najważniejsza przy ich adaptowaniu powinna być dobra zabawa. Wychowany na piersi Lloyda Kaufmana z Tromy oraz nieokiełznanej wolności b-klasowego kina, Gunn wziął grupę marginalnych postaci komiksowych i wysmażył znakomicie zagraną, wyśpiewaną, a przede wszystkim niesamowicie zabawną laurkę dla czasów, gdy kino łaknęło nowej przygody, a kosmos tylko pozornie stanowił ostatnią granicę.

Jednak za pomocą tak odświeżającej formuły sam sobie postawił poprzeczkę na galaktycznym poziomie. Bo jak przeskoczyć tak dobrze skrojoną produkcję i nadal zaskakiwać widza przygotowanego już na reżyserskie sztuczki?

Gunn nie próbuje tutaj kombinować ponad stan. Akcja filmu zaczyna się niedługo po pierwszej części – Strażnicy są tutaj ekipą już dosyć znanych najemników, których spotykamy ponownie podczas załatwiania jakiejś kosmicznej poczwary na zlecenie rasy arystokratycznych Suwerenów. Cała akcja nie idzie jednak do końca po ich myśli, co sprowadza na zespół gniew zleceniodawców. Salwując się ucieczką, Strażnicy trafiają na tajemniczego kosmicznego podróżnika, który podaje się za ojca Star-Lorda – co oczywiście zmienia cały świat osieroconego do tej pory mężczyzny i wymiernie wpływa na relacje pomiędzy bohaterami.

Wątki rodzinne i wchodzenie w głowy bohaterów to całkiem niezła droga, jaką spróbował podążyć reżyser. Prawie każdy ze Strażników zostaje pogłębiony psychologicznie przez pryzmat konotacji rodzinnych, w mniejszym lub większym stopniu – jeśli po pierwszym filmie ta banda dziwaków stała się dla widzów po prostu znajoma, to tutaj ewoluują w ekranowych przyjaciół (w stylu herosów z Gwiezdnych wojen), których poczynania i wzajemne relacje chce się jeszcze mocniej śledzić w kolejnych częściach. Głównym wątkiem jest oczywiście spotkanie Petera Quilla z Ego (promieniujący urokiem Kurt Russell), stanowiące jakieś osiemdziesiąt procent fabuły – niestety pod względem struktury przez długi czas panuje w filmie rozgardiasz (czego symbolem są wtykani co chwilę do historii Suwereni, tylko po to, żeby coś latało w tle), postacie przypadkowo gdzieś trafiają (lub na kogoś), dorzucane zostają kolejne wątki i bohaterowie, a widz szuka jakiegoś punktu zaczepienia, który sklejałby wszystkie te warstwy. Niby takim powinien być tajemniczy Ego i jego wpływ na galaktykę, ale niestety – mimo ciekawych możliwych dróg rozwoju – jego wątek dosyć szybko oraz nieuchronnie zaczyna podążać w stronę najbardziej przewidywalnego rozwiązania, co doprowadza do nieźle zaprojektowanego, ale jednak typowego Marvelowego finału – dodatkowo zbytnio polegającego na chaotycznym CGI.

Na szczęście obok ojcowsko-synowskiej historii krąży całe spektrum emocji oplatających innych bohaterów, uzupełniając braki prymarnego wątku – dobrze wygląda tutaj siostrzana wojna psychologiczna sprowadzona na poziom skrajnie fizyczny pomiędzy Gamorą i Nebulą, Rocket odnajdujący bratnią duszę w najmniej spodziewanym miejscu czy ogólna wizja Strażników jako dysfunkcjonalnej, ale kochającej się rodziny. Nawet Baby Groot ma tu swoje istotne miejsce – uroczy do końca, nie jest tylko wabikiem na pieniądze rodziców. Widać na każdym kroku, że reżyser ma ogromne pokłady miłości do wszystkich postaci, a między aktorami panuje unikalna chemia, co tylko ułatwia mu pracę. Całkiem nieźle rozłożono też czas ekranowy, dzięki czemu więcej miejsca mają tutaj Rocket, Drax czy absolutnie znakomity Michael Rooker w roli Yondu – nawet jeśli w ogólnej konstrukcji fabularnej nie są aż tak istotni, to chce się ich po prostu oglądać na ekranie.

Większość wad niknie jednak zupełnie pod natłokiem filmowego dobra, jakie pompuje w produkcję Gunn – dialogi nadal są niesamowicie płynne, błyskotliwe i po prostu zabawne (chociaż kilka żartów wyraźnie przestrzelono), sporo rozwiązań jest uroczo bezczelnych (ucieczka z pewnego statku kosmicznego to jedna z najlepiej zaplanowanych scen akcji od lat), strona wizualna zachwyca feeriami barw, a dopasowanie muzyki do tempa akcji i konkretnych scen to materiał do wykładania w szkołach filmowych. Ten film jest po prostu „bardziej” niż część pierwsza we wszystkich aspektach – czasami niebezpiecznie kołysze się przez to na granicy przesady, zbytniej stylizacji czy zbędnej nostalgicznej podróży, ale reżyser ostatecznie potrafił ten swój wielki wymarzony kosmiczny cyrk utrzymać na wodzy. Oddaje pole do popisu świetnej i zgranej paczce aktorskiej (Pom Klementieff stanowi intrygujący dodatek do drużyny; pierwsze skrzypce gra tutaj jednak komediowo rozochocony Dave Bautista), ale nie pozwala zapomnieć o tym, że mamy do czynienia z najbardziej autorskim do tej pory projektem Marvel Studios – nawet jeśli przejawia się to głównie spełnianiem jego dziecięcych marzeń.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 na pewno nie są idealnym filmem – ale w żaden sposób do tego nie aspirują; nie ma też już efektu tego obezwładniającego zaskoczenia, że da się zrobić blockbuster za pieniądze Myszki Miki z luzem, zadziornością, a nawet czystą bezczelnością. Ostatecznie jednak czuję się, jakbym znowu siadł przy piwie z grupką bardzo dobrych przyjaciół – struktura fabularna spotkania jest zdewastowana, niby te luźne rozmowy do niczego nie dążą, ale w tle gra znakomita muzyka, emocje kierują całym spotkaniem i, koniec końców, po prostu otaczających mnie ludzi bardzo lubię – wiele im wybaczę, za dużo więcej rzeczy cenię.

Gunn odlatuje tutaj nostalgicznie poza stratosferę, czasami czuć, że ktoś mu tam mógł wyciąć z dwa-trzy żarty (gdy film zaczyna zbytnio przypominać zbiorowy stand-up), coś skrócić, śmielej zwrócić uwagę, dopisać po kryjomu jakieś sensowniejsze rozwiązanie głównego rodzinnego wątku, ale nawet z tymi wadami jest to lepsze widowisko niż dziewięćdziesiąt procent dzisiejszych blockbusterów. A gdy twórca już trafia w punkt, to tak, że wstrząsy słychać na Jowiszu. Boję się o część trzecią, ale równocześnie jestem spokojny, bo Gunn to człowiek, który może ominąć klątwę zamknięcia trylogii i zrobić Ostatnią kosmiczną krucjatę. Jeśli podobała ci się pierwsza część, to i tak pójdziesz w ciemno, a potem doprawisz się kilkoma powtórkami, bo to po prostu więcej tego samego – jeśli jedynka nie rozpaliła ci serca, to seans można spokojnie odpuścić.

Najlepiej film opisuje cytat z soundtrackowego kawałka Silvera: „We’ve got a wham bam shang-a-lang and a sha-la-la-la-la-la thing, wham bam shang-a-lang and a sha-la-la-la-la-la thing”. To bardzo dobre kino rozrywkowe, szalone, pomysłowe, gdzie wady ostatecznie są niezbyt istotne, a widz płynie z prądem znakomitej zabawy.

Ostatnio dodane