nowości kinowe

Strażnicy Galaktyki

Najnowszy film Jamesa Gunna to kino pełne polotu, humoru i spontaniczności, realizujące najlepsze tradycje klasycznych space oper. Kosmiczna przygoda jakiej uświadczymy w „Strażnikach galaktyki” wciąga nas bez opamiętania od pierwszych do ostatnich minut.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Zło złem zwyciężaj...

guardiansposter650

Faza druga filmowych adaptacji komiksów Marvela trwa w najlepsze. Po kontynuacjach przygód słynnych mścicieli przyszedł jednak czas na bohaterów, którzy choć pochodzą z tego samego uniwersum, przez przeciętnych odbiorców popkultury nie są tak rozpoznawalni, a co za tym idzie, realizacja filmu o nich wiązała się z umiarkowanym ryzykiem. Bo kimże jest jakiś Star-Lord? Czy przygody jego i jego świty mają potencjał do poruszenia mas? Wszelkie obawy można już schować pod dywan, ponieważ dziś, w dniu premiery nowego filmu ze stajni Marvela wszystko staje się jasne. Po raz kolejny włodarze komiksowej marki popisali się znakomitym wyczuciem, prezentując nam dzieło w pełni wpisujące się w standardy swych poprzedników, przy jednoczesnym posiadaniu własnej, arcyciekawej osobowości. Narodzili się nowi bohaterowie. To ich moment i wykorzystają go najlepiej jak potrafią. Poznajcie „Strażników Galaktyki”.

Jak da się wyczuć, z komiksową podstawą nowej przygody Marvela styczności nigdy nie miałem. Głównie dlatego, iż papierowe zeszyty „Strażników Galaktyki” nie były dystrybuowane w Polsce (w przeciwnym wypadku, prędzej czy później pewnie wpadłyby mi w rękę). Pozwólcie mi zatem w ocenie tego dzieła uskutecznić inny rodzaj dyskursu. Bliski jest mi bowiem sos gatunkowy, w którym umoczona została ta kosmiczna przygoda i tylko przez jego pryzmat będę ją oceniać. Bo „Strażnicy Galaktyki” to kolejny przyczółek powrotu zakurzonego odłamu science ficiton, który niegdyś święcił triumfy i stanowił kwintesencję gatunku – mowa o space operze.

Cechą charakterystyczną tego podgatunku jest prezentacja międzygwiezdnych podróży, napędzonych szybkim tempem akcji, w których to naukowe prawdopodobieństwo zdaje się nie istnieć. To wizje bogate w różnorodne, fantastyczne elementy, których twórcy w sposób popisowy oddają swoją fascynację kosmosem. I dokładnie w te same tony uderzają twórcy „Strażników…”. Fabuła usnuta jest w taki sposób, by przygody głównych bohaterów zawierały w sobie jak najwięcej planetarnych lokacji, inteligentnych ras, kosmicznych statków biorących udział w kosmicznych pojedynkach. I rzecz jasna, brak tu tradycyjnej liniowości, gdyż akcja przerywana jest niejednokrotnie zaskakującymi zwrotami. I choć może się wam wydawać, że to wszystko o czym piszę, zostało już wcześniej unaocznione, choćby w dobrze przyjętym reboocie Star Treka, to jednak nowy filmowy projekt Marvela ma w sobie coś na tyle osobliwego, że pozwala mi patrzeć na niego z o wiele większym zainteresowaniem. Tym czymś jest spontaniczność, a z czym się ona wiążę wytłumaczę za chwilę.

guardians-of-the-galaxy-star-lord-3

Nie będę rozwodził się nad jakością efektów specjalnych, lub nad tym czy sceny akcji były odpowiednio spektakularne. Przez lata wizualna strona kosmicznych widowisk SF opatrzyła mi się do tego stopnia, że często kompletnie nie zwracam na nią uwagi. Wszak, stanowi ona tylko kolorowe tło, którego efektownością napawać się mamy podczas konsumowania popcornu. Należy jednak przyznać, że po raz kolejny oprawa ta została zrealizowana należycie rzetelnie, adekwatnie do poziomu tego, do czego zostaliśmy przez ostanie lata przyzwyczajeni. I to na tyle, nihil novi, przejdźmy zatem do meritum.

Mówiąc o spontaniczności jako o podstawowym wyróżniku „Strażników Galaktyki”, mam na myśli całą złożoność narracyjną opowieści, w której dane nam jest uczestniczyć. Widzę w tym zasługę reżysera i scenarzysty widowiska, Jamesa Gunna, który w swych poprzednich filmach takie właśnie skłonności z powodzeniem przejawiał. Prócz istotnych zwrotów akcji, o których już wspomniałem, jeszcze więcej jest w filmie pomniejszych sytuacyjnych lub słownych gagów, których przebiegu w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć, bez względu na to, jak bardzo obyci jesteśmy z językiem filmu. Dość przytoczyć fragment, w którym główny bohater podczas konfrontacji z czarnych charakterem ni stąd, ni zowąd postanawia przed nim… zatańczyć. O tym dlaczego to robi, dowiecie się już z filmu, ale zapewniam was, że scena i jej charakter dobitnie was rozbawią. (Oczywiście, największym zaskoczeniem będzie jednak scena po napisach końcowych, do obejrzenia której gorąco was zachęcam). To samo tyczy się kwestii dialogowych, w których aż roi się od ciętych żartów i ripost. Ich głównym źródłem jest oczywiście szop Rocket, który tylko z pozoru przypomina niewinną maskotkę. Ale skoro już o bohaterach mowa…

Marvel's Guardians Of The Galaxy Milano Ph: Film Frame ©Marvel 2014

Cała ta ujmująca naturalność o której piszę, przejawia się także, albo przede wszystkim w tym, w jaki sposób zaprezentowani zostali nam główni bohaterowie i relacje zachodzące między nimi. Star-Lord, Gamora, Drax, Groot i Rocket to piątka wykolejeńców, z których każdy prezentuje inny profil psychologiczny, dzięki czemu między nimi samymi może zachodzić odwzajemnione przyciąganie – wszak wiemy, jak działają na siebie przeciwieństwa. Najważniejsza jest jednak ogólna charakterystyka piątki bohaterów, gdyż to co ich łączy, to wyraźna tendencja do opowiadania się za złem. To niemalże antybohaterowie, jednostki niejednoznaczne, którym daleko do stanowienia wzorów do naśladowania. Prawda jest jednak taka, że dzięki temu w jak szczery i bezpretensjonalny sposób zaprezentowani zostali tytułowi strażnicy, z miejsca stają się naszymi idolami. Kino kocha niegrzecznych chłopców, a my kochamy przeżywać razem z nimi przygody, dlatego że są oni odzwierciedleniem naszych głęboko zakorzenionych i skrupulatnie przykrytych mrocznych skłonności. Oni sami sięgają do nich z umiarem, gdyż w ostateczności potrafią także rozprawić się ze złem w postaci czystej, co jeszcze bardziej nas do nich zbliża. Mówiąc zatem wprost, „Strażnicy galaktyki” to tacy „Piraci z Karaibów” w kosmosie, których przygody odznaczają się za to jeszcze większą dozą szaleństwa.

superhero_wallpaper__guardians_of_the_galaxy_by_mcnealy-d7088e3

Bez względu na to, jak wielką zasługę w intrygującej prezentacji bohaterów ma scenariusz, to jednak o jej głównej wartości stanowi ich finalna aktorska interpretacja. Każdy z bohaterów poprowadzony jest brawurowo i nie ma większego znaczenia, czy aktor wciela się w postać fizycznie czy tylko podkłada pod nią głos. Jako że nie chcę się przesadnie rozdrabniać, pozwolę sobie wyróżnić jeno dwójkę aktorów, których gra zwróciła moją uwagę najbardziej. Na naszych oczach rodzi się nowa gwiazda kina akcji – Chris Pratt – z wymalowanym na twarzy zawadiackim uśmieszkiem. Jego gra to połączenie krnąbrnego stylu Harrisona Forda i błazenady Johnny’ego Deppa, które to połączenie wypada bardzo świadomie. Warto docenić także ogrom pracy, jaki aktor ten włożył w budowanie odpowiedniej sylwetki – wiadomo bowiem, iż swą aparycją jeszcze na poziomie „Wykapanego ojca” kompletnie nie nadawał się do roli superbohatera. Metamorfoza przebiegła jednak wiarygodnie i za to punkt dla niego. Trzymam kciuki, by w zapowiadanym na przyszły rok „Jurassick World” wypadł równie dobrze.

I jeszcze Zoe Saldana. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, dlaczego ta aktorka tak często angażowana jest do filmów akcji. Ona nie tylko jest świetnie wygimnastykowana, przez co opanowanie choreografii walk przychodzi jej z lekkością. Ona prócz tego, ma w sobie niezwykły wdzięk i powab, dzięki którym jej ruchy wypadają płynnie i elektryzująco. Przyznać muszę, że przez większą część seansu nie potrafiłem oderwać od niej wzroku i przeszkodzić mi w tym nie mogła nawet jej z pozoru odpychająca, zielona skóra. Już za sam sposób poruszania się i grację z niego płynącą aktorka ta powinna dostać Oscara® (co rzecz jasna piszę przy jednoczesnym puszczaniu do was oka). Zoe Saldana powoli staje się etatową, filmową heroiną, i pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, iż z uwagi na bijącą od niej energię, jest to heroina jakiej kino jeszcze nie miało.

drax-the-destroyer-guardians-of-the-galaxy-3

Warto także wspomnieć, iż filmową atmosferę szaleństwa podkreśla także ścieżka dźwiękowa. W dużej mierze opiera się ona na zapożyczeniu i wpleceniu oryginalnych, popowych hitów lat 70/80.  Za sprawą walkmana głównego bohatera i wydobywających się z niego dźwięków, „Strażnicy Galaktyki” skutecznie pociągają zatem także struny nostalgii za elementami przeszłej kultury. W połączeniu z wybiegającą w przyszłość wizją, tęsknota ta nabiera osobliwego kolorytu, przez co jeszcze bardziej potrafimy zrozumieć przywiązanie protagonisty do jego rodzinnej pamiątki. Bo tak jak on jest w stanie zaryzykować życie, by ją odzyskać, tak nam wciąż trudno jest wyrzucić do kosza te stosy zalegających na strychu kaset magnetofonowych.

Najnowszy film Jamesa Gunna to kino pełne polotu, humoru i spontaniczności, realizujące najlepsze tradycje klasycznych space oper. Kosmiczna przygoda jaką uświadczamy w „Strażnikach galaktyki” wciąga nas bez opamiętania od pierwszych do ostatnich minut. Jestem pewien, iż jesteśmy właśnie świadkami początku nowej, dochodowej serii, która w kinach będzie święcić triumfy jeszcze długo – aż dojdzie do zapowiadanego crossovera z innymi bohaterami uniwersum Marvela. Nic tylko zacierać ręce i czekać.

Ostatnio dodane