Strategia mistrza - recenzja | FILM.ORG.PL

Strategia mistrza

Lance Armstrong od kuchni – niezbyt przychylny obrazek zniesławionego sportowca od Stephena Frearsa.




Lance, do boju!




Krzysztof Walecki
04.11.2015


Lance Armstrong już do końca swojego życia pozostanie człowiekiem, który oszukał cały świat. Zapisał się na kartach historii sportu jako siedmiokrotny zwycięzca Tour de France, aby następnie, gdy wyszło na jaw, że sukcesy te zawdzięczał środkom dopingującym, stracić wszystkie swoje najważniejsze tytuły i dostać dożywotni zakaz startu w jakichkolwiek zawodach. Strategia mistrza Stephena Frearsa całkiem precyzyjnie ukazuje szczegóły oszustwa, starając się przedstawić nam niesławnego sportowca jako sprytnego i wyjątkowo próżnego hochsztaplera. Nie oglądamy człowieka, lecz wariację na jego temat – zamiast uczciwego portretu otrzymujemy kąśliwy i jednostronny obraz kłamcy. Być może, przynajmniej na razie, Armstrong na nic innego nie zasługuje.

Łatwo zrozumieć, dlaczego postać ta bardziej fascynuje, niż odpycha. Zarówno jego wygrana walka z rakiem, jak i zwycięstwa na trasie wciąż pozostają w pamięci pomimo prawdy, jaka później wyszła na jaw. Nie pozostają bez wpływu na ocenę tego człowieka, jednocześnie stojąc w opozycji do uczuć, jakie stały się udziałem wielu fanów sportowca – rozczarowania, a nawet poczucia zdrady. W filmie reżysera Tajemnicy Filomeny brak jednak ukazania konsekwencji zdemaskowania Armstronga właśnie dla jego wielbicieli. Wcześniej widzimy kobietę, którą sukcesy kolarza uratowały przed samobójstwem. Czy to znaczy, że jego kłamstwo przekreśla nadzieję i siłę, jaką jej przyniósł? Nie, ale to, co poczuła, gdy prawda stała się faktem publicznym, pozostaje tajemnicą.

Choć Frears pokazuje wszystko od kuchni, pozostaje zaledwie bacznym obserwatorem, nawet nie starając się wejść w skórę Armstronga i spojrzeć na wszystko jego oczami, poznać jego motywacje. Oczywiście ułatwia to budowanie jednoznacznie negatywnego portretu, choć nieliczne sceny ukazujące sympatycznego i zwyczajnego bohatera świadczą o tym, że scenariusz Johna Hodge’a (Trainspotting) nie od początku był atakiem w osobę byłego cyklisty. Jest to widoczne zwłaszcza w początkowych partiach filmu, gdy Armstrong staje się ofiarą własnego organizmu, nie pozwalającego mu na równą walkę z najlepszymi, a następnie toczącego bój z nowotworem. 

Grający główną rolę Ben Foster wie, w jaki sposób nie przerysować swojego bohatera, choć nie zawsze to on ma ostatnie słowo.
Zwłaszcza, gdy na ekranie pojawia się Guillaume Canet jako szarlatański lekarz Michele Ferrari, pod okiem którego sportowiec zaczyna zażywać niedozwolone substancje dopingujące.

Wraz z kolejnymi nagrodami również i cała rzeczywistość zaczyna być podporządkowana idealnej wizji Lance’a – inni zawodnicy nie chcą rozmawiać o dopingu z mediami, a ci, którzy to robią, są napiętnowani; organizatorzy wyścigu podejrzewają nieczystą grę, ale nic z tym nie robią „w trosce” o dobro ich sportu; zaś drążący sprawę dziennikarz David Walsh (na podstawie którego książki powstał film), choć dla Armstronga bardzo niewygodny, zostaje sprawnie zepchnięty na boczny tor. Znaczące jest, że nawet rodzina sportowca jest kompletnie nieistotna dla przebiegu fabuły, tak, jakby narzucony przez Ferrariego program (oryginalny tytuł filmu) był wartością nadrzędną. Przyjęta przez Frearsa i Hodge’a perspektywa może budzić niepokój i wydawać się przesadzona, ale efektywnie przyczynia się do ukazania tego, jak jeden człowiek staje się reprezentantem wszystkiego, co złe i hańbiące dla sportu.

1445419923695-oo728f4fce8a-960-540

Jednak cały ten dramat bożyszcza tłumów, który w rzeczywistości był mistrzem mydlenia ludziom oczu, ma w sobie również coś z bardzo czarnej komedii. Za każdym razem, gdy Armstrong jest atakowany przez Walsha (w tej roli bardzo dobry Chris O’Dowd), zasłania się swoją fundacją do walki z rakiem. Team kolarski, aby mieć czym zapłacić za nielegalne leki, sprzedaje swoje rowery. Kolega z zespołu, Floyd Landis, pomimo wyrzutów sumienia i coraz większych wątpliwości, jest do tego stopnia wierny Armstrongowi, że gotów okłamać nawet mennonicką społeczność, z której się wywodzi. Absurd goni absurd, bo im większe oszustwo, tym łatwiej wszystkim w nie uwierzyć. Wszelkie świętości zostają zbrukane tylko po to, aby Lance pozostał numerem jeden. 

Strategia mistrza pozostaje filmem nie do końca spełnionej obietnicy.
Udaje jej się ukazać Armstronga jako wielkiego oszusta, który świetnie się odnajdywał w swoim kłamstwie, lecz sam reżyser nie potrafi właściwie spuentować całości. Wstrząs, jaki przeżyło nie tylko środowisko sportowe, ale i cały świat, nie wybrzmiewa u Frearsa, być może dlatego, że bardziej interesują go kulisy zmowy milczenia niż burza medialna, jaka rozpętała się po jej ujawnieniu. Lance o twarzy Fostera zostaje sam, a słynna spowiedź u Oprah zamyka opowieść. Jeszcze tylko piosenka Leonarda Cohena Everybody Knows na napisach końcowych, która dopowiada to, co cały film wydaje się zaledwie sugerować – wszyscy w jakiś sposób uczestniczyli w oszustwie Armstronga.

korekta: Kornelia Farynowska

cinema







  • bobzielarz

    Autorowi powyższego tekstu recenzja pomyliła się ze streszczeniem.

    • Nie pomyliły ci się teksty?

      • bobzielarz

        Standardem jest żeby w recenzji podawać zakończenie filmu i nie oznaczanie konkretnych fragmentów np. „Spoiler”?

        • Ale to zupełnie inna kwestia.
          Co nie zmienia faktu że wydarzenia z życia Armstronga są dobrze znane, gdzie tu miejsce na spojlery? Przeiceż wiadomo jak to się skończyło a autor opisuje tylko sposób w jaki jego życie zostało opisane. To może być problem każdej filmowej biografii ale no właśnie, czy to naprawdę problem?

          • bobzielarz

            Nie tyle problem co duży błąd rzemieślniczy. To, że biografia Armstronga jest znana większej części społeczeństwa nie znaczy, że reżyser przedstawi ją jeden do jednego. Tym bardziej, że wchodząc do kina nie wiemy w jakim kierunku zostanie poprowadzona historia, czy będą to ważne wydarzenia z życia, czy mniej istotne, czy będzie to analiza konkretnej historii z jego życia czy może całej sylwetki, łącznie z rodziną i przyjaciółmi. Wierząc recenzji jest dosyć jednostronnie negatywna dla tytułowego bohatera. Dlatego niestety ta „recenzja” odpada w przedbiegach.

          • no ale recenzja odpada w przedbiegach bo autor zwraca uwagę na perspektywę z jakiej patrzy reżyser? wtf? serio, nie rozumiem twego czepialstwa szczególnie pod naprawdę dobrą recenzją (byłem, widziałem) która nie zdradza nic istotnego, a otwiera oczy na kilka kwestii których ja na przykład nie zauważyłem. o to chodzi.

          • bobzielarz

            Piszę z perspektywy osoby, która nie widziała filmu i z marszu dostała informację jak się kończy. Sama recenzja nie jest zła (wycinając kilka fragmentów), bo utwierdziła mnie w przeknaniu, że film jest poniżej moich oczekiwań i nie warto sie z nim zaznajomić.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

SPECTRE

Następny tekst

BLACK MASS (Pakt z diabłem)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE