Spring Breakers - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Spring Breakers

Źle napisana, schematyczna i głupia historia o głupich ludziach. Ale za to jak prowokacyjna, wyreżyserowana i sfotografowana.




Ku chwale hedonizmu




Jerzy Babarowski
10.04.2013


Parę dni temu zmarł Roger Ebert więc pozwólcie, że zacznę tę recenzję w podobny sposób, w jaki on zaczynał wiele swoich: „Spring Breakers” to film o czterech idiotkach, które myślą, że wiedzą wszystko, a nie wiedzą nic. Noszą kolorowe staniki, ale wcale nie oddzielają się nimi od tła bo tłem są podobni idioci, którzy nic nie wiedzą, myśląc, że wiedzą wszystko. Cała Floryda tańczy w rytm eklektycznej mieszanki zapomnianych pop-szlagierów i techno, bzzt bzzt cycki dupy piwo seks cycki dupy piwo seks, a gdzieś spomiędzy kadrów wypełnionych rozedrganą feerią soczystych barw, znikającym za horyzontem złocistym słońcem oraz jaskrawymi światłami przydrożnych melin wypływa jeden przekaz – przyjemność jest najważniejsza.

Chodźcie na plażę, nieważne co wczoraj i jutro. Pijcie i tańczcie, udawajcie, że jesteście jak Britney Spears i Tony Montana. Macie pięć zmysłów i nie ważcie się poza nie wyjść. Bądźcie panami i władcami, żyjcie pełnią życia.

Harmony Korine pokazuje ludzi młodych i pięknych, oszalałych z przyjemności, pogrążonych w rozkoszy lenistwa i pieniędzy, skaczących, tańczących, ruchających się – a także nierobów, chamów i prymitywów, pustych niewykształconych idiotów. To główny powód, dla którego jego metafora społeczeństwa okazuje się być tendencyjna, głupia, przewidywalna, a co najgorsze – nudna. Ale jak pięknie sfotografowana.

 

Selena Gomez chodzi na kółko różańcowe i nazywa się Faith. I shit you not. Chwałę Jezusa pokazuje im gość krzyczący: „Jesteście rąbnięci na punkcie Jezusa? Bo ja tak!„, który mógłby być kuzynem Sylvestra Stallone. Faith jest grzeczna i pobożna. Na studiach uczy się o ruchach praw człowieka, a Justinowi Bieberowi powiedziała, że seks dopiero po ślubie. Ma trzy koleżanki: Brit (Ashley Benson), Cotty (Rachel Korine) i oczywiście Candy. Ta ostatnia jest niemal równie ważna jak Faith, gra ją bowiem Vanessa Hudgens, która postanowiła zrobić sobie przerwę od High School Musicali i zasmakować czegoś ostrzejszego i, hm, twardszego. A to dlatego, że znajome Faith nie są tak pobożne jak ich koleżanka; oj nie. Piją, palą, wciągają koks, a dnie spędzają na marzeniach najczęściej obracających się wokół różnorakich przeżyć seksualnych. Cała czwórka stanowi paczkę nieodłącznych przyjaciółeczek, które są z siebie dumne, gdy świeci słońce i wierne, gdy pada deszcz. Zawsze się przytulą i pocieszą. O ich rodzicach i dzieciństwie nic nie wiemy.

Nadchodzi przerwa wiosenna (tzw. „spring break”) i wszyscy wyjeżdżają na ferie. Nasze pannice też by chciały. Nudzi im się w akademiku; mają poczucie, że życie przepływa im przez palce. Marzy im się Floryda, ale nie mają kasy. Brit, Cotty i Candy postanawiają więc obrabować pobliski sklep. Nie wyglądają jakby miały przed tym jakieś opory. „Potraktujcie to jak grę komputerową” – mówi jedna z nich. „Ech, super” – pomyślałem. – „I znowu gry są winne.” Napad się udaje, a Faith – mimo początkowego dziewiczego przerażenia postępkiem koleżanek – razem z nimi wylatuje do słonecznej Florydy. Ma nadzieję, że tam w końcu posmakuje życia i „odnajdzie siebie”.

Tak właśnie. „Spring Breakers” to jeden z tych filmów, po których trailerze każdy wie o czym będą i czego się po nich spodziewać. Nie oczekujemy, że nasze bohaterki spędzą wakacje czytając Tołstoja i pijąc dietetyczną colę. Fabuła pokazująca nastolatków – którzy, w celu beztroskiej zabawy wyjeżdżają gdzieś daleko, po czym niespodzianie wpadają w sidła bezlitosnego przestępczego świata  – stała się dla nas chlebem tak powszednim, że traktujemy ją jak coś oczywistego i naturalnego. Takie też jest „Spring Breakers” – Harmony Korine serwuje nam to samo, ale ubrane w inny kostium i w bardzo specyficznym stylu, rodzaj „Gomorry” w pop-trashowej formie z nastoletnimi laskami w bikini i raperami zamiast włoskich gangsterów.

Problem w tym, że jego film nie ma fabuły do opowiedzenia. Cała historia w „Spring Breakers” to wytarta, wymęczona kliszami, pełna źle napisanych postaci i obficie brakująca w większe emocje błaha opowiastka, która w żadnym stopniu nie jest tak nowatorska i oryginalna jak jej twórca myśli, że jest. Dowodem na to jest zakończenie – w zamierzeniu nietypowe i ironiczne, a w praktyce nielogiczne, wykonane mizernie i po prostu idiotyczne.

Zresztą nie tylko przewidywalny jest Korine, również mglisty i niewyraźny jest jego przekaz. Źle napisany scenariusz i nierównomiernie dobrane elementy sprawiają, że właściwie ciężko się zorientować o co Amerykaninowi chodzi – „Spring Breakers” nie jest dramatem psychologicznym, bo twórca patrzy na swoje postacie wyłącznie behawiorycznie, poprzez zachowanie (nie wiemy dlaczego są jakie są, co je spotkało, jaka jest ich przeszłość i wyłączając parę urywek z rozmów telefonicznych, nie wiemy też jakie jest ich życie rodzinne). Nie interesuje go dlaczego jego bohaterowie są jacy są –  interesuje go co z tym robią. Nie przedstawia również żadnego wyraźnego tła społecznego, nie jest to więc dramat społeczny. Ani też czystej wody kryminał, bo wątki kryminalne pojawiają się dopiero w drugiej połowie i właściwie służą tylko za motor, a nie temat, wydarzeń. Nie jest to ani obyczajówka ani komedia, ani też pastisz.

I jeśli miałbym jakoś nazwać zupę, w której film Korine’a pływa, to chyba najbliżej mu do pewnego rodzaju satyry – tyle że nieudolnej i źle napisanej. Jeśli Korine chce coś powiedzieć, to pragnie wyśmiać bezrefleksyjny i oparty na popkulturowej papce styl życia nastolatków, takich jak tytułowa czwóreczka bździuń. Sam jednak robi to płasko i po linii najmniejszego oporu – wszystkie dziewczyny w tym filmie to kretynki słuchające Britney Spears, a wszyscy faceci to samce alfa wannabes, którzy za swój wzór postawili sobie Tony’ego Montanę. Jedyne, o czym marzą bohaterowie Korine’a, to picie rozmaitych trunków, plażowe techno, ruchanie po kątach i pieniądze – ich idiotyczne dążenie do przeżywania przyjemności jest tak silne, że to, co robią na ekranie, staje się aż niezamierzenie (a może zamierzenie?) komiczne. Tak jak na przykład w – najlepszej lub najgłupszej – scenie z Jamesem Franco i lufą w ustach.

Objawia się tutaj osobiście mnie najbardziej bodzący i zmarnowany element filmu. Harmony Korine pokazuje ludzi, którzy są absolutnymi hedonistami – jednak pokazywanie gangsterów, którzy w swoich basenach i jakuzzi uprawiają grzeszny seks z paroma kobietami naraz, to chyba najbardziej przeżarta i przepluta przez kino klisza tego filmu. Uprawianie hedonizmu od zawsze było przez kino postrzegane jak jakiegoś rodzaju grzech, nieprawość, zło, występek lub zbrodnia, która domaga się kary. Było tak, bo przecież łatwiej nam zestawić coś tak pierwotnego, szalonego i zwierzęcego (ale jednocześnie tak ludzkiego) ze złem i występkiem niż z dobrocią, skromnością, prawością i uczciwością. Ale to przecież nie są wartości wzajemnie się wykluczające; trzeba po prostu odpowiednio głęboko poszukać. Korine – mimo, że swoim filmem chce prowokować i ustawiać widza w niekomfortowej pozycji – również się niestety na tę pułapkę łapie. Ale to bardziej osobiste spostrzeżenie niż obiektywna wada jego filmu.

Bo co by o nim nie mówić prowokacyjny to on jest – w dodatku w ostry, wysmakowany sposób i tego Amerykaninowi nie mam zamiaru odmawiać. Najsilniej objawia się to już w castingu – obsadzenie w roli tytułowych kretynek dwóch gwiazd kojarzonych dotychczas ze światem niewinnego, cukierkowego popu dla młodszych nastolatków to mała perełka decyzyjna. Tym bardziej, że cała czwórka zagrała naprawdę nieźle. Jednak obsadowym strzałem w dziesiątkę okazuje się James Franco, grający rapera i gangstera Aliena. Jego postać to pogrążona w narkotykowej demencji parodia twardziela, która na przestrzeni fabuły przechodzi ciekawą wizerunkową przemianę. Na początku wydaje nam się, że jest diabłem kuszącym nasze bohaterki ku grzechowi (metafora tym odpowiedniejsza, gdy przypomnimy sobie początkowe sceny filmu), a pod koniec widzimy w nim już tylko szalonego, wyniszczonego przez narkotyki i własne ego desperata, który okazuje się wiedzieć tak samo mało jak wszyscy inni dookoła.

Ale jeśli jest coś co wznosi „Spring Breakers” ponad poziom przeciętniactwa to jest to reżyseria. Harmony Korine to urodzony wizualista – po prostu tym razem napisał beznadziejny scenariusz. Ale jego sposób zbudowania i ustrukturalizowania całej opowieści jest co najmniej intrygujący – Amerykanin notorycznie łamie zasadę trzech jedności przedstawiając fabułę nieliniowo, niemal jak teledysk; opiera ją na repetycjach poszczególnych scen, dialogów i ujęć; jego dobór kadrów częstokroć nie znajduje się w centrum akcji tylko gdzieś z boku, a całość wzbogaca egzystującymi gdzieś na marginesie naszej świadomości efektami dźwiękowymi (takimi jak powtarzający się przez cały film odgłos przeładowywanej strzelby). Oczywiście to wszystko nie miałoby sensu, gdyby to była tylko czysta stylistyczna zabawa, Korine jednak nie popełnia tego jakże częstego błędu, a jego formalne zabiegi istnieją w harmonii z fabułą i jedynie wzbogacają film potęgując wrażenie przebywania w środku narkotyczno-wakacyjnego snu. Całości dopełnia frenetyczny montaż, przepiękne pastelowe zdjęcia i oczywiście wirtuozersko dobrany soundtrack. To muzyka klasy B wzniesiona do klasy A – trashowe techno i cukierkowy pop mieszają się z fontannami krwi, wybuchami przemocy i przecudnie skomponowanymi krajobrazami z gracją świadczącą o wrodzonym reżyserskim talencie. Ze świecą szukać w kinie drugiego tak oryginalnego i efektywnego użycia piosenki Britney Spears jak w sekwencji z Alienem przy pianinie.

Takie zresztą jest też całe „Spring Breakers” – to próba pokazania niesmacznej i idiotycznej historii o ludziach, którzy inteligencją nie grzeszą w smakowity, inteligentny i nowatorski sposób. Próba zakończona – w mojej opinii – porażką, ale pozostawiam cesarzowi co cesarskie. „Spring Breakers” prowokuje i robi to dobrze, a w reżyserii Korine’a tkwi jednak jakiś stopień empatii i ciepła dla jego bohaterów, który nie pozwala postawić krzyżyka na jego scenariuszu z całkowicie czystym sumieniem. Jeden z zagranicznych recenzentów napisał, że „Spring Breakers” stanie się w przyszłości filmem kultowym na nocnych seansach – dodałbym do tego jeszcze wszelkiego rodzaju domówki, imprezy i letnie biby. W końcu ostatnie co się da zrobić przy tak wyrazistej i dającej po oczach stronie wizualnej to spać.

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Guest

    Świetna recenzja. Nie mogłem do końca zrozumieć sloganów typu „objawienie festiwalu w Wenecji”, ale też biorąc pod uwagę fakt, kto jest odpowiedzialny za Spring Breakers, to tym bardziej śmieszyły mnie artykuły zatytułowane „Podręcznikowy przykład słabego filmu”. Bardzo dziękuję, idę do kina.

  • hanys

    dobry, naprawde dobry tekst, gratu!

  • ok

    film świetny, ale mam wrażenie, że recenzent do końca go nie zrozumiał. cechy filmu, które uważa za wady według mnie są jego zaletami. przekaz korine’a jest dużo smutniejszy niż napisano w recenzji – on nie wyśmiewa tylko bezmózgich młodych ludzi, ‚white trash’, on pokazuje jak bardzo my wszyscy jesteśmy przeżarci dążeniem do popkulturowych wzorców. naszymi idolami są gangsterzy z filmów, celebryci, którzy nic sobą tak naprawdę nie reprezentują. nawet jeżeli nie jesteśmy w nich ślepo zapatrzeni, każdy człowiek żyjący w tej kulturze w pewien sposób w tym uczestniczy. przeszłość dziewczyn i ich sytuacja rodzinna celowo nie są pokazane. postacie są przez to uniwersalne, co podkreśla przerażający przekaz – każdy człowiek dążący do pustych ideałów może się w tym zatracić i upaść jak one. dlatego koniec jest dużo mniej oderwany od rzeczywistości niż się wydaje – ostateczne upodlenie i zlanie się z popkulturą, zatracenie granicy między prawdą a rzeczywistością rodem z gry komputerowej. można by pisać naprawdę długo, bo ten film jest dopracowany w każdym szczególe. ale przede wszystkim ma bardzo, bardzo ważny przekaz. oglądam wiele filmów, ale jeszcze żaden chyba w sposób tak sugestywny nie pokazał próżności współczesnego świata. i żaden jeszcze tak mnie nie przeraził

    • Rodia

      Tylko, że ta próżność i dążenie do przyjemności i popkulturowych wzorców są pokazane na przykładzie idiotów i nieuków. Jeśli Korine naprawdę uważa, że każda nastolatka jest taka jak jedna z czterech głównych bohaterek, a każdy chłopak jak Alien to mu współczuję i polecam jednak rozejrzenie się po świecie. Ciekawe jest Twoje uzasadnienie braku pokazania przeszłości dziewczyn tylko, że – dla mnie – ono wcale nie sprawia, że te postaci są uniwersalne bo od samego początku zostają pokazane jako ostro pijące ćpunki, dla których obrabowanie sklepu i grożenie ludziom bronią (choćby na wodę) nie stanowi większego problemu. Może masz rację, ale sorry, nie przekonuje mnie to. No i nie zgodzę się z Twoją interpretacją zakończenia bo (uwaga, teraz będą spoilery) o ile 2 z dziewczyn stają się władczyniami przestępczego podwórka Florydy (choćby na krótko) to przecież pozostałe dwie wracają do domu. Zakończenie jest więc w istocie jedynie połowicznie (dosłownie, lol) pesymistyczne. Generalnie zgadzamy się do przesłania i że jest ono bardzo ważne, tylko że mnie ono w wydaniu Korine’a w ogóle nie przekonało :)

      Filmów, które pokazują dążenie ludzi do pieniędzy i przyjemności było już bardzo, bardzo wiele i to o wiele lepszych niż „Spring Breakers”, uwierz mi. Np. „Badlands” czy – coby nie szukać daleko – chociażby „Social Network”, które od „Spring Breakers” jest o tyle lepsze, że ludzie dążący tam do celu są wykształconymi, wybitnie inteligentnymi osobnikami, którzy okazują się być tak samo próżni i niedoskonali jak my – i jest to pokazane bez uciekania się do pistoletów, strzelanin i gołych cycków :)

      • TheKing

        Chciałbym zwrócić uwagę na jedną kwestię: a mianowicie na to, że moim zdaniem Korine specjalnie trochę przerysował główne bohaterki. Oczywiście nikt nie twierdzi, że takie nastolatki są reprezentatywne dla całego środowiska swoich rówieśników, jednak uwierz mi, że jest wiele (bardzo wiele) takich osób, o takich marzeniach i podejściu do życia. To przerysowanie porównałbym w pewien sposób do chociażby „Wesela” Smarzowskiego. Oczywiście są to filmy o różnej tematyce, jednak w pewien sposób skłaniają nas do myślenia nad społeczenstwem, w którym żyjemy (czy na pewno nie mamy z nimi wspólnych cech…?)

        Jeszcze chciałbym powiedzieć dwa słowa odnośnie przekazu i gatunku: jak dla mnie to dramat (w żaden sposób komedia – podczas całego seansu uśmiechnąłem się może raz, gdy za pierwszym razem ujrzałem Aliena). Pewnie zawiera jakieś ilości pastiszu, jednak dla mnie jest to, jak już wspomniałem dramat. A jaki jest przekaz? W mojej opinii, jest to obraz o szukaniu swojego miejsca w świecie, o znalezieniu własnego „ja”, a także o miłości czy też przyjaźni. A że komuś mogła się nie spodobać forma, w jakiej zostało to przedstawione? No cóż, to już kwestia gustu. Do montażu bym się nie przyczepiał i fabuły, gdyż taka miała być – w stylu teledysków z MTV….

        W mojej opinii jest to film świetny i na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę!

        • Rodia

          Ale dlaczego je przerysował? Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie naszemu utożsamieniu się z tym postaciami. Zauważ o ileż bardziej efektywne byłoby przedstawienie dziewczyn, które są jak najbardziej normalne i których mentalność dzięki „spring breakowi” przechodzi na przestrzeni filmu przemianę – z ułożonej, małomiasteczkowej niewinności do komicznie wyzwolonej orgii nienawiści. Tylko, że one w ogóle się nie zmieniają; w moim odczuciu SPOILER dwójka dziewczyn, która na końcu robi masakrę maszynówami mogłaby to zrobić równie dobrze na początku; nie miałem zupełnie poczucia drogi jaką one przebyły. Ba! Przecież Korine ma odpowiednią postać pod nosem – Faith. Zwróć uwagę o ileż bardziej efektywnie zadziałałby na nas przekaz filmu, gdyby to ona upadła, a reszta wróciła do domu. Zamiast tego w połowie filmu wsadza ją w autobus i zapomina o niej :) KONIEC SPOILERA

          I gdzie ten film jest o miłości? :) A forma i montaż mi się właśnie bardzo podobały przecież – to fabuła mnie nie przekonała.

          Jeszcze jedno – nie zrozumcie mnie źle, „Spring Breakers” nie jest złym filmem, tylko po prostu bardzo nierównym w elementach. Mimo, że nie dałem mu jakiejś wysokiej noty to na pewno jest w nim masa warstw do odkrycia i jest wart dyskusji, nie odmawiam mu tego. I cieszę się, że ta dyskusja wystąpiła :) I bardzo podziwiam Korine’a za odwagę i wizję formalną. O ileż bardziej cieszą mnie wypowiedzi o „Spring Breakers” niż o nowym Bondzie czy o czymś :)

          A tu link do świetnej recki z konkurencyjnego serwisu :P -> http://stopklatka.pl/-/51698593,spring-break-forever-bitches-?page=2, ale zapodaję bo mimo, że jej wymowa jest zupełnie inna niż mojej to jest warta przeczytania i bogatsza w konteksty niż moja :)

          • TheKing

            Pytasz dlaczego je przerysował? Może źle się wyraziłem, chodziło mi bardziej o to, że ich zachowanie odbiega od ogólnie przyjętych norm, powiedzmy takich „dobrych i ułożonych dziewczyn z dobrego domu”. Jednak trzeba zdać sobie sprawę, że takie osoby na tym świecie są i jest ich masa. Może nie ma ich bezpośrednio wokół nas, w naszym sąsiedztwie, jednak gdzieś tam sobie żyją. I ich jedynym marzeniem jest ciągła zabawa. Zwłaszcza w czasach obecnych, gdy nie ma co ukrywać, świat schodzi na przysłowiowe psy.
            Co do Smarzowskiego, to odniosłem się do niego celowo, gdyż on jako (chyba) jedyny na naszym podwórku w swoich filmach przedstawia ludzi, którzy niejedno mają na sumieniu i których zachowania na pewno nie są godnym wzorem do naśladowania. I również jego postacie są w pewien sposób przerysowane, żeby, poprzez cechy tych osób, uwypuklić i zwrócić uwagę na wady naszego społeczeństwa.
            Co do Faith: jej osoba była w miarę ukształtowana, miała pewien system wartości – teraz powiedz mi jaki Twoim zdaniem byłby przekaz takiego obrazu gdyby to ona upadła, a jej koleżanki nagle się nawróciły?
            Jeszcze dwa zdania, co do zawartej tu miłości. To nie jest miłość, jaką widać w pierwszym lepszym Pamiętniku, czy temu podobnych tytułach. Może była ona w pewien sposób ukrywana, jednak wydaje mi się, że Alien na swój sposób mógł je pokochać, co świadczy o tym, że SPOILER chciał się zamścić na tym gościu, tylko dlatego, że jedna z nich została lekko postrzelona w ramię KONIEC SPOILERA. A może one też go pokochały na swój sposób…
            PS. cieszę się, że można tutaj normalnie podyskutować na poziomie, w odróżnieniu od innych portali, np. Filmwebu. Chyba będę tutaj częstszym gościem ;)

      • ok

        „od samego początku zostają pokazane jako ostro pijące ćpunki” – nie, na początku są pokazane jako znudzone wykładem studentki. musiały jakoś dostać się do college’u, nie są totalnymi wyrzutkami społeczeństwa. jednocześnie niektóre osoby z otoczenia widzą w nich coś niepokojącego – koleżanki ostrzegają faith przed brit i candy (czy jak im tam było). ich zachowanie dochodzi do pewnego ekstremum, ale podobnych dziewczyn jest mnóstwo. w stanach jest wiele miejsc, niepokazywanych zwykle w hollywoodzkich filmach, w których ma się wrażenie, że każdy przed czymś ucieka, kogoś udaje. korine świetnie oddał atmosferę tej drugiej strony ameryki i specyficzny stan umysłu wielu ludzi. te dziewczyny za wszelką cenę chciały uciec od rzeczywistości. nie umiały zmierzyć się z tym, kim są, więc uciekały coraz dalej. dwie wróciły do domu (stosunkowo wcześnie, to nie jest samo zakończenie) i nieprzypadkowo pokazano ich samotną podróż autobusem – po ich twarzach widać, że zaczynają widzieć fasadowość tego pozornie pięknego świata, boleśnie wracają do prawdziwego życia, od którego tak starały się uciec. z kolei dwóm psychopatkom, które zostały same z alienem zupełnie już puściły hamulce i to właśnie ilustruje ekstremalne wcielenie hedonizmu.

        badlands i social network są mi znane i według mnie żaden z nich nie pokazuje tak prawdziwie tego specyficznego problemu. do tego mało który reżyser pochyla się z takim zrozumieniem nad białą hołotą, której cechy tak wiele przecież mówią o naszym społeczeństwie jako całości

  • Kitten

    Na mnie film wywarł wielkie wrażenie. Na początku byłam trochę zdziwiona, mnogością biustów, chociaż czytałam wcześniej synopsis. W miarę upływu czasu akcja wciągała mnie coraz bardziej. I faktycznie, nie była to akcja w jej dosłownym znaczeniu. Film był szybko-wolny. Z jednej strony szał i feeria kolorów, imprezowa muzyka, z drugiej powolne, acz nieuniknione przechodzenie od zabawy do zbrodni. Korine pokazuje jak cienka jest linia pomiędzy tymi rzeczami, zwłaszcza jeśli przestajemy się kontrolować. Zgadzam się, że postaci są lekko przerysowane, ale chyba tylko po to by położyć mocniejszy akcent na to co się dzieje. Zresztą postać Seleny nie jest w żadnym stopniu przerysowana. Ona wie, kiedy należy się wycofać. Pozostałe dziewczyny nie. Zatem jest dość mocny kontrast pomiędzy delikatnością wychowanej w wierze Faith, a resztą „gangu”. Nawet jej imię ma tutaj znaczenie. Poza tym są elementy bardziej techniczne, jak montaż, oświetlenie, mieszanie klatek okraszone doskonałą muzyką. To tworzy całość, która zapada w pamięć. A tak przecież dzieje się z dobrymi produkcjami.

  • MojeNajlepszeFilmy

    „na początku są pokazane jako znudzone wykładem studentki”

    Gdyby Korine był prawdziwie wizjonerskim rewolucjonistą to pokazałby studentki, które nie nudzą się wykładem! Ha!

  • q

    calkiem mila i sentymentalna ta poezja… nic a tak wiele






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pojedynek na szosie

Następny tekst

Dopóki piłka w grze



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE