nowości kinowe

Spring Breakers

Źle napisana, schematyczna i głupia historia o głupich ludziach. Ale za to jak prowokacyjna, wyreżyserowana i sfotografowana.

Autor: Jerzy Babarowski
opublikowano

Ku chwale hedonizmu

Parę dni temu zmarł Roger Ebert więc pozwólcie, że zacznę tę recenzję w podobny sposób, w jaki on zaczynał wiele swoich: „Spring Breakers” to film o czterech idiotkach, które myślą, że wiedzą wszystko, a nie wiedzą nic. Noszą kolorowe staniki, ale wcale nie oddzielają się nimi od tła bo tłem są podobni idioci, którzy nic nie wiedzą, myśląc, że wiedzą wszystko. Cała Floryda tańczy w rytm eklektycznej mieszanki zapomnianych pop-szlagierów i techno, bzzt bzzt cycki dupy piwo seks cycki dupy piwo seks, a gdzieś spomiędzy kadrów wypełnionych rozedrganą feerią soczystych barw, znikającym za horyzontem złocistym słońcem oraz jaskrawymi światłami przydrożnych melin wypływa jeden przekaz – przyjemność jest najważniejsza.

Chodźcie na plażę, nieważne co wczoraj i jutro. Pijcie i tańczcie, udawajcie, że jesteście jak Britney Spears i Tony Montana. Macie pięć zmysłów i nie ważcie się poza nie wyjść. Bądźcie panami i władcami, żyjcie pełnią życia.

Harmony Korine pokazuje ludzi młodych i pięknych, oszalałych z przyjemności, pogrążonych w rozkoszy lenistwa i pieniędzy, skaczących, tańczących, ruchających się – a także nierobów, chamów i prymitywów, pustych niewykształconych idiotów. To główny powód, dla którego jego metafora społeczeństwa okazuje się być tendencyjna, głupia, przewidywalna, a co najgorsze – nudna. Ale jak pięknie sfotografowana.

 

Selena Gomez chodzi na kółko różańcowe i nazywa się Faith. I shit you not. Chwałę Jezusa pokazuje im gość krzyczący: „Jesteście rąbnięci na punkcie Jezusa? Bo ja tak!„, który mógłby być kuzynem Sylvestra Stallone. Faith jest grzeczna i pobożna. Na studiach uczy się o ruchach praw człowieka, a Justinowi Bieberowi powiedziała, że seks dopiero po ślubie. Ma trzy koleżanki: Brit (Ashley Benson), Cotty (Rachel Korine) i oczywiście Candy. Ta ostatnia jest niemal równie ważna jak Faith, gra ją bowiem Vanessa Hudgens, która postanowiła zrobić sobie przerwę od High School Musicali i zasmakować czegoś ostrzejszego i, hm, twardszego. A to dlatego, że znajome Faith nie są tak pobożne jak ich koleżanka; oj nie. Piją, palą, wciągają koks, a dnie spędzają na marzeniach najczęściej obracających się wokół różnorakich przeżyć seksualnych. Cała czwórka stanowi paczkę nieodłącznych przyjaciółeczek, które są z siebie dumne, gdy świeci słońce i wierne, gdy pada deszcz. Zawsze się przytulą i pocieszą. O ich rodzicach i dzieciństwie nic nie wiemy.

Nadchodzi przerwa wiosenna (tzw. „spring break”) i wszyscy wyjeżdżają na ferie. Nasze pannice też by chciały. Nudzi im się w akademiku; mają poczucie, że życie przepływa im przez palce. Marzy im się Floryda, ale nie mają kasy. Brit, Cotty i Candy postanawiają więc obrabować pobliski sklep. Nie wyglądają jakby miały przed tym jakieś opory. „Potraktujcie to jak grę komputerową” – mówi jedna z nich. „Ech, super” – pomyślałem. – „I znowu gry są winne.” Napad się udaje, a Faith – mimo początkowego dziewiczego przerażenia postępkiem koleżanek – razem z nimi wylatuje do słonecznej Florydy. Ma nadzieję, że tam w końcu posmakuje życia i „odnajdzie siebie”.

Tak właśnie. „Spring Breakers” to jeden z tych filmów, po których trailerze każdy wie o czym będą i czego się po nich spodziewać. Nie oczekujemy, że nasze bohaterki spędzą wakacje czytając Tołstoja i pijąc dietetyczną colę. Fabuła pokazująca nastolatków – którzy, w celu beztroskiej zabawy wyjeżdżają gdzieś daleko, po czym niespodzianie wpadają w sidła bezlitosnego przestępczego świata  – stała się dla nas chlebem tak powszednim, że traktujemy ją jak coś oczywistego i naturalnego. Takie też jest „Spring Breakers” – Harmony Korine serwuje nam to samo, ale ubrane w inny kostium i w bardzo specyficznym stylu, rodzaj „Gomorry” w pop-trashowej formie z nastoletnimi laskami w bikini i raperami zamiast włoskich gangsterów.

Problem w tym, że jego film nie ma fabuły do opowiedzenia. Cała historia w „Spring Breakers” to wytarta, wymęczona kliszami, pełna źle napisanych postaci i obficie brakująca w większe emocje błaha opowiastka, która w żadnym stopniu nie jest tak nowatorska i oryginalna jak jej twórca myśli, że jest. Dowodem na to jest zakończenie – w zamierzeniu nietypowe i ironiczne, a w praktyce nielogiczne, wykonane mizernie i po prostu idiotyczne.

Zresztą nie tylko przewidywalny jest Korine, również mglisty i niewyraźny jest jego przekaz. Źle napisany scenariusz i nierównomiernie dobrane elementy sprawiają, że właściwie ciężko się zorientować o co Amerykaninowi chodzi – „Spring Breakers” nie jest dramatem psychologicznym, bo twórca patrzy na swoje postacie wyłącznie behawiorycznie, poprzez zachowanie (nie wiemy dlaczego są jakie są, co je spotkało, jaka jest ich przeszłość i wyłączając parę urywek z rozmów telefonicznych, nie wiemy też jakie jest ich życie rodzinne). Nie interesuje go dlaczego jego bohaterowie są jacy są –  interesuje go co z tym robią. Nie przedstawia również żadnego wyraźnego tła społecznego, nie jest to więc dramat społeczny. Ani też czystej wody kryminał, bo wątki kryminalne pojawiają się dopiero w drugiej połowie i właściwie służą tylko za motor, a nie temat, wydarzeń. Nie jest to ani obyczajówka ani komedia, ani też pastisz.

I jeśli miałbym jakoś nazwać zupę, w której film Korine’a pływa, to chyba najbliżej mu do pewnego rodzaju satyry – tyle że nieudolnej i źle napisanej. Jeśli Korine chce coś powiedzieć, to pragnie wyśmiać bezrefleksyjny i oparty na popkulturowej papce styl życia nastolatków, takich jak tytułowa czwóreczka bździuń. Sam jednak robi to płasko i po linii najmniejszego oporu – wszystkie dziewczyny w tym filmie to kretynki słuchające Britney Spears, a wszyscy faceci to samce alfa wannabes, którzy za swój wzór postawili sobie Tony’ego Montanę. Jedyne, o czym marzą bohaterowie Korine’a, to picie rozmaitych trunków, plażowe techno, ruchanie po kątach i pieniądze – ich idiotyczne dążenie do przeżywania przyjemności jest tak silne, że to, co robią na ekranie, staje się aż niezamierzenie (a może zamierzenie?) komiczne. Tak jak na przykład w – najlepszej lub najgłupszej – scenie z Jamesem Franco i lufą w ustach.

Objawia się tutaj osobiście mnie najbardziej bodzący i zmarnowany element filmu. Harmony Korine pokazuje ludzi, którzy są absolutnymi hedonistami – jednak pokazywanie gangsterów, którzy w swoich basenach i jakuzzi uprawiają grzeszny seks z paroma kobietami naraz, to chyba najbardziej przeżarta i przepluta przez kino klisza tego filmu. Uprawianie hedonizmu od zawsze było przez kino postrzegane jak jakiegoś rodzaju grzech, nieprawość, zło, występek lub zbrodnia, która domaga się kary. Było tak, bo przecież łatwiej nam zestawić coś tak pierwotnego, szalonego i zwierzęcego (ale jednocześnie tak ludzkiego) ze złem i występkiem niż z dobrocią, skromnością, prawością i uczciwością. Ale to przecież nie są wartości wzajemnie się wykluczające; trzeba po prostu odpowiednio głęboko poszukać. Korine – mimo, że swoim filmem chce prowokować i ustawiać widza w niekomfortowej pozycji – również się niestety na tę pułapkę łapie. Ale to bardziej osobiste spostrzeżenie niż obiektywna wada jego filmu.

Bo co by o nim nie mówić prowokacyjny to on jest – w dodatku w ostry, wysmakowany sposób i tego Amerykaninowi nie mam zamiaru odmawiać. Najsilniej objawia się to już w castingu – obsadzenie w roli tytułowych kretynek dwóch gwiazd kojarzonych dotychczas ze światem niewinnego, cukierkowego popu dla młodszych nastolatków to mała perełka decyzyjna. Tym bardziej, że cała czwórka zagrała naprawdę nieźle. Jednak obsadowym strzałem w dziesiątkę okazuje się James Franco, grający rapera i gangstera Aliena. Jego postać to pogrążona w narkotykowej demencji parodia twardziela, która na przestrzeni fabuły przechodzi ciekawą wizerunkową przemianę. Na początku wydaje nam się, że jest diabłem kuszącym nasze bohaterki ku grzechowi (metafora tym odpowiedniejsza, gdy przypomnimy sobie początkowe sceny filmu), a pod koniec widzimy w nim już tylko szalonego, wyniszczonego przez narkotyki i własne ego desperata, który okazuje się wiedzieć tak samo mało jak wszyscy inni dookoła.

Ale jeśli jest coś co wznosi „Spring Breakers” ponad poziom przeciętniactwa to jest to reżyseria. Harmony Korine to urodzony wizualista – po prostu tym razem napisał beznadziejny scenariusz. Ale jego sposób zbudowania i ustrukturalizowania całej opowieści jest co najmniej intrygujący – Amerykanin notorycznie łamie zasadę trzech jedności przedstawiając fabułę nieliniowo, niemal jak teledysk; opiera ją na repetycjach poszczególnych scen, dialogów i ujęć; jego dobór kadrów częstokroć nie znajduje się w centrum akcji tylko gdzieś z boku, a całość wzbogaca egzystującymi gdzieś na marginesie naszej świadomości efektami dźwiękowymi (takimi jak powtarzający się przez cały film odgłos przeładowywanej strzelby). Oczywiście to wszystko nie miałoby sensu, gdyby to była tylko czysta stylistyczna zabawa, Korine jednak nie popełnia tego jakże częstego błędu, a jego formalne zabiegi istnieją w harmonii z fabułą i jedynie wzbogacają film potęgując wrażenie przebywania w środku narkotyczno-wakacyjnego snu. Całości dopełnia frenetyczny montaż, przepiękne pastelowe zdjęcia i oczywiście wirtuozersko dobrany soundtrack. To muzyka klasy B wzniesiona do klasy A – trashowe techno i cukierkowy pop mieszają się z fontannami krwi, wybuchami przemocy i przecudnie skomponowanymi krajobrazami z gracją świadczącą o wrodzonym reżyserskim talencie. Ze świecą szukać w kinie drugiego tak oryginalnego i efektywnego użycia piosenki Britney Spears jak w sekwencji z Alienem przy pianinie.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=rVvn9T6bqls

Takie zresztą jest też całe „Spring Breakers” – to próba pokazania niesmacznej i idiotycznej historii o ludziach, którzy inteligencją nie grzeszą w smakowity, inteligentny i nowatorski sposób. Próba zakończona – w mojej opinii – porażką, ale pozostawiam cesarzowi co cesarskie. „Spring Breakers” prowokuje i robi to dobrze, a w reżyserii Korine’a tkwi jednak jakiś stopień empatii i ciepła dla jego bohaterów, który nie pozwala postawić krzyżyka na jego scenariuszu z całkowicie czystym sumieniem. Jeden z zagranicznych recenzentów napisał, że „Spring Breakers” stanie się w przyszłości filmem kultowym na nocnych seansach – dodałbym do tego jeszcze wszelkiego rodzaju domówki, imprezy i letnie biby. W końcu ostatnie co się da zrobić przy tak wyrazistej i dającej po oczach stronie wizualnej to spać.

Ostatnio dodane