nowości kinowe

SPOTLIGHT. Ostatni egzorcyzm

Spotlight to kino stylowe, antynaturalistyczne (tu o traumach, samobójstwach i zboczeniach seksualnych się mówi), opierające się na mięsistych dialogach, nie obrazach.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem recenzji jest Marcin Czarnik (e-mail).

Gdzieś pomiędzy drugim śniadaniem a felietonem na temat korupcji w bostońskim budownictwie dziennikarzom śledczym trafia się temat, dla którego gotowi są nadstawić karku.

Spotlight ma coś z filmów o superbohaterach. Na wstępie śledztwo przypomina walkę z wiatrakami. Prokuratura udaje, że nie wie, o co chodzi. Policja siedzi cicho. Jednakże protagoniści muszą odnieść sukces, bo bronią słabszych od siebie, to znaczy tych, którzy nie mają siły przebicia, nie są przez społeczeństwo traktowani poważnie albo są przez nie uciszani (Internet dopiero raczkuje). Dobrze, że takie kino powstaje, bo dorośli potrzebują herosa; potrzebują Clarka Kenta. Może nie takiego, który odwiąże krawat, zrzuci koszulę i zawróci ziemię. Ale takiego, który napisze felieton i zwróci uwagę opinii publicznej na problem. Z tego powodu filmy na modłę Wszystkich ludzi prezydenta, takie jak Zodiak, Informator, Stan gry, Spotlight, cieszą się dużą popularnością, mimo że David Fincher w Zaginionej dziewczynie i Dan Gilroy w Wolnym strzelcu zabrali się do rozliczania mediów.

spotlight

Rok 2001. Marty Baron (Liev Schreiber) zleca zespołowi z działu miejskiego zbadanie sprawy seksualnego wykorzystywania dzieci przez niektórych bostońskich księży. Atmosfera jest gęsta. Gdzieś w tle porwane przez terrorystów samoloty rozbijają się o wieże World Trade Center. Dziennikarze muszą na chwilę porzucić śledztwo i zająć się bieżącymi sprawami. Czas ucieka, a konkurencja może podchwycić temat.

McCarthy od czasu do czasu komentuje rzeczywistość, rzecz jasna, unikając komunałów i zbędnego wartościowania.

Gdy Mike Rezendes (Mark Ruffalo) wścieka się na kolegów za to, że zwlekają z publikacją tekstu, nie wiadomo, czy chodzi mu o dobro ofiar, czy o to, że inna gazeta może ich ubiec. Albo gdy Sacha Pfeiffer (Rachel McAdams) wspólnie z babcią bierze udział w mszach – choć nie jest katoliczką – i przed, i po dotarciu przez dziennikarzy „Boston Globe” do materiałów kompromitujących kościół, trudno stwierdzić, czy religia jest tu zaledwie reliktem przeszłości tak samo jak we Wschodzie Andrzeja Stasiuka, gdzie autor wspomina dzieciństwo, słuchając godzinek, czy czymś więcej.

Spotlight to kino stylowe, antynaturalistyczne (tu o traumach, samobójstwach i zboczeniach seksualnych się mówi), opierające się na mięsistych dialogach, nie obrazach. McCarthy’ego interesuje prowadzenie śledztwa – przeglądanie archiwów, chodzenie od drzwi do drzwi, szukanie informatorów. Ofiary pedofilów są tu bez mała liczbami, słupkami w statystykach.  Główni bohaterowie różnią się od siebie tylko cechami charakteru, żaden z nich nie jest małą historią. Jednakże zdają się być osaczeni. Bo giną akta. Bo archiwum zostaje zamknięte przed czasem. Bo kserokopiarka nie działa. Jak u Kafki. Do samego końca nie wiadomo, czy uda im się ujawnić aferę. I to wystarczy.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane