nowości kinowe

ŚMIERĆ NADEJDZIE DZIŚ. Slasherowy dzień świstaka

„Dzień świstaka” w slasherowej konwencji – ani specjalnie brutalny, ani w żaden sposób odkrywczy, jak oryginał. Ale można zobaczyć, zwłaszcza dla uwięzionej w pętli czasowej głównej bohaterki.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Dzień jak co dzień

Zanim Tree zginie po raz pierwszy, zdąży obrazić i nadepnąć na odcisk tylu osobom, że znalezienie zamaskowanego mordercy okaże się prawie niemożliwe. Dziewczyna lubi się bawić, zwłaszcza gdy w grę wchodzi alkohol, romansuje ze swoim wykładowcą (oraz z praktycznie każdym napotkanym chłopakiem), traktuje ludzi jak śmieci, a w swoje urodziny ostatnie, na co ma ochotę, to wysłuchać życzeń od swojego ojca. Śmierć nie powinna być dla niej niespodzianką, gdyż musiał się w końcu znaleźć ktoś mający już serdecznie dość jej osoby. Może to i przesada, ale naprawdę trudno lubić Tree na początku filmu. Gdy zatem ginie, zabita przez mordercę w masce bobasa, a następnie budzi się tego samego dnia, doświadczając identycznych sytuacji, czerpiemy satysfakcję z takiego obrotu spraw. Każdy, kto widział Dzień świstaka, wie, w którą stronę zmierza fabuła.

Twórcy Śmierć nadejdzie dziś starają się wykorzystać znajomy i nośny schemat, by opowiedzieć z gruntu tę samą historię – cyniczna i zepsuta osoba zostaje ukarana ciągłym powtarzaniem jednego dnia, dopóki nie odkryje, na czym naprawdę polega życie. W przeciwieństwie do tamtego filmu tutaj znajdzie się miejsce na mały slasherowy twist pod postacią szaleńca, który – bez względu na to, co Tree zrobi – zabija dziewczynę dzień w dzień. Billowi Murrayowi nie był do szczęścia potrzebny morderca, ale najwyraźniej świat poszedł do przodu i należy uatrakcyjnić nawet tak znakomity motyw, jak pętla czasowa, sensacyjną, by nie powiedzieć horrorową, kliszą.

Reżyser Christopher Landon (znany głównie ze scenariuszy do sequelów Paranormal Activity) jest bardziej zainteresowany stylistycznym ćwiczeniem na styku gatunków, gdzie thriller i fantastyka idą w parze z komedią, niż próbą uczynienia ze swojego filmu czegoś na kształt rozrywkowego moralitetu. Odniesienia do innych filmów, klasyków kina lat osiemdziesiątych, w formie plakatów zawieszonych na ścianie w pokoju jednego z bohaterów, każą nam dostrzec, skąd przyszła inspiracja, bądź jak wysoko mierzy twórca, ale Landonowi brakuje przenikliwości Johna Carpentera, dezynwoltury Alexa Coxa oraz przebojowości Roberta Zemeckisa. W Śmierć nadejdzie dziś zaskakująco mało napięcia i krwi, aby film mógł zrobić wrażenie na fanach horroru, za mało również oryginalności i szaleństwa, koniecznych do zapisania się w historii kina jako kultowe dzieło.

Seans mija bezboleśnie, nawet udanie, póki dzień głównej bohaterki trwa i trwa, zaś ona sama nie potrafi pojąć jak, kto i dlaczego.

Całość ogląda się jednak zaskakująco dobrze, co poniekąd wynika z siły schematu osoby uwięzionej w jednym dniu – zwyczajnie lubimy oglądać różne wariacje tych samych sytuacji oraz zmiany, jakie zachodzą w bohaterze i otaczającej go rzeczywistości. Tutaj naszym przewodnikiem jest Tree, w którą wciela się Jessica Rothe, i jest to rola dająca wystarczająco dużo świeżości i energii, aby chcieć obejrzeć film do końca. Jej przemiana jest przewidywalna, i nawet jeśli nie zawsze przekonująca (czego wina leży głównie w tekście), potrafimy uwierzyć w tę postać, jej początkową arogancję oraz późniejsze oznaki świadczące o zmianie charakteru. Twórcy za bardzo starają się usprawiedliwić swoją bohaterkę, szukając powodów jej męczącej postawy, tak jakby jej walka z psychopatą nie była wystarczającym impulsem do koniecznej przemiany. Na szczęście Rothe udaje się kupić przychylność widza na długo, nim melodramatyczne wspomnienie matki zagłuszy morderczą zabawę w kotka i myszkę z zamaskowanym szaleńcem.

I wydawać by się mogło, że tajemnica kryjącej się za maską postaci będzie bardziej znacząca. Nic z tego. Zarówno jego tożsamość, jak i motywy nim kierujące nie należą do najbardziej udanych elementów filmu, unikającego jak ognia dosadności, skrajności oraz pomysłowości. W żadnym wypadku nie jest to złe kino, ale bardzo się stara, aby zapomnieć o sobie zaraz po wyjściu z seansu. Ten mija bezboleśnie, nawet udanie, póki dzień Tree trwa i trwa, zaś ona sama nie potrafi pojąć jak, kto i dlaczego. Na najważniejsze pytanie nie poznamy odpowiedzi, te pomniejsze raczej nas rozczarują, a sam film zakończy się niejako inną pętlą, gdy w końcu padnie pytanie o Dzień świstaka. Podejrzewam, że większość widzów pomyśli o tym tytule, zanim główna bohaterka sama zrozumie, że przed nią szykuje się bardzo długi dzień.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane