nowości kinowe

SŁUŻBY SPECJALNE

Nie wierzcie sloganom reklamowym, to nie jest film mocniejszy od Pitbulla. Zdaje się, że Patryk Vega już nigdy nie popełni czegoś tak dobrego, ale w tym przypadku chociaż próbuje.

Autor: Krzysztof Połaski
opublikowano

plakat_mPatryk Vega w rozmowie z Marcinem Kąckim dla Dużego Formatu przyznał, że od czasów genialnego Pitbulla za wszelką cenę chciał odnieść sukces oraz zrobić film trafiający w gust masowej publiczności. Kiedy okazało się, że Polacy nie są zainteresowani kolejnymi pseudośmiesznymi komedyjkami, reżyser zmienił taktykę i wiele wskazuje na to, że w końcu mu się udało.

Służbami specjalnymi trafił w dziesiątkę i zrobił typową produkcję pod widzów; nie dość, że odwołał się do swojego największego filmowego (i telewizyjnego) osiągnięcia – czym już na starcie zyskał zainteresowanie ze strony wiernych fanów przygód Gebelsa, Nielata i spółki – to jeszcze sportretował Polskę jako państwo, gdzie wszystkim sterują i za wszystko są odpowiedzialne tytułowe służby. Modna spiskowa teoria dziejów się sprzedaje, o czym w ubiegłym roku przekonali się Wojciech Smarzowski oraz Ryszard Bugajski.

Przy okazji warszawski twórca wywołał wśród dziennikarzy polityczną burzę. Żurnaliści zrzeszeni zarówno po lewej, jak i po prawej stronie politycznej, przekrzykują się, na czyje zlecenie Vega zrealizował film, czy jest szczery, czy ekranowe wydarzenia naprawdę miały miejsce i kto faktycznie rządzi krajem. Nietrudno zgodzić się z Vincentem V. Severskim; sam Vega zapewne ma z całej sytuacji ogromny ubaw, frajdę i z nieukrywaną satysfakcją przygląda się zamieszaniu, które wywołał. W wywiadach, do znudzenia, wygłasza wyuczoną na pamięć formułkę, że wszystkie przedstawione na ekranie wydarzenia są fikcyjne, a ewentualne podobieństwo do prawdziwych sytuacji i postaci jest zupełnie przypadkowe. Bawi się dziennikarzami oraz – wzorem swoich filmowych bohaterów – manipuluje nimi.

1

Służby specjalne ukazują Polskę po rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych. Proces ten odbył się w dyletancki sposób; pozbyto się wyszkolonych w Moskwie przez GRU fachowców, zastępując ich ciut mniej obeznanymi w temacie strażnikami miejskimi oraz harcerzami po siedemnastodniowym, nudnym szkoleniu kontrwywiadowczym w Kielcach. Tyle, że samo rozwiązanie WSI sprawy nie załatwiło, gdyż byli oficerowie przecież nie rozpłynęli się w powietrzu i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Na miejsce dawnych służb powołano nowe, którymi dowodził generał Romuald Światło (Wojciech Machnicki). Do swojej, zastanawiająco skromnej, jednostki zrekrutował trójkę agentów: odczuwającą wstręt do mężczyzn oraz szprycującą się adrenaliną podporucznik Aleksandrę Lach aka „Białko” (Olga Bołądź); działającego wcześniej w m.in. Iraku, Afganistanie oraz na Wzgórzach Golan, kapitana Janusza Cerata (Wojciech Zieliński); oraz mającego esbecką przeszłość, wcześniej zajmującego się szkalowaniem Kościoła katolickiego, pułkownika Mariana Bońkę (Janusz Chabior). Do ich zadań należało eliminowanie jednostek teoretycznie niewygodnych oraz stanowiących zagrożenie. W tym celu mogli posunąć się do każdego działania, ograniczonego jedynie przez ich fantazję, więc pan o dziwnie znajomej twarzy i gustownym biało-czerwonym krawacie jest wieszany, natomiast inny jegomość z postawnego mężczyzny zamienia się w – uprzednio poszatkowaną za pomocą piły – zawartość plastikowej beczki. Jak przystało na żołnierzy, oficerowie nie zadawali zbędnych pytań, tylko posłusznie wykonywali rozkazy.

Jedną z zalet tego obrazu jest demitologizacja postaci agenta specjalnego. Przez lata pielęgnowany przez kolejne części przygód agenta 007 wizerunek zimnego twardziela i zarazem eleganckiego dżentelmena został obalony. Patryk Vega pokazuje oficerów służb specjalnych jako normalnych ludzi, z których każdy zmaga się nie tylko z wyrzutami sumienia, ale i z życiowymi problemami. Białko szuka zemsty na ojcu; Cerat nie może mieć dzieci, więc postanawia jedno adoptować; natomiast Bońka cierpi na raka trzustki. Patrząc na mieszkanie tego ostatniego, widzimy także, że nie mamy do czynienia z ludźmi majętnymi – skromne mieszkanie, wyposażone w obowiązkowe meblościanki pamiętające jeszcze najlepsze lata Bońki w SB, w bloku na Mokotowie jest tym, czego pułkownik dorobił się po ponad trzydziestu latach służby.

2

Patryk Vega mówi jak jest? Ameryki nie odkrywa. Tak naprawdę pokazuje to, czego o służbach specjalnych mogły dowiedzieć się osoby, które chociaż w stopniu minimalnym liznęły temat. Żadną niespodzianką nie jest fakt, iż różne formacje chcą mieć bądź mogą lub mają wpływ na sferę polityki, biznesu czy mediów. W podobny sposób to funkcjonuje na całym świecie. Twórca ma tego świadomość, ale jednocześnie wykorzystuje tę wiedzę w najprostszy sposób, sugerując, że za wszelkimi aferami z ostatnich lat stoją właśnie tytułowe służby. Informacje i ciekawostki, jakie uzyskał od swoich niejawnych źródeł, wzbogacił o wytwory własnej wyobraźni oraz najrozmaitsze spekulacje, a wykorzystując tak wyraźne aluzje do prawdziwych postaci z życia publicznego, popada – w zapewne niezamierzoną, śmieszność.

Mimo wszystko, Służby specjalne to dość trafny obraz współczesnej Polski. Z jednej strony brudna polityczna gra, w której żadne reguły nie obowiązują, a z drugiej przyziemne problemy rodaków, z ogromną kolejką do lekarza specjalisty na czele. Autor najbardziej krytyczny jest wobec mediów i ich odbiorców; ustami jednego z bohaterów wprost mówi, że ponad połowę społeczeństwa stanowią idioci, którzy uwierzą we wszystko, co zobaczą w Wiadomościach, a programy publicystyczne są tworzone według zasady: zapraszamy do studia dwóch oszołomów i napuszczamy ich na siebie. Do tego, gdy jest taka potrzeba, posiadający niejasną przeszłość właściciel prywatnej stacji telewizyjnej, na „prośbę” agentury, ustawia do pionu swoich dziennikarzy, zabraniając im emisji kontrowersyjnego materiału.

3

Reżyser wszem i wobec chwali się zbieraną przez ponad dwa lata dokumentacją. Szczyci się z iloma agentami rozmawiał i jak ogromną wiedzę zdołał posiąść. Jego oczkiem w głowie jest slang, jakim posługują się byli oficerowie WSI, lecz jest on na tyle niezrozumiały dla przeciętnego widza, że musi być tłumaczony za pomocą obecnych na ekranie didaskaliów. Jest to dość ciekawe rozwiązanie, ale w pewnym momencie następuje przesyt. Jest tego zwyczajnie za dużo. Wręcz można odnieść wrażenie, że dla Vegi fabuła schodzi na dalszy plan, a ważniejsze jest popisywanie się swoją unikalną wiedzą.

Idąc drogą Pitbulla i tym razem autor postanowił skorzystać z usług naturszczyków. W przypadku pierwszego filmu Vegi to miało jeszcze swoje uzasadnienie, jednak w tej produkcji kompletnie mija się z celem i psuje odbiór całości. Na szczęście amatorzy pozostają na drugim oraz trzecim planie – bo o ile Maciek, strażnik miejski ze Śródmieścia, powoduje uśmiech na twarzy widza i świetnie oddaje chaos w polskich specsłużbach – to na dłuższą metę nie dałoby się ich oglądać. Zła dykcja oraz dukane kwestie rażą ogromnie.

4

Jeżeli miałbym wskazać jeden powód, dla którego warto obejrzeć ten tytuł, to bez wątpienia byłby nim Janusz Chabior. To niekwestionowany król tego filmu, zawłaszcza dla siebie każdą scenę, w której się pojawia. W końcu doczekał się kinowej roli na miarę swojego talentu. Życiową kreację stworzyła również Olga Bołądź, co dla niektórych może być sporym zaskoczeniem. Aktorka nie tylko fizycznie przygotowała się do roli, ale też potrafiła odnaleźć się w grubej skórze zakompleksionej pani podporucznik. Co najważniejsze, wbrew obawom, nie jest to kopia postaci Sławka Desperskiego z Pitbulla. Na tle tej dwójki najsłabiej wypada najnormalniejszy z trójki agentów, czyli postać wykreowana przez Wojciecha Zielińskiego. Więcej w tym winy scenarzysty i reżysera w jednej osobie, niż aktora, gdyż ten bohater został w najmniej ciekawy sposób nakreślony. Aktorskich perełek można doszukać się też na drugim planie. Agata Kulesza oraz Andrzej Grabowski potwierdzili, że na swoim fachu znają się doskonale i są obecnie jednymi z najlepszych w tym zawodzie.

Trzeba oddać Vedze, że ma rękę do pisania mocnych, celnych i kąśliwych dialogów. Widać, że w tym klimacie czuje się jak ryba w wodzie i odnajduje bez żadnego problemu. Słuchając jego bohaterów, czujemy, że słyszymy specjalistów w swojej dziedzinie, a nie kukły wyłącznie próbujące naśladować agentów. Także dobrze prezentują się zdjęcia, za które odpowiedzialny jest stały współpracownik reżysera, Mirosław Brożek. Warszawa jest na swój sposób mroczna, ale jednocześnie fascynująca, natomiast plenery zagraniczne wyglądają tak, jak wyglądać powinny. Nie ma miejsca na ściemę.

5

Dla części widzów wadą może być podłoże ideologiczne obrazu. Reżyser w wywiadach podkreśla, że powrócił do Kościoła katolickiego i dobitnie daje temu znać w swoim dziele, dlatego były esbek i szantażowany przez niego zakonnik prowadzą dysputy na temat istnienia Boga, a nadzieję na odpuszczenie win oraz poznanie swojego prawdziwego ja, na kilka chwil przed śmiercią, symbolizuje różaniec.

Służby specjalne to szalenie nierówny film. Sceny genialne – jak strażnik miejski robiący fotki komórką podczas lotu i wymowne spojrzenia amerykańskich żołnierzy – mieszają się z tymi, które śmiało można nazwać żenującymi, jak chociażby śmierć posłanki zamieszanej w aferę węglową. Ta sekwencja wygląda nie tylko amatorsko, ale wręcz jakby została żywcem zapożyczona z rekonstrukcji zdarzeń z programu Michała Fajbusiewicza. Uratował ją jedynie udział świętej pamięci Sławomira Opali.

Nie wierzcie sloganom reklamowym, to nie jest film mocniejszy od Pitbulla. Zdaje się, że Patryk Vega już nigdy nie popełni czegoś tak dobrego, ale w tym przypadku chociaż próbuje. Mimo dość naiwnej fabuły oraz karykaturalnych kopii znanych polityków, akcja trzyma w napięciu, a całość jest bardzo dynamiczna i po prostu dobrze się ogląda. Do tego mocne dialogi, fenomenalny Janusz Chabior oraz zaskakująca dobra Olga Bołądź, co w efekcie daje przyzwoity film, który – przynajmniej w moim odczuciu – chce się obejrzeć więcej niż jeden raz. Jest pan na dobrej drodze, panie Vega.

Ostatnio dodane