SLOW WEST. Psychodeliczny Dziki Zachód? | FILM.ORG.PL

SLOW WEST. Psychodeliczny Dziki Zachód?

Slow West jest jedynie dziecinną zabawą, polegającą na bezrefleksyjnym tworzeniu odrealnionego klimatu, który może zadziwić mniej wprawionych widzów amerykańskiego kina indie.




Na pół gwizdka




Filip Jalowski
22.11.2015


26 maja 1995 roku na festiwalu w Cannes po raz pierwszy wyświetlono Truposza Jima Jarmuscha. Film przegrał wyścig o Palmę z genialnym Undergroundem Kusturicy, co nie przeszkodziło mu jednak w tym, aby dość szybko przekonać do siebie spore rzesze wielbicieli kina niezależnego. Po obejrzeniu filmu Jonathan Rosenbaum, krytyk szanowanego w środowisku ludzi sztuki Chicago Reader, określił obraz mianem „acid westernu”, stawiając go tym samym w jednej linii z takimi tytułami jak Kret Alejandro Jodorowskiego czy W poszukiwaniu zemsty Montego Hellmana. Truposz miał zatem reanimować pewien dziwny i tajemniczy gatunek westernu, powstały na uboczu amerykańskich snów o rewolwerowcach oraz koniokradach. Slow West Johna Macleana momentami aż nazbyt wyraźnie nawiązuje do kultowego już filmu Jarmuscha, usiłując ożywić koncept komediowymi zagraniami przypominającymi niewinne zabawy Wesa Andersona. Rezultat jest niestety nieco infantylny.

slow-west3

Wszyscy wielbiciele napadów na pociągi oraz pościgów za dzikimi plemionami tubylców powinni zaufać tytułowi filmu Macleana. Slow West istotnie ciągnie się zdecydowanie bardziej niż nawet najmocniej splątane nitki spaghetti westernów. Podobnie jak we wspominanym Truposzu, tak i tu mamy okryty sporą dawką niedopowiedzenia punkt, do którego zmierza główny bohater, oraz tajemniczego pomocnika, wyrastającego na jego drodze niczym postać z baśni. Młodego Szkota na amerykański zachód pcha miłość do dziewczyny, która musiała uciec z Wysp po pewnym przykrym incydencie. O to, by przybysz nie stracił głowy, dba, a przynajmniej tak nam się wydaje, lokalny rzezimieszek, Silas Selleck, poznany przez Jaya w trakcie obławy na Indian. Relacja pomiędzy mężczyznami szybko staje się motorem napędowym filmu. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że w silniku złożonym przez Macleana zdecydowanie brakuje koni mechanicznych.

Slow West staje przed widzem w dość niezręcznym rozkroku. Trudno traktować je poważnie, a i do zrywania boków ze śmiechu również bardzo daleko.

Dzieje się tak głównie za sprawą scenariusza. Slow West jest w zasadzie opowieścią o niczym, która usiłuje ratować się kilkoma symbolicznymi scenami oraz cytatami mającymi naprowadzać widza na wzniosłe interpretacje. Jeśli Maclean chciał w ten sposób ponaigrywać się z Truposza czy Kreta, które również opierają się na metaforyce drogi, będącej jednocześnie trasą do przebycia na mapie, jak i podróżą w głąb własnej głowy, to zdecydowanie za mało w tym wszystkim humoru oraz dystansu. Jeśli chciał natomiast odwołać się do tej tematyki z pełną powagą, jest jeszcze gorzej, bo chyba nikt nie będzie brał na poważnie sceny, w której na środku pustyni bohater zostaje obdarowany jajkiem. Całkiem sympatyczny żarcik z wyświechtanej symboliki, ale nic więcej. W wyniku takich zagrywek Slow West staje przed widzem w dość niezręcznym rozkroku. Trudno traktować je poważnie, a i do zrywania boków ze śmiechu również bardzo daleko.

slo-west2

Momentami wydaje się, że Maclean stworzył ten scenariusz jedynie po to, aby zabawić się w kreację nieco psychodelicznej wizji Dzikiego Zachodu, ale w tym miejscu znów zwracam uwagę na słowo „nieco”. Szalone kino Jodorowskiego do dziś potrafi szokować wyrazistością swoich wizji. Jarmusch z ogromną skrupulatnością skonstruował świat, w obrębie którego poruszał się lata temu Johnny Depp. Zwrócił uwagę na wierzenia Indian, wpisał ich mitologię w kreację filmowej rzeczywistości. Przy tych wizjach Slow West jest jedynie dziecinną zabawą, polegającą na bezrefleksyjnym tworzeniu odrealnionego klimatu, który może zadziwić mniej wprawionych widzów amerykańskiego kina indie. To zdecydowanie za mało.

Jeśli miałbym wskazać jeden powód, dla którego warto poświęcić kilka chwil na obejrzenie wędrówki młodego Szkota, byłyby to zdjęcia Robbiego Ryana. Operator mający na swoim koncie takie tytuły jak Fish Tank, Wichrowe wzgórza (2011) czy Tajemnice Filomeny znów nie zawodzi. To głównie za jego sprawą Dziki Zachód z wizji Macleana kryje w sobie jakiekolwiek tajemnice. No i jest jeszcze Michael Fassbender, który intryguje, jak zawsze. O reszcie można bez żadnych wyrzutów sumienia zapomnieć.

korekta: Kornelia Farynowska







  • Nox

    Nie mogę się do końca zgodzić. Owszem, „Slow West” jest kinem mniejszego kalibru, o mniejszych ambicjach, ale nadal jest to kino bardzo dobre. Główne role są świetnie obsadzone i zagrane, zdjęcia, jak sam wspomniałeś – bardzo dobre. Atmosfera panująca w filmie jest niejednoznaczna, ale czy to rzeczywiście źle, że nie kieruje się ani ku pastiszowi, ani ku śmiertelnej powadze, a raczej plasuje gdzieś pośrodku, jako stylizowany, słodko-gorzki realizm magiczny? Według mnie, „Slow West” jest kolejnym dowodem na mały renesans gatunku.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

NAD MORZEM. Wariatka i alkoholik

Następny tekst

Filmowe gry komputerowe #2 - Trylogia Maxa Payne'a



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE