nowości kinowe

Shuffle

Nietypowa historia o tym, co w życiu najważniejsze - skromnie, bez zadęcia i oryginalnie.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Kolejny film, który związany jest z cyklem "Poza gatunkiem – Sci-Fi" w ramach festiwalu Transatlantyk w Poznaniu. 

Są filmy spektakularne, głośne, wypełnione adrenaliną, tworzone za miliony i gromadzące miliony. Są filmy mniejsze, bo mniej efektowne, za mniejszą kasę, z mniejszą liczbą wykupionych biletów. Są też filmy zupełnie małe, niszowe, których byt jest ledwo zauważalny. Są i takie filmy, zupełnie mikroskopijne,  które sukcesu prawdopodobnie nigdy nie osiągną, tkwią gdzieś na uboczu, a jednym z niewielu śladów po nich samych jest tekst, który właśnie czytacie. Takim filmem jest właśnie „Shuffle”, który nie ma szans na premierę w Polsce, bez względu na nośnik. Nie wierzę w to, nie w tym kraju, który zwykł zlewać amerykańskie (i jakiekolwiek inne) kino niezależne. Czarno-biały debiut nieznanego twórcy wyląduje pewnie w czeluściach internetów na 45 stronie spisu torrentów i u chomika gromadzącego eksperymentalne kino światowe. „Shuffle” to obraz, który zasługuje na więcej, choć na więcej ma szanse tycie.

Tym bardziej zależy mi na czytelnej deklaracji – „Shuffle” jest świetne, bo oryginalne, spójne, intrygujące i najzwyczajniej w świecie mądre w niebanalny, nienachalny sposób.

Spróbuję wprowadzić was w treść nie zdradzając twistów, których – i to istotnych dla całości – jest w „Shuffle” parę. Chodzi o kolesia, który nie przeżywa swoich dni po kolei. Za każdym razem, gdy zamknie powieki i uśnie, budzi się innego dnia swego życia. Raz jest więc 40-latkiem, innym razem 92-latkiem, po chwili 5-latkiem, 20-latkiem, 26-latkiem… Za każdym razem jest świadomy siebie samego w odpowiednim czasie i miejscu. I jednocześnie świadomy swojej przypadłości, która w równym stopniu intryguje (szczególnie widza), jak irytuje (szczególnie głównego bohatera, którego znakomicie gra przyjemnie szarżujący T.J.Thyne, znany z serialu „Bones”). W ten fantastyczny wątek reżyser wprowadza emocjonujący melodramat oraz komedię, miesza te gatunki w surrealistycznym sosie doprawiając szczyptą niedomówień, dwuznaczności i sugestii. Ten miszmasz może się wydawać na pierwszy rzut oka dość chaotyczny, lecz nic bardziej mylnego – nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale „Shuffle” jest doskonale wyreżyserowanym filmem, harmonijnie prowadzonym mimo poszatkowanej, chaotycznej struktury. Kurt Kuenne, odpowiadający za reżyserię, scenariusz, montaż i muzykę, to twórca w pełni kontrolujący i podporządkowujący swój film  konkretnej tezie / myśli / filozofii, jakkolwiek by je oceniać, zgadzać się z nimi, czuć je.

Zupełnie osobiście: ja to poczułem. W miejscu, gdzie wyobraźnia spotyka się z rzeczywistością, jest miejsce na refleksję – to ten moment, który trudno przeoczyć, a jego zignorowanie byłoby nie fair wobec twórcy. Nie chodzi mi o projekcję własnych doświadczeń, ale o spostrzeżenia, natłok przemyśleń  napływających do głowy, zagnieżdżających się głęboko i nieodpuszczających przez kilka dni. „Shuffle” stymuluje obszary odpowiedzialne za ocenę tzw. jakości życia. Najbanalniejsza z tez brzmi: warto żyć. Warto dobrze żyć, zauważać najważniejsze, nie przeoczać tego, co naprawdę  istotne. Nie zapominać, kochać, żałować. I czuć. Z podobną afirmacją życia można było spotkać się w klasyku „It’s a wonderful life”. Pogodna, uśmiechnięta, sentymentalna, szalenie motywująca historia była i jest jak siarczyste uderzenie w policzek w ramach odzyskiwania przytomności. Sama miłość w „Shuffle” jest jak wizja jej nieodwracalnej utraty w „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” – budzi żal i złość, bo prowadzi do momentu, w której już nie ma na nią miejsca.  

Zdaję sobie sprawę z cienkiej granicy między sentymentalizmem a powagą, jednak w mojej ocenie – w kontekście zbornej całości – „Shuffle” jest podobnego typu uściśnięciem dłoni z tak zwanym życiem, sposobem wartościowania, dalekim od nachalnej symboliki, wielkich słów, coelhizmów. To wielka sztuka, tym bardziej, że to dzieło debiutanckie, stworzone za grosze, estetycznie ubogie, nie krzyczące, a jednak wypełnione wartościową, niebanalną, przemyślaną treścią.

Uwielbiam takie filmy i takie emocje, które żyją, nie pozwalają o sobie zapomnieć, trzymają w garści i wymierzają skuteczne ciosy w szwankującą pamięć o sprawach najważniejszych.

Chciałbym polecić, ale jak? Mogliście zobaczyć na tegorocznym Transatlantyku. Teraz czas polowania na mniej oficjalne kopie i próbę – oby udaną – budowy statusu jako-takiej kultowości, na którą „Shuffle” zdecydowanie zasługuje. Odważnie powiem, że debiut Kurta Kuenne stoi na tej samej półce, co pierwsze dzieła Christophera Nolana (i jego „Following”) czy  Darrena Aronofskiego (i jego „Pi”). Pierwsze skojarzenia idą oczywiście w kierunku czerni i bieli. Drugie – to eksploracja paranoidalnych osobowości, wokół których toczą się rzeczy dziwne, niesamowite, zaskakujące. Trzecie – wyjątkowy, oniryczny klimat. Czwarte – spójność świata przedstawionego, koherentność obrazu i słów, fabuły i atmosfery.

Jeśli takie tytuły, jak wspomniane wcześniej „Eternal Sunshine of the Spottless Mind”, „Memento”, „Dzień świstaka” coś wam mówią, lubicie surrealizm w wykonaniu Davida Lyncha, doceniacie nietypowe filmowe konstrukcje, które budzą w was odpowiednie emocje sięgające trochę głębiej niż powierzchowny fun, „Shuffle” może się wam spodobać. Niektórym mniej, niektórym bardziej, ale z pewnością nie jest to film obojętny, do szybkiego zapomnienia, zignorowania, olania.

 

Ostatnio dodane