nowości kinowe

Sęp

Można by pewnie wrzucić „Sępa” do coraz pełniejszej ostatnimi czasy szufladki z napisem „polskie kino gatunkowe, które chce być hollywoodzkie”, gdyby nie jeden istotny fakt: ten film ma rewelacyjny scenariusz.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Porywanie psychopatów Sp. z o.o.

Druga scena „Sępa” i już mamy typowo amerykańskie wejście smoka – tytułowy bohater filmu, komisarz Aleksander „Sęp” Wolin, biega po placu budowy w ramach porannego joggingu. Wskakuje na rozbity samochód, daje susa przez płot, bije wściekle worki z cementem, tak, jak Rocky tłukł świńskie tusze w jednej z pamiętnych scen pierwszego hitu Sylvestra Stallone’a. Towarzyszy mu zwolnione tempo, efektowny montaż i ciężki rock. Jesteśmy w Warszawie, ale moglibyśmy być w Detroit. Eugeniusz Korin kręci w końcu po amerykańsku.

Wolin studiował fizykę i ma do niej wielki talent, ale postanowił zostać policjantem. Mieszka tylko z kotem, sypia wtedy, kiedy akurat ma czas, co rano ćwiczy, a pracę traktuje jak życiowe wyzwanie. Zamiast telewizora powiesił na ścianie wielką tablicę, żeby każdą zawodową zagwozdkę zapisywać w formie równania. Lubimy go, bo nie mamy wyboru. Jest w końcu asem wydziału, oddanym sprawie samotnikiem, a w wolnej chwili opiekuje się umierającym na serce dzieciakiem. Gdyby nie pogrążona w zasępieniu twarz Michała Żebrowskiego, moglibyśmy pomyśleć, że trafiliśmy na seans ekranizacji którejś z książek Johna Grishama. Ciężko byłoby bowiem przedstawić tego bohatera w sposób bardziej jankeski.

Michał Żebrowski nie wie jednak, że występuje właśnie w amerykańskim thrillerze, więc – zamiast posłusznie wczuć się w klimat – gra klasycznego Michała Żebrowskiego, czyli postać wiecznie zamyśloną, zbolałą i nienaturalną; trochę polskiego Nicolasa Cage’a, tylko że bez nagłych wybuchów wściekłości. Każdą linijkę wypowiada tak, jakby chciał, żeby usłyszeli ją widzowie w ostatnim rzędzie; można odnieść wrażenie, że w myślach ciągle jest na planie „Pana Tadeusza”. Scenarzysta mu zresztą nie pomaga, bo dialogi trzeszczą w uszach jak trapery na śniegu, a wypowiadane przez bohatera teksty – w szczególności te, w których nawiązuje do swojej wiedzy fizycznej – zasługują na nagrodę Suchara Roku.

Na drugim planie mamy sinusoidę: Anna Przybylska, obsadzona niefortunnie jako mistrzyni kickboxingu, powtarza w zasadzie swoją rolę z „Superprodukcji” (tym razem, niestety, na poważnie), Daniel Olbrychski trochę się gubi, Piotr Fronczewski zalicza najbardziej przekonującą rolę w całym filmie, a Paweł Małaszyński – wcielający się w nadpobudliwego gliniarza – nie irytuje, szczególnie wtedy, kiedy akurat nie ma go na ekranie.

I można by pewnie wrzucić „Sępa” do coraz pełniejszej ostatnimi czasy szufladki z napisem „polskie kino gatunkowe, które chce być hollywoodzkie”, gdyby nie jeden istotny fakt: ten film ma rewelacyjny scenariusz.

Owszem, dialogi to tragedia, ekspozycja śmieszy, bohaterowie powinni być subtelniej nakreśleni. Fabuła Eugeniusza Korina, cenionego reżysera teatralnego, jest jednak tak dobra, że –  po małych poprawkach i przepisaniu 95% dialogów – mogłaby posłużyć za scenariusz do następnego filmu Davida Finchera. Sytuacja wyjściowa wydaje się klasyczna: oskarżony o morderstwo bandzior zostaje porwany z sali sądu w biały dzień przez najemników przebranych za lekarzy. Do wyjaśnienia sprawy – nie pierwszej tego typu, jak się szybko okazuje – oddelegowany zostaje Wolin i starszy rangą policjant, grany przez Daniela Olbrychskiego. Jeżeli spodziewacie się jednak typowego kryminału, w którym celem będzie po prostu odnalezienie winnego, miło się rozczarujecie. „Sęp” pełen jest fałszywych tropów, nagłych zwrotów akcji i scen, na wyjaśnienie których będziemy czekać z niecierpliwością.

I nie tylko to: choć Korin-reżyser przez cały film nie potrafi znaleźć swojego charakteru pisma, to Korin-scenarzysta wie, jak trzymać widzów w – nomen omen – szponach. Kolejne wolty pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy powinny, poszczególni bohaterowie okazują się być zupełnie innymi ludźmi, niż na początku podejrzewaliśmy, a finał jest wspaniale niekonwencjonalny. „Sęp” trwa ponad dwie godziny, ale nie nudzi ani przez moment, bo narzucone przez scenarzystę tempo wydarzeń i nadchodzące w odpowiednich momentach zwroty akcji tworzą z niego widowisko wciągające i intrygujące. Nie ma w tym ani sztampy, ani wyrachowania. To po prostu przemyślana, spójna i inteligentna fabuła, w której gatunkowe wzorce ulegają twórczej przemianie.

Szkoda, że ten scenariusz nie trafił w ręce kogoś, kto potrafiłby nadać mu odpowiedni ciężar – choćby Władysława Pasikowskiego, który nakręcił przecież (w formie serialu, ale jednak) najlepszy polski thriller policyjny ostatnich lat. W warstwie realizacyjnej brakuje bowiem „Sępowi” zarówno oryginalności, jak i specyficznego kopa, który spowodowałby, że przedstawioną w nim historię oglądalibyśmy z zapartym tchem.

Ostatnio dodane