Salò, czyli 120 dni Sodomy | FILM.ORG.PL

Salò, czyli 120 dni Sodomy – przegląd kina erotycznego wg KMF

W przypadku "Salò" Pasolini-intelektualista i myśliciel dogorywa przygnieciony przez demony własnej wyobraźni.




Filozofia w buduarze




Filip Jalowski
23.02.2015


Niewiele filmów okryło się złą sławą chociażby zbliżoną do tej, jaka roztacza się wokół Salò, czyli 120 dni Sodomy. W niezliczonej liczbie rankingów zestawiających najbardziej odrażające i kontrowersyjne filmy w historii kina, luźna adaptacja opus magnum myśli de Sade’a znajduje się na pierwszych miejscach. Czy jest to pozycja zasłużona, trudno stwierdzić. W dzisiejszych czasach spazmatyczna wizja Pasoliniego nieco straciła na sile. Niewątpliwie kino pamięta filmy i okrutniejsze, i bardziej kontrowersyjne, i zdecydowanie bardziej wulgarne oraz obrzydliwe. Ba, nawet internetowe virale spod ciemnej gwiazdy potrafią wycisnąć z tematyki ekskrementów o wiele więcej, aniżeli udało się to Pasoliniemu w roku 1975 (kto słyszał o dwóch niewiastach i pewnym kubku wie, o czym mowa, nieświadomych do szukania nie zachęcam). Medialna obecność makabry nie będącej dziełem fikcji dawno przekroczyła zresztą poziom nawet najbardziej wywrotowych twórców.

salo959

Splot przeróżnych okoliczności doprowadził jednak do tego, że Salò znajduje się dziś w historii filmu w tym miejscu, w którym odnajduje je większość widzów poszukujących mocnych wrażeń. Gdzieś wśród tytułów pochodzących z moralnego indeksu zakazanego, pomiędzy serią Guinea Pig, włoskimi mondo i opowieściami o kanibalach. Kontrowersji i złej sławie pomogło z pewnością nazwisko najbardziej znanego z markizów, pomogła również tajemnicza śmierć Pasoliniego, który wedle oficjalnej wersji wydarzeń został zamordowany podczas schadzki z młodzieńcem do wynajęcia. Główną rolę w kreacji mitu odegrali jednak cenzorzy, którzy zaatakowali Salò z wściekłością byka szarżującego na czerwoną płachtę. Po dziś dzień, głównie przy okazji kolejnych reedycji filmu, roztrząsane są kwestie usuniętych scen i przeróżnych montażowych ingerencji, które miałyby znacząco stonować agresję pierwotnego materiału. O fenomenie filmu świadczy chociażby to, że w momencie wycofania ze sprzedaży jednego z wydań DVD, mającego zawierać ślady usuniętych scen (kwestie praw autorskich), na portalach aukcyjnych sprzedawano zawczasu zakupione krążki nawet po sześćset dolarów. A wszystko po to, aby zobaczyć szczury usiłujące znaleźć drogę przez ciało młodej kobiety.

salo2

Abstrahując jednak od wszelkich teorii i tropów, które stworzyły z Salò kinematograficznego Minotaura błądzącego po labiryncie domysłów, niedopowiedzeń i fantazji widzów zafascynowanych łabędzim jazgotem Pasoliniego, temu filmowi po prostu nie należy się taka atencja. Nawet gdyby ograniczyć się do samego rynku włoskiego tamtych czasów, 120 dni Sodomy nie było niczym wyjątkowym. Kontestacja, chociażby filmy Bellocchio (Pięści w kieszeni, Chiny są blisko), zdążyła uderzyć już z ogromną agresją w instytucję rodziny, religię, burżuazję i systemy polityczne. Natomiast na dwa lata przed premierą Salò Ferreri wraz ze swoim Wielkim żarciem zabrał głos w sprawie orgii, śmierci oraz fekaliów. Wariacja na temat de Sade’a nie była zatem samotną wyspą kontrowersji. Doskonale sprawdzała i sprawdza się ona jednak jako przykład kina, które grzebie swoje aspiracje filozoficzne pod grubą warstwą „seksu, gówna i krwi”, czyli tego, z czego zarówno Sade, jak i Pasolini byli szalenie zadowoleni.

Niech żyją kajdany!

Włoskiemu twórcy nie można odmówić erudycji i inteligencji. Sam pomysł na film brzmi doskonale, bo czy można zarzucić coś przewrotnemu zestawieniu faszystowskiego państwa Mussoliniego oraz mikro-państwa powołanego do życia na sto dwadzieścia dni przez de Sade’a i libertynów? I z jednej, i z drugiej strony mamy kult młodości i piękna, skrajnie odmiennie wypada jednak zderzenie faszystowskiego programu „higieny moralnej” z prawami obowiązującymi na terenie posiadłości będącej miejscem orgii. Włochy Mussoliniego zabraniały pornografii, masturbacji, prostytucji, homoseksualizmu oraz większości metod antykoncepcji. U libertynów z filmu Pasoliniego mamy do czynienia z faszyzmem postawionym na głowie. Wciąż możemy zaśpiewać Giovinezza, bo młodość jest jak najbardziej w cenie, ale prawo moralne ulega przebiegunowaniu. Dewiacje stają się nakazami, wypracowane przez społeczeństwo normy zostają zakazane. Uzmysławiając nam opresyjność świata libertynów Pasolini wytyka tym samym przywary systemu faszystowskiego, który – fakt, znajduje się po zupełnie innej stronie moralnej barykady – niemniej jest w swoich przekonaniach tak samo skrajny, jak chore fantazje libertynów.

salo3

Pasolini sprytnie wykorzystuje mechanizm, który w charakterystycznym dla siebie, ironicznym stylu skomentował rok wcześniej Luis Buñuel. Jego Widmo wolności również przedstawia świat na opak. W imię wyzwolenia od zasad hamujących pragnienia jednostki wszystko ulega przewartościowaniu. Finał filmu nie pozostawia jednak złudzeń co do tego, że pozorne oswobodzenie jest jedynie zmianą systemu zakazów oraz nakazów. Klamrą spina Widmo wolności okrzyk „niech żyją kajdany”. Początkowo można traktować go jako kolejny absurdalny żart Hiszpana, niemniej gdy usłyszymy go ponownie, zrozumiemy, że śmiać nie ma się z czego. W podobną pułapkę wpadają libertyni z Salò, którzy w pogoni za realizacją pragnień stają się ich niewolnikami. Niczym nieskrępowanej wolności wciąż brak, zmieniły się jedynie kajdany.

Pasolini mówiąc o de Sadzie językiem poststrukturalistów zmaga się zatem z problematyką prawa jednostki do wolności. Wielka szkoda, że sens jego refleksji ginie wśród kolejnych scen upodlenia oraz wulgarnych i głupiutkich opowiastek podstarzałych prostytutek. Ten film jedynie delikatnie porusza przytoczone powyżej tematy. Na głębszą analizę problemu najzwyczajniej brak mu miejsca, ponieważ marnotrawione jest ono na nic nie wnoszące mnożenie kolejnych okropności, które owszem, mogły szokować, ale nic ponad to.

salo4

Późny okres twórczości Włocha idealnie podsumował niezastąpiony Jerzy Płażewski, który zauważył, że „w poszukiwaniu formuły masowego spektaklu zagubiły się medytacje Pasoliniego nad głównymi sporami ideowymi epoki”. Nic dodać, nic ująć. W przypadku Salò Pasolini-intelektualista i myśliciel dogorywa przygnieciony przez demony własnej wyobraźni. To samo spotkało niegdyś de Sade’a, który spisywał swój manuskrypt pomiędzy wilgotnymi murami Bastylii.







  • steppenwolf1982

    Film widziałem dość dawno, ale nie nazywałbym faszystowskich oprawców z „Salo” libertynami a sam temat filmu nie ma nic wspólnego z „wolnościową” myślą De Sade’a. To bardziej film o tym, że ideologia, w tym wypadku faszyzm, to pretekst do uprzedmiotowienia człowieka, zaś władza często umotywowana jest realizacją czysto seksualnych potrzeb.
    I do cholerki, nazywanie „Salo” kinem erotycznym, zwłaszcza w kontekście ostatniego „Grey’a” to jakieś nieporozumienie.

    • Fidel

      Umieszczenie SALO w kinie erotycznym miało być taką delikatną prowokacją, nie traktowałbym tego do końca poważnie ;) A co do uwagi o libertynach, nie zgadzam się. Jasne, Salo jest wyraźną krytyką faszyzmu i wspominam o tym w tekście, ale krytyka faszyzmu odbywa się tam raczej w warstwie symbolicznej (Salo jako miejsce wydarzeń, delikatne zarysowanie tła historycznego na początku, przeniesienie akcji do faszystowskich Włoch), która pozwala utożsamić jeden skrajny system z drugim skrajnym systemem (w dużym uproszczeniu). To, co dzieje na terenie rezydencji, jest zdecydowanie bliskie temu, co dzieje się u Sade’a, a sam Pasolini patrzy na niego przez pryzmat lektur, które wspomina na początku (to nie jest prowokacja). Salo działa zatem moim zdaniem na tych dwóch poziomach, z jednej strony jasne – krytyka faszyzmu, który symbolicznie wciąż wisi w powietrzu, z drugiej – rozważanie na temat ograniczeń SYSTEMÓW w ogóle (w kontekście wolności jednostki). A co do: „władza często umotywowana jest realizacją czysto seksualnych potrzeb” – to akurat ciekawy trop, który faktycznie można by rozwinąć, ale nie do końca czuję, żeby właśnie ten aspekt interesował Pasoliniego jakoś szczególnie.

      • steppenwolf1982

        Ale Twoja interpretacja sprowadza „Salo” do poziomu kina eksploatacji typu „Ilsa wilczyca z SS” – nie dziwię się więc, że tak nisko ten film oceniasz. Powiedziałbym, że taka interpretacja pozbawia film jakiegokolwiek sensu, bo jak można przyrównywać libertynizm do faszyzmu? Wg mnie Pasolini jedynie zainspirował się De Sade’m, zmieniając całkowicie morał tej opowieści. Jeśli u De Sade’a orgie seksualne były wyrazem dążenia do wolności jednostki, tak u Pasoliniego są już tylko ponurym obrazem zniewolenia człowieka na poziomie psychicznym i cielesno-seksualnym. Nie jestem wielkim fanem Pasoliniego, ale z pewnością nie odmawiałbym mu przenikliwej i gorzkiej refleksji nad opresyjnością totalitarnego systemu.

        • Fidel

          No widocznie można przyrównywać/zestawiać libertynizm i faszyzm, bo robi to sam Pasolini. Ja nigdzie nie mówię, że te systemy są ze sobą tożsame, zaznaczam wręcz, że Pasolini sprytnie pokazuje jedną skrajność, aby mówić o drugiej skrajności (cały akapit pod „Niech żyje wolność!”) i naprawdę rozumiem, że Pasolini uderzył tu w opresyjność systemu faszystowskiego. Nie zmienia to jednak według mnie faktu, że Salo nie stara się być jedynie metaforą uderzającą w faszystów, ale usiłuje mówić również o jednostce uwikłanej w system w ogóle. Wytykanie, że stawiam Salo na równi z eksploatacją jest z mojej perspektywy nieuczciwe, bo zaznaczam w tekście, że doceniam sam intelektualny pomysł stojący za filmem, ale uważam, że ginie on pod ciężarem tego, co w uproszczeniu można nazwać stroną wizualną. Jaki jest według mnie morał tej opowieści? To też jest zawarte w tekście. Niezależnie od tego, w którą stronę powędrujemy i tak nie wyrwiemy się z systemu, jakiejś ugody społecznej, a każdy fanatyzm, dążenie do strony skrajnej (czy to postulujący bezapelacyjną wolność jednostki libertynizm, czy negujący podmiotowość na rzecz państwowości faszyzm) jest pułapką. To jest właśnie dla mnie clue Salo, ta niemożliwość wyrwania się z gry niezależnie od tego, w którym kierunku uciekamy. A jako zestawienie tych dwóch skrajnych biegunów dobrze funkcjonuje kooperacja ochroniarzy wyglądających jak faszystowscy żołnierze z libertynami wyciągniętymi prosto ze stron Sade’a – oto nagle w świecie indywidualizmu libertynów, ciągłego JA, moja zachcianka, mamy młodych łebków (Giovinezza) działających jak maszyna, bezgłośnie, dla dobra państwa-rezydencji. Wszystko zamyka się w kole.

          • Andriej

            Po prostu widzisz nieco szerszy obraz, wolf natomiast nałożył sobie jednostronne ograniczenie, no ale to już jego sprawa. Zgodzę się tylko z tym, że tematyka zawędrowała ciut za daleko od Greya i erotyzmu….






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Oscary 2015 - nasze typy

Następny tekst

KOMIKS - Z archiwum X, sezon 10: Wyznawcy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE