Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 2 | FILM.ORG.PL



Saga Zmierzch: Przed świtem 2

Tartak 5: Atak Diamentowych Mimów


Jest źle, czyli solidny poziom serii został utrzymany.

Nadchodzi koniec pewnej epoki. Długo zwlekałem z seansem najnowszej części wampirycznej sagi. Widząc znowu tłumy rozentuzjazmowanych nastolatek i przypominając sobie nieustające piski na sali, moje nastawienie względem samego obrazu mogłoby być zbyt negatywne. Po raz kolejny. Odczekałem więc tydzień (podczas którego nowy Zmierzch pobił rekord frekwencji w naszych kinach) i udałem się na seans do opustoszałej – relatywnie – sali. To, co zobaczyłem na ekranie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Oj Zmierzchu, Zmierzchu, stary druhu, co jak co, ale na Ciebie zawsze mogłem liczyć.

Na wstępie trzeba wspomnieć jedną rzecz – ostatnia część serii to rzecz strasznie hermetyczna i z miejsca ma już pogrupowanych potencjalnych widzów. Kto ma iść na seans, ten pójdzie, nawet jeśli pozna negatywne lub pozytywne opinie – fani książek oglądają wszystkie części, ludzie ciekawi nowego fenomenu popkultury zrezygnowali z dalszych seansów po pierwszych adaptacjach lub zostają do końca historii rodu Cullenów, a Ci, którzy oglądają całość dla wrażeń komediowych, nowy odcinek zobaczą już w domowym zaciszu. Nie da się wskoczyć w świat serii od ostatniej części, a ona sama nie odbiega klimatem, sposobem narracji, warstwą dialogową i grą aktorską od tego co zaprezentowano w poprzednich odsłonach – dla jednych to nadal będzie chwytająca za serce historia miłosna, a dla innych przerażające paskudztwo, które ktoś powinien potraktować osinowym kołkiem. 

 

Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 2 skupia się na głównie na jednym wątku – zamieniona w wampirzycę Bella (dosyć szybko adaptująca się w nowe realia), razem ze swoim błyszczącym Edwardem i rodziną Cullenów przygotowują się do starcia z królewską rodziną Volturi, rządzącą światem wampirów. Krwiopijcy wysokiego stanu widzą w córce protagonistów – pół-wampirzycy – zagrożenie dla obu ras i postanawiają zawczasu ją zgładzić. Cullenowie zaczynają więc zbierać siły na ostateczne starcie. Plus na deser dostajemy najbardziej obleśne przedstawienie związku pedofilskiego w historii kina, przy którym Lolita może się tylko zarumienić. 

Ciężko powiedzieć coś nowego o każdym kolejnym filmie z serii. Nadal mamy do czynienia z niesamowicie słabym scenariuszem. Historia miłosna, która powinna być osią całości, jest absolutnie nieprzekonywująca. Główni bohaterowie patrzą na siebie jak małe szczeniaczki – nieważne czy siedzą na środku łąki, czy może biegają po lesie. Kocham małe szczeniaczki. Są słodkie. Gdy jednak ich zachowanie próbują naśladować dorośli ludzie, to czuję się niepewnie, a nawet zaczynam się bać. Nie ma tu po prostu żadnej chemii. Nie winiłbym jednak za to samych aktorów, ponieważ widać, że po prostu odgrywają to, czego wymaga od nich scenariusz – papierowe postacie. Mają robić proste gesty, uśmieszki i migdalić się do znudzenia. I tyle. Z moich obliczeń wynika, że jakieś 70% seansu upływa na oglądaniu wpatrujących się w siebie, upudrowanych do przesady postaci. Mimo tego formuła ta pozwala od kilku części przelewać kolejne miliony na konta opasłych rekinów finansjery. Po co więc to zmieniać?

Jednak niesamowite jest to, jak bardzo można iść na łatwiznę, będąc pewnym, że „film i tak się sprzeda”. Po raz kolejny akcja dzieje się na zmianę praktycznie tylko w dwóch lokacjach – w lesie i w domu Cullenów – przypominając najtańsze budżetowe zagrywki znane z telewizyjnych tasiemców. Gdy tylko dane nam jest zobaczyć kawałek zaśnieżonej łąki, to serce widza raduje się jak 14-latek oglądający Powrót do przyszłości. Dodając do tego to, że akcja sprowadzona jest głównie do siedzenia, prowadzenia rozmów, z których nic nie wynika i ciągłego patrzenia, patrzenia, PATRZENIA, sami domyślcie się, jakie piorunujące wrażenie robi to w ruchu przez 116 minut seansu. 

 

Wspomniany wcześniej scenariusz jest dziurawy jak ser szwajcarski i mimo prostej w założeniach fabuły, potrafi gwałcić niemiłosiernie podstawowe zasady rozpisywania opowieści filmowej. Jednym z wielu tego typu błędów jest np. wprowadzanie nowych postaci. Nagle pojawiają się dziesiątki nowych bohaterów, o których w poprzednich odcinkach nie słyszeliśmy nawet słowa, a film wymaga od nas, że będziemy przejmować się ich losem w finałowej bitwie, mimo że znamy ich dopiero od kilkunastu minut. Nie, filmie, to tak nie działa. Cała dramaturgia idzie się w tym momencie utopić. Jako widz mam gdzieś postacie, które nie zdążyły zrobić nic, aby zdobyć moją sympatię – nieważne czy są hinduskim Kapitanem Planetą, żeńskimi wersjami Mowgliego, czy np. wampirzymi Mario i Luigim. Jeśli główni bohaterowie są dla mnie odrzucający, a nowi zupełnie nieznani, to dlaczego mam w jakikolwiek sposób zainteresować się nadchodzącą powolnie kulminacją? Szczególnie, że debiutujące postacie okazują się być do bólu szablonowe i nie posiadają żadnego charakteru – to wzory z poradnika kreatywnego pisania znalezionego w Internecie. Zresztą tak jak i Vulturi, którzy są po prostu wyciągnięci z szafki zajmowanej przez „tych złych”. Ot, bo komuś trzeba dać po pysku w amerykańskim kinie głównego nurtu, a skoro mamy film o wampirach, to wystarczy ubrać takie postacie w stroje z jakiejś klasycznej epoki i czarne kaptury. 

Dobrze, może więc po ponad godzinie rozprawiania nad całą sytuacją dostaniemy chociaż przemyślaną i logiczną konfrontację, która domknie w jakiś sposób fabułę sagi? Nie. Finałowe rozwiązanie to totalny absurd, wyciąganie z rękawa kolejnych deus ex machina i zwykły brak szacunku dla widza. Udowadnia również, że całość można było zakończyć równie dobrze na pierwszej części, która mimo tego, że była do bólu naiwna i głupiutka, to przedstawiała dosyć składna historię. Dostaliśmy za to cztery kolejne filmy, które nie doprowadziły do żadnej sensownej konkluzji. 

Ostatecznie to dosyć smutna sytuacja, że siedzący na stołku reżyserskim Bill Condon – zdobywca Oscara za scenariusz świetnych Bogów i potworów, a także reżyser tak solidnych filmów, jak Dreamgirls, Kinsey czy nawet druga część Candymana – robi wszystko na odczepnego. Gdyby tylko bardziej poszedł w stronę ironii, można byłoby jeszcze uratować pewne aspekty samej historii. Takich rzeczy nie da się adaptować z poważną miną. Chociaż wydaje mi się, że nawet najwięksi wirtuozi kina mieliby problemy z pracą, gdyby wpuścić ich do tak szczelnie wypchanego aktorskim drewnem tartaku.

 

Ok, więc sama historia to typowy Zmierzch. Może jednak strona wizualna ratuje całość? Odpowiedź przychodzi sama, gdy po raz pierwszy widzimy wyplute przez komputer dziecko, wykonane za pomocą koszmarnego CGI (czemu nie można było po prostu zaprezentować normalnego brzdąca z krwi i kości? Czy byłby on zbyt naturalny przy reszcie wesołej gromady?). Efekty specjalne są tutaj na poziomie Bitwy pod Wiedniem, a zwykły bieg przez las z superszybkością, przypomina momentami sceny z klasycznych filmów amerykańskich, gdzie wyświetlane za aktorami tło kłuło w oczy. Używanie wampirzych mocy, wilkołaki, sceny walki – wszystko jest tutaj potwornie sztuczne. Nie wiem, co zrobiono z tak wysokim budżetem. Catering na planie musiał być lepszy niż w pałacach naftowych szejków. Kilka niezłych zdjęć i momentami dobra muzyka nie zmieniają w żaden sposób ogólnego złego wrażenia strony technicznej. 

Ciężko powiedzieć coś konstruktywnego o zakończeniu sagi Zmierzch. To po prostu kolejny bałagan, który wzbudza jedynie uśmiech politowania. Bawi, ale nie w sposób, w jaki zaplanowali to twórcy. Jak już wspominałem na początku, druga część filmowego Przed świtem kończy pewną epokę w popkulturze, która trwała zdecydowanie za długo. Oczywiście nie życzę źle Belli i Edwardowi, niech sobie żyją długo i szczęśliwie – ale najlepiej z dala od kina. Chociaż, jeżeli pomyślę o czających się już na horyzoncie Pięćdziesięciu twarzach Grey’a… Może kiedyś zatęsknimy do poczciwego zmierzchowego plastiku i uganiania się za sarnami w lasach porastających Forks?










Przeczytaj także:

Tron: Dziedzictwo
Truman Show
Truposz
Sam przeciw wszystkim
Sztanga i cash
Snowpiercer: Arka przyszłości






  • Mefisto

    Wpiszę się, żeby Ci nie było smutno :)

  • Andriej

    Kocham wasze recenzje tego gówna, po prostu uwielbiam ;)

  • kadr

    Dlaczego jest tak, że najgorsze gówno najlepiej się sprzedaje? W jakim świecie żyjemy?

  • kadr

    A teraz już bardziej poważnie. Ta saga jest smagana zewsząd najbardziej niewybrednymi słowy, odsądzana od wiary i czci i ogólnie przedstawiana jako triumf bezguścia. Poniekąd słusznie, ponieważ pod względem scenariusza jest to rzeczywiście dolna półka, wszystko bowiem w tych filmach idzie po jak najmniejszej linii oporu, schemat goni schemat a rozwiązania fabularne bardziej banalne już być nie mogą. A jednak, (mówcie, tzn piszcie co chcecie), coś w tych filmach jest. Choćby Pattinson. Przecież jego postać to już archetyp. Najbardziej rozpoznawalny obok Nosferatu Kińskiego, filmowy wampir. Nie Cruise jako fircykowaty Lestat ale właśnie Edward. To już naprawdę coś. Aktorzy zostali dobrani świetnie. Zgadzam się, że Stewart bardzo niewiele potrafi a jednak zaryzykowałbym twierdzenie, że urodziła się po aby zagrać wampirzycę, właśnie dzięki swojej specyficznej urodzie, Tak samo Pattinson. Mroczna posępna uroda, która tak naprawdę nie potrzebuje żadnej charakteryzacji. Albo Lautner przypominający z rysów twarzy pumę – idealny do roli wilkołaka. Idzie mi o to, że wbrew wszelkim szyderstwom, postacie w niej występujący są naprawdę wizualnie bardzo wiarygodni, świetnie skrojeni pod młodego widza. A dlaczego nie? I chyba między innymi dlatego, pomimo wszelkich najrozmaitszych mankamentów, niech Bóg mi wybaczy, lubię sagę „Zmierzch”.

    • Mefisto

      Miało być poważnie :)

  • Koda

    Recenzja, moim zdaniem, całkiem dobra. Pomijam fakt, że stuprocentowo się z nią zgadzam, ale uważam, że nie przekroczyłeś w niej granicy wylewania pomyj na głowy twórców. Zgrabnie i całkiem solidnie uzasadniłeś swoje zdanie, a z większością argumentów po prostu trudno się nie zgodzić. Wyszło konstruktywnie, bo choćby człowiek BARDZO się starał, nie dostrzeże w tym filmie pozytywów, może prócz muzyki? Chociaż i ona jakoś specjalnie nie porusza. Oprócz katastrofalnego, nieco nawet grafomańskiego scenariusza, najbardziej boli mnie charakteryzacja… Czy tylko ja mam wrażenie, że wampiry mają upudrowane twarze, podczas gdy szyja ma całkiem „ludzki” kolor? :)
    Hollywood z niejednej kiepskiej książki potrafiło zrobić niezłe kino, ale tak się nie stało w przypadku „Zmierzchu”. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że cała ekipa filmowa (reżyser, aktorzy, scenarzyści, charakteryzatorzy, etc.) byli sterroryzowani przez rządne pieniędzy grube ryby i przez to zrobili wszystko na tak zwane „odwal się”. Choć w sumie, czemu mielibyśmy oczekiwać więcej życia od filmu traktującego o trupach?

  • kadr

    Do mnie to do końca nie trafia. Mam wrażenie, że właśnie najłatwiej jest się nabijać z takich filmów jak „Zmierzch”. Jego twórcy i tak mają to głęboko gdzieś bo zarobili na nim od cholery kasy i bardzo dobrze. Naturalnie każdy ma prawo do wyrażania własnej opinii. Warto jednak pamiętać o tym, że „Zmierzch” w najmniejszy nawet sposób nie udaje czegoś innego niż jest! Z każdego kadru, z każdej linijki wypowiedzianego dialogu słychać donośne: „Tak, to typowo komercyjny film dla małolatów, który ma na siebie zarobić i nic innego” I właśnie w tym ta cała seria jest uczciwa i naprawdę nie rozumiem zupełnie narzekań co do jakości efektów specjalnych. Są dobre, kompletnie nie widzę aby w scenach w lesie był wykorzystywany blu screen. Porównywanie ich jakości do nieszczęsnej „Bitwy pod Wiedniem” to naprawdę poważne nieporozumienie. Przy okazji,”Bitwa pod Wiedniem”. Właśnie tego typu pseudo produkcje należy tępić bez litości. Ponieważ z jednej strony jawnie uzurpują sobie chęć edukowania widzów odnośnie polskiej historii a z drugiej stoi za tym totalna amatorka jeżeli właśnie chodzi o filmowe rzemiosło. Tego wręcz nienawidzę i z wielką przyjemnością gościowi, który to coś nakręcił jako Polak naplułbym mu w twarz, gdybym miał okazję. To samo „Kac Wawa” Tu akurat miało być przede wszystkim zabawnie. Jak naprawdę było? Wiedzą wszyscy. Tępić z całą stanowczością i pięknie się wręcz stało, że kina odmówiły wyświetlania tego wymiotu. Jednak ze „Zmierzchem” jest zupełnie inaczej. Owszem, wierzę głęboko i szanuję to, że ten film was denerwuje, złości i ogólnie macie go w głębokim poważaniu. Jednak wszystko co ta seria zdawała się obiecywać, zostało spełnione. Target okazał; się właściwy i w pełni zadowolony z tego co otrzymał. Nikt tutaj nikogo nie oszukał. Ten film w swoim gatunku, jako zdrowa rozrywka dla nastolatków, jest naprawdę dobrą produkcją i właśnie jako produkcję dla nastolatków powinno się go oceniać a nie wylewać żale, że nie powstał z tego dramat. Bo właśnie tak miało być.

  • Marek1983

    …moje odczucia po obejrzeniu tego filmu są takie same, jak autora recenzji. Tak gównianych efektów specjalnych (przy 120 mln!), tak słabej gry aktorskiej i tak głupiego scenariusza nie widziałem dawno. Świetna recenzja.

  • maskota

    myślę że gdyby autor recenzji pofatygował się i przeczytał książkę przed obejrzeniem filmu to zdjął but z gardła scenarzystów bo wiernie odzwierciedlili tekst a raczej poprzestał na reżyserze bo zrobił taką miągwę że rzygac się chce, a aktorzy sa totalnie niepasujący do postaci…….




Radosław Pisula

23/11/2012

KMF Film.org.pl 1999-2014 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, modyfikacja, publikacja, dystrybucja w celach komercyjnych bez zgody właściciela tej strony są zabronione.

Strona załadowała się w 1,724 sekund.

banner