nowości kinowe

Saga Zmierzch: Przed świtem 2

Jest źle, czyli solidny poziom serii został utrzymany.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Nadchodzi koniec pewnej epoki. Długo zwlekałem z seansem najnowszej części wampirycznej sagi. Widząc znowu tłumy rozentuzjazmowanych nastolatek i przypominając sobie nieustające piski na sali, moje nastawienie względem samego obrazu mogłoby być zbyt negatywne. Po raz kolejny. Odczekałem więc tydzień (podczas którego nowy Zmierzch pobił rekord frekwencji w naszych kinach) i udałem się na seans do opustoszałej – relatywnie – sali. To, co zobaczyłem na ekranie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Oj Zmierzchu, Zmierzchu, stary druhu, co jak co, ale na Ciebie zawsze mogłem liczyć.

Na wstępie trzeba wspomnieć jedną rzecz – ostatnia część serii to rzecz strasznie hermetyczna i z miejsca ma już pogrupowanych potencjalnych widzów. Kto ma iść na seans, ten pójdzie, nawet jeśli pozna negatywne lub pozytywne opinie – fani książek oglądają wszystkie części, ludzie ciekawi nowego fenomenu popkultury zrezygnowali z dalszych seansów po pierwszych adaptacjach lub zostają do końca historii rodu Cullenów, a Ci, którzy oglądają całość dla wrażeń komediowych, nowy odcinek zobaczą już w domowym zaciszu. Nie da się wskoczyć w świat serii od ostatniej części, a ona sama nie odbiega klimatem, sposobem narracji, warstwą dialogową i grą aktorską od tego co zaprezentowano w poprzednich odsłonach – dla jednych to nadal będzie chwytająca za serce historia miłosna, a dla innych przerażające paskudztwo, które ktoś powinien potraktować osinowym kołkiem. 

 

Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 2 skupia się na głównie na jednym wątku – zamieniona w wampirzycę Bella (dosyć szybko adaptująca się w nowe realia), razem ze swoim błyszczącym Edwardem i rodziną Cullenów przygotowują się do starcia z królewską rodziną Volturi, rządzącą światem wampirów. Krwiopijcy wysokiego stanu widzą w córce protagonistów – pół-wampirzycy – zagrożenie dla obu ras i postanawiają zawczasu ją zgładzić. Cullenowie zaczynają więc zbierać siły na ostateczne starcie. Plus na deser dostajemy najbardziej obleśne przedstawienie związku pedofilskiego w historii kina, przy którym Lolita może się tylko zarumienić. 

Ciężko powiedzieć coś nowego o każdym kolejnym filmie z serii. Nadal mamy do czynienia z niesamowicie słabym scenariuszem. Historia miłosna, która powinna być osią całości, jest absolutnie nieprzekonywująca. Główni bohaterowie patrzą na siebie jak małe szczeniaczki – nieważne czy siedzą na środku łąki, czy może biegają po lesie. Kocham małe szczeniaczki. Są słodkie. Gdy jednak ich zachowanie próbują naśladować dorośli ludzie, to czuję się niepewnie, a nawet zaczynam się bać. Nie ma tu po prostu żadnej chemii. Nie winiłbym jednak za to samych aktorów, ponieważ widać, że po prostu odgrywają to, czego wymaga od nich scenariusz – papierowe postacie. Mają robić proste gesty, uśmieszki i migdalić się do znudzenia. I tyle. Z moich obliczeń wynika, że jakieś 70% seansu upływa na oglądaniu wpatrujących się w siebie, upudrowanych do przesady postaci. Mimo tego formuła ta pozwala od kilku części przelewać kolejne miliony na konta opasłych rekinów finansjery. Po co więc to zmieniać?

Jednak niesamowite jest to, jak bardzo można iść na łatwiznę, będąc pewnym, że „film i tak się sprzeda”. Po raz kolejny akcja dzieje się na zmianę praktycznie tylko w dwóch lokacjach – w lesie i w domu Cullenów – przypominając najtańsze budżetowe zagrywki znane z telewizyjnych tasiemców. Gdy tylko dane nam jest zobaczyć kawałek zaśnieżonej łąki, to serce widza raduje się jak 14-latek oglądający Powrót do przyszłości. Dodając do tego to, że akcja sprowadzona jest głównie do siedzenia, prowadzenia rozmów, z których nic nie wynika i ciągłego patrzenia, patrzenia, PATRZENIA, sami domyślcie się, jakie piorunujące wrażenie robi to w ruchu przez 116 minut seansu. 

 

Wspomniany wcześniej scenariusz jest dziurawy jak ser szwajcarski i mimo prostej w założeniach fabuły, potrafi gwałcić niemiłosiernie podstawowe zasady rozpisywania opowieści filmowej. Jednym z wielu tego typu błędów jest np. wprowadzanie nowych postaci. Nagle pojawiają się dziesiątki nowych bohaterów, o których w poprzednich odcinkach nie słyszeliśmy nawet słowa, a film wymaga od nas, że będziemy przejmować się ich losem w finałowej bitwie, mimo że znamy ich dopiero od kilkunastu minut. Nie, filmie, to tak nie działa. Cała dramaturgia idzie się w tym momencie utopić. Jako widz mam gdzieś postacie, które nie zdążyły zrobić nic, aby zdobyć moją sympatię – nieważne czy są hinduskim Kapitanem Planetą, żeńskimi wersjami Mowgliego, czy np. wampirzymi Mario i Luigim. Jeśli główni bohaterowie są dla mnie odrzucający, a nowi zupełnie nieznani, to dlaczego mam w jakikolwiek sposób zainteresować się nadchodzącą powolnie kulminacją? Szczególnie, że debiutujące postacie okazują się być do bólu szablonowe i nie posiadają żadnego charakteru – to wzory z poradnika kreatywnego pisania znalezionego w Internecie. Zresztą tak jak i Vulturi, którzy są po prostu wyciągnięci z szafki zajmowanej przez „tych złych”. Ot, bo komuś trzeba dać po pysku w amerykańskim kinie głównego nurtu, a skoro mamy film o wampirach, to wystarczy ubrać takie postacie w stroje z jakiejś klasycznej epoki i czarne kaptury. 

Dobrze, może więc po ponad godzinie rozprawiania nad całą sytuacją dostaniemy chociaż przemyślaną i logiczną konfrontację, która domknie w jakiś sposób fabułę sagi? Nie. Finałowe rozwiązanie to totalny absurd, wyciąganie z rękawa kolejnych deus ex machina i zwykły brak szacunku dla widza. Udowadnia również, że całość można było zakończyć równie dobrze na pierwszej części, która mimo tego, że była do bólu naiwna i głupiutka, to przedstawiała dosyć składna historię. Dostaliśmy za to cztery kolejne filmy, które nie doprowadziły do żadnej sensownej konkluzji. 

Ostatecznie to dosyć smutna sytuacja, że siedzący na stołku reżyserskim Bill Condon – zdobywca Oscara za scenariusz świetnych Bogów i potworów, a także reżyser tak solidnych filmów, jak Dreamgirls, Kinsey czy nawet druga część Candymana – robi wszystko na odczepnego. Gdyby tylko bardziej poszedł w stronę ironii, można byłoby jeszcze uratować pewne aspekty samej historii. Takich rzeczy nie da się adaptować z poważną miną. Chociaż wydaje mi się, że nawet najwięksi wirtuozi kina mieliby problemy z pracą, gdyby wpuścić ich do tak szczelnie wypchanego aktorskim drewnem tartaku.

 

Ok, więc sama historia to typowy Zmierzch. Może jednak strona wizualna ratuje całość? Odpowiedź przychodzi sama, gdy po raz pierwszy widzimy wyplute przez komputer dziecko, wykonane za pomocą koszmarnego CGI (czemu nie można było po prostu zaprezentować normalnego brzdąca z krwi i kości? Czy byłby on zbyt naturalny przy reszcie wesołej gromady?). Efekty specjalne są tutaj na poziomie Bitwy pod Wiedniem, a zwykły bieg przez las z superszybkością, przypomina momentami sceny z klasycznych filmów amerykańskich, gdzie wyświetlane za aktorami tło kłuło w oczy. Używanie wampirzych mocy, wilkołaki, sceny walki – wszystko jest tutaj potwornie sztuczne. Nie wiem, co zrobiono z tak wysokim budżetem. Catering na planie musiał być lepszy niż w pałacach naftowych szejków. Kilka niezłych zdjęć i momentami dobra muzyka nie zmieniają w żaden sposób ogólnego złego wrażenia strony technicznej. 

Ciężko powiedzieć coś konstruktywnego o zakończeniu sagi Zmierzch. To po prostu kolejny bałagan, który wzbudza jedynie uśmiech politowania. Bawi, ale nie w sposób, w jaki zaplanowali to twórcy. Jak już wspominałem na początku, druga część filmowego Przed świtem kończy pewną epokę w popkulturze, która trwała zdecydowanie za długo. Oczywiście nie życzę źle Belli i Edwardowi, niech sobie żyją długo i szczęśliwie – ale najlepiej z dala od kina. Chociaż, jeżeli pomyślę o czających się już na horyzoncie Pięćdziesięciu twarzach Grey’a… Może kiedyś zatęsknimy do poczciwego zmierzchowego plastiku i uganiania się za sarnami w lasach porastających Forks?

Ostatnio dodane