ROBOCOP (2014) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

RoboCop (2014)

Wyraźnie widać, że reżyser José Padilha miał własną, autorską wizję, o którą musiał toczyć boje z producentami.




I’d buy that for a dollar!




Grzegorz Fortuna
09.02.2014


robocop-2014-poster„RoboCop” Paula Verhoevena to jeden z tych filmów – obok pierwszego „Rambo”, „Muchy” Cronenberga czy „Łowcy androidów” Scotta – które udowadniają, że lata osiemdziesiąte były dla amerykańskiego kina popularnego wspaniałą dekadą. Nie chodzi nawet o gloryfikowaną przez miłośników „Supergliny” rozbuchaną przemoc, ale o to, jaką wizję udało się holenderskiemu reżyserowi wykreować, i jak bardzo ta wizja była spójna i wieloznaczna. Verhoeven to nie tylko mistrz kina gatunkowego, ale też ironista i szyderca, a przy tym autor filmowy w pełnym tego słowa znaczeniu – jego „RoboCop” był jednocześnie emocjonującym akcyjniakiem, niegłupim science-fiction o tym, gdzie przebiega granica między maszyną a człowiekiem, i ostrą jak szpikulec wystający z mechanicznej łapy Murphy’ego satyrą na społeczeństwo końca lat osiemdziesiątych i górujące nad nim drapieżne korporacje. Wszystkie te płaszczyzny przenikały się, tworząc widowisko jedyne w swoim rodzaju – brutalne, brudne, bezkompromisowe, a przy tym pełne smoliście czarnego humoru, który co chwilę przebijał spod gatunkowej tkanki.

PRZECZYTAJ RECENZJĘ ROBOCOPA Z 1987 ROKU.

„Dzisiaj takich filmów się już nie robi” – powtarzają zwykle ci, którzy wychowali się w wypożyczalni wideo. I trudno nie przyznać im racji, bo kino popularne lat osiemdziesiątych było pod wieloma względami unikatowe. Okres prosperity zbiegł się z boomem na nowe filmowe medium, które pozwoliło producentom na zalanie rynku filmami akcji, science-fiction i horrorami. Dziś, ćwierć wieku później, krajobraz filmowego mainstreamu wygląda inaczej – krew i bluzgi to już rzadkość, producenci starają się przygotowywać wszystko pod wymogi kategorii wiekowej PG-13, a reżyserom niełatwo zaprezentować swój charakter pisma, gdy czyha nad nimi producent, który bardzo boi się o swoje sto (lub więcej) milionów. I można by pewnie wyzłośliwiać się godzinami, nurzać się w morzu błogiego sentymentalizmu, narzekać na zasady rządzące światem i wyzywać twórców nowego „RoboCopa” od profanów, gdyby nie fakt, że remake w reżyserii José Padilhy jest… naprawdę niezły.

Joel Kinnaman;Jackie Earle Haley

Brazylijski reżyser José Padilha przeszedł drogę podobną do tej, którą trzydzieści lat temu podążał Verhoeven. Tak jak Holender, Padilha najpierw zaznaczył swoją obecność w ojczystej kinematografii, kręcąc dwie części dobrze przyjętych „Elitarnych”, a później – także analogicznie do Verhoevena – otrzymał bilet do Hollywood. „RoboCop” to jego pierwszy wysokobudżetowy film i widać po nim, że Padilha – pomimo sporów z producentami, o których grzmiały swego czasu okołofilmowe media – nie jest kimś, kogo można by określić mianem wyrobnika. Jego „RoboCop” nie próbuje być okrojoną z brutalności kopią arcydzieła Verhoevena ani – jak sugerowali niektórzy – „Supergliną” w estetyce Marvelowskich ekranizacji.

Nowy „RoboCop” to propozycja inna, osobna – i to już od czołówki.

Kiedy na ekranie pojawia się słynny lew z logo wytwórni MGM, w tle – zamiast spodziewanego ryku – słychać, jak ktoś czyści sobie gardło. Kilka sekund później widzimy prezentera Pata Novaka (Samuel L. Jackson), przygotowującego się do nagrania programu telewizyjnego o tematyce polityczno-gospodarczej. Pat tłumaczy widzom (i swoim, i tym kinowym), jak wygląda bezpieczeństwo na ulicach w roku 2028 – wielkie korporacje produkują roboty, które mogą pełnić role policjantów, ale konserwatywne amerykańskie społeczeństwo nie chce być pilnowane przez bezduszne komputery. Aby przekonać widzów do cyborgów, Novak pokazuje relację z Bliskiego Wschodu – mechaniczni strażnicy skanują mieszkańców strefy wojny w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia. Sytuacja szybko wymyka się jednak spod kontroli – bombowcy-samobójcy wysadzają kilka robotów, po czym zostają unieszkodliwieni. W ferworze walki ginie też nastolatek, który trzymał jedynie nóż. Pat – niewzruszony obserwowaną na żywo masakrą – szybko przerywa transmisję, by kontynuować swój wywód.

461961.1

Nie jest to może scena tak sugestywna, jak ta z oryginału, w której członek rady nadzorczej OCP został rozerwany na strzępy przez źle zaprogramowane robota, ale pozostawia odpowiednie wrażenie i wyznacza jednocześnie drogę, którą będzie kroczył Padilha. W centrum uwagi brazylijskiego reżysera cały czas pozostaje kwestia mechanizmów, za pomocą których media i korporacje sterują społeczeństwem. Dlatego też nowy RoboCop jest – przynajmniej oficjalnie, ale nie będziemy się w to zagłębiać, żeby uniknąć spoilerów – świadomym swoich czynów człowiekiem wspomaganym przez maszynę, a nie jedynie robotem: tak chcą ludzie, więc taki produkt stara się wypuścić na rynek sterowany przez Sellarsa (Michael Keaton) OmniCorp.

Padilha trafnie i niegłupio portretuje relacje na linii władze – media – społeczeństwo, podlewając całość niemałą dozą gorzkiej ironii.

Skutkiem obranej przez reżysera drogi jest swoiste przeniesienie akcentów – Vallon (Patrick Garrow), sprawca kaźni Murphy’ego i tutejszy odpowiednik Clarence’a Boddickera, to w fabule właściwie postać drugoplanowa. Na pierwszy plan wysuwa się natomiast Sellars: cwany i chciwy szef  OmniCorpu, który dąży jedynie do tego, by zarobić jak najwięcej. To kolejna trafna decyzja, bo nowy „RoboCop” staje się dzięki temu nie tyle filmem o łapaniu bandytów działających na rzecz chciwej korporacji, co filmem przedstawiającym trudną walkę o ocalenie własnego człowieczeństwa. U Verhoevena pamięć Murphy’ego wracała nagle i urywkowo, wbrew woli jego konstruktorów; w remaku Padilhy Murphy musi chronić resztki tego, co czyni zeń człowieka, przed zakusami własnych stwórców, którzy chcą, by Superglina był jak najbardziej wydajny.

461973.1

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że film Brazylijczyka jest ciekawszy od oryginału, ale dowodzi, że Padilha miał własną, autorską wizję, o którą sam musiał zresztą toczyć boje z producentami. Najlepszym przykładem na to, że reżyser „Elitarnych” ma sporo do powiedzenie, jest scena, w której Murphy po raz pierwszy ogląda siebie bez kostiumu – widzimy ubytki mózgu, podłączoną do mechanicznego ramienia rękę i płuca pracujące w czymś na kształt chroniącego organy akwarium. Biorąc pod uwagę, że bohater cały czas jest świadomy tego, co się z nim dzieje, czuje, pamięta i myśli, scena ta ma większą siłę emocjonalnego oddziaływania niż kilka innych współczesnych blockbusterów razem wziętych.

Nowy „RoboCop” jest niestety o wiele gorszy w nielicznych, ale stanowiących o jego przynależności gatunkowej, scenach – czyli w tych momentach, kiedy obserwujemy Murphy’ego w akcji. Nie chodzi nawet o to, że brak tu charakterystycznej dla oryginału makabry, która u Verhoevena idealnie współgrała z wizją zniszczonego przez przemoc Detroit. Sceny akcji są po prostu zbyt gładkie, sterylne, nieciekawe, jakby pochodziły z familijnego akcyjniaka – Murphy strzela do cyfrowych robotów, skacze motorem nad przeszkodami i częstuje wrogów nabojami z paralizatora. W kontraście z opisaną wyżej sceną, w której bohater obserwuje, co z niego zostało, wyglądają, jakby wykrojono je z innego filmu.

„RoboCop” Padilhy nie jest więc – tak jak swój poprzednik – arcydziełem gatunku. To film nie do końca satysfakcjonujący, rozpięty między ambicjami reżysera a obostrzeniami narzucanymi przez producentów. Ale daleko mu do filmowej profanacji, której większość fanów oryginału oczekiwała. Warto dać za niego dolara – choćby po to, żeby zobaczyć wizję inną i ciekawą, choć nie całkiem spełnioną.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wykapany ojciec

Następny tekst

Homefront



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE