nowości kinowe

RoboCop (1987)

Autor: Bartosz Rudnicki
opublikowano

Robocop-Title

robocop_xlg

Tekst z archiwum film.org.pl.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego historia sztuki przekazuje nam tylko to, co dobre? Dlaczego wygrzebuje z przeszłości wyłącznie rzeczy nietuzinkowe i warte wielokrotnego oglądu? Gdzie są obrzydliwie zbudowane katedry? Wskażcie mi choć jedno szpetnie ozdobione katedralne sklepienie. Gdzie są tandetne cyrki rzymskie? Koszmarnie nagryzmolone freski starożytnych? Gdzie egipskie bohomazy, babilońskie obrzydliwe landszafty? Dlaczego jakiś papież renesansowy umiał być mecenasem, a współcześnie nie umie nim być minister kultury i sztuki? Dlaczego nie znajdujemy w wykopaliskach wstrętnej tandety zdobniczej, imitacji przyprawiających o mdłości, monumentalnych kiczów? Jak to się, do diabła, stało, że nawet pomniki, stawiane różnym wodzom i władcom, były dawniej tak wyborne, a jak dzisiaj ktoś walnie popiersie na cokole, to nawet pijaczek się nie oprze, jeno mocz odda i krzyż mu na drogę?

Dlaczego dzisiaj nie udaje się to, co tak dobrze udawało się „wtedy”, powiedzmy, 21 lat temu, w czasach kiedy Verhoeven do spółki z Bottinem składali do kupy RoboCopa? Indolencja twórcza? A może u schyłku ery beztroskiego reaganowskiego militaryzmu zaroiło się nagle na kalifornijskich ulicach od klas oświeconych, ludzi wrażliwych i rozumnych, a obecnie to tylko masy niewykształconego, utrzymywanego w ciemnocie i nędzy plebsu przelewają się przez sale kinowe? Sam niejednokrotnie wzdycham z rozrzewnieniem na myśl o epoce analogowej i powtarzam jak zaklęcie, że „kiedyś to był klimat, a teraz to jest bryndza”. Nostalgiczne miauczenie wiecznie rozczarowanego dąsalskiego czy coś bardziej stadnego?

robocop_1987_61

Cokolwiek by to nie było, jedno jest pewne ponad wszelką wątpliwość: takich filmów jak RoboCop już się dzisiaj nie kręci. Nawet po milionie obejrzeń wciąż fascynuje mnie klasyczna jasność fabuły, niezmiennie zachwyca ponadczasowe brzmienie muzyki Poledourisa, a obserwując, jak Boddicker, przy współudziale wykolejonej bandy zbirów, rozrywa na sztuki ciało Murphy’ego, ciągle odczuwam ten sam gniew, co za małolata, gdy po raz pierwszy zasiadłem przed telewizorem, by zaliczyć Superglinę na zjechanym VHS-ie.

Egzekucja Murphy’ego – pokazana frontalnie, bez retuszowania – mimo upływu lat nie straciła absolutnie nic ze swego barbarzyńskiego okrucieństwa. W zalewie najprzeróżniejszych Pił oraz innych nastolatkowych „horrorów”, bestialstwo filmowych degeneratów łatwo ulega trywializacji. Ale nie u Verhoevena. Ten gra na emocjach publiki z mistrzowską bezwzględnością. Nim jego bohater legnie martwy z kulą w mózgu, przyjmie na kewlarowy korpus potężną kanonadę nieprzyjaciela. Zdarzeniu przyglądać się będzie zza kratownicy partnerka Murphy’ego. Autentycznie żal mi tej dziewczyny. Motyw pokrewny, tj. bierne przyglądanie się kaźni partnera i wkurzająca niemożność wykonania jakiegokolwiek gestu, powrócą później w Czarnym deszczu Ridleya Scotta, jednakże z trochę mniejszym impetem – bez typowo Verhoevenowskiej sadystycznej dosłowności w epatowaniu przemocą. Obydwie sekwencje dziejące się w wyludnionej walcowni – zarówno początkowa, jak i końcowa, ta z rozpuszczonym w kwasie kolesiem – na stałe weszły do kanonu najbrutalniejszych scen ever.

robocopbdcap3_original

15

Weź z łapanki dowolnie spotkanego przechodnia i zapytaj, czy widział RoboCopa. Jeśli odpowie, że widział, zapytaj, co zapamiętał. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że zapamiętał egzekucję. Nieco starsza ode mnie widownia w luźnych rozmowach często wspomina, iż za komucha RoboCop był jednym z tych filmów od lat 18, na które za żadne skarby Sierra Madre nie dało się wejść na szkolną legitkę. Trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby ominąć reżimową inspekcję przy kasie.

Zostawmy jednak wspominki i wróćmy do meritum: rzecz osiada w pamięci także dzięki optymalnie zdemoralizowanej bandzie psycholi. Figury oprychów zioną tak niewyobrażalnym prostactwem, że o ile wcześniej gotów byłem usprawiedliwiać ich poczynania bandyckim fachem i chęcią przetrwania w starciu z policją, o tyle z chwilą rozczłonkowania Murphy’ego znienawidziłem Boddickera bez reszty. Wszelka zbrodnicza ideologia wyparowała, obróciła się w nicość. Stąd też ustawiczne parcie na finał, które towarzyszyło mi zawsze w trakcie kolejnych seansów. Chciałem ujrzeć, jak Robo miażdży swoich oprawców, jak przejeżdża po nich niczym czołg. Chciałem spektakularnej zemsty i takowej się doczekałem. Ale zaraz… o czym my w ogóle mówimy? Zemsta? Maszyna się mści? Coś tu chyba nie gra – od kiedy to indywidualne poczucie sprawiedliwości bierze górę nad wklepanymi za pośrednictwem klawiatury komendami?

Czasami odnoszę wrażenie, że Verhoeven jest klinicznie niezdolny do nakręcenia lichego filmu. W Superglinie daje miejscami takiego czadu, że głowa mała. Z opowiastki tej wyłania się bowiem klawa i całkiem niegłupia humanistyczna myśl. Jej przebłyski da się dostrzec nawet pomimo pożałowania godnej kondycji świata, nad którym niepodzielnie góruje chromowane gmaszysko OCP. Brawurowego przekładu owej myśli na język epickiego kina dokonali Anglik Scott (ten starszy i mądrzejszy), Kanadyjczyk Cameron oraz Japończyk Oshii. Czas poznać, co ma na ten temat do powiedzenia Holender. Ja to widzę w sposób następujący: część pierwsza filmu opowiada historię człowieka, który stał się maszyną, część druga historię maszyny, która pozostała człowiekiem. Tako rzekłem, a teraz będę próbował udowodnić tę w gruncie rzeczy dziecinnie prostą do udowodnienia tezę.

RoboCop-1987-blu-ray

Otóż z jednej strony Verhoeven spiętrza w robocie cechy Murphy’ego, te wszystkie smutne szczegóły jego robociej wegetacji, z drugiej zaś stawia przed oczami publiki żywą i nieuchronnie człowieczą naturę bohatera. Efekt jest taki, że ta jakby żywcem wycięta z literatury rysowanej postać deklasuje mentalnie wszystkie aktualnie lansowane wydmuszkowe ikony komiksowych herosów. Kwestia ślepego posłuszeństwa, godzenia się z uwłaczającym przymusem konsumowania pasty dla niemowląt, wreszcie walka z kotłującymi się pod czaszką wspomnieniami (przechadzka po opustoszałym domu to kolejny dowód niepospolitej intuicji reżysera) – te i inne pozorne błahostki odgrywają w filmie wcale nie mniejszą rolę niż sensacyjny wątek nierównych zmagań policji z bezkarnie panoszącymi się po Detroit oprychami.

I tak u zarania swojej policyjnej kariery Murphy będzie wywiązywał się z powierzonych zadań bez zarzutu: a to weźmie udział w kilku pokazowych akcyjkach, to znowu uratuje dziewczę od gwałtu, innym razem zaaresztuje niepoczytalnego urzędasa… W sumie bliżej mu będzie do robota kuchennego marki Zelmer niż żywej istoty, obdarzonej suwerennym systemem decyzyjnym. Nic jednak nie trwa wiecznie: misja bezwolnej marionetki na usługach chłopców z OCP szybko cyborgowi powszednieje. To z kolei oznacza nowe stadium rozwojowe na drodze do uzyskania pełnej świadomości własnego jestestwa – fazę buntu i kruszenia gorsetu dyrektyw.

robocop-1987-14-g

Ten etap przygód Robo stanie się domeną drugiej części filmu. Sytuacja wyklaruje się wówczas na tyle, że u boku Murphy’ego pozostanie już tylko dzielna porucznik Lewis. To chyba jedyny minus filmu – stosunkowo nieduża liczba scen z udziałem Nancy Allen. Zawadiacki sposób żucia przez nią gumy jest po prostu obłędny – mógłbym się zakochać. Tak czy siak, po incydencie w podziemnym parkingu z udziałem policyjnej brygady do rozwałki, oboje z Murphym zaszyją się poza miastem… w starej walcowni. Historia bardzo zgrabnie zatoczy koło. To właśnie tutaj rozegra się najlepsza scena w całym filmie. Pod względem intymności przekazu jedynie monolog umierającego Batty’ego oraz pogawędka Arnolda z młodym Connorem na temat człowieczej skłonności do płakania mogą się równać z tym, co za moment nastąpi. Robo poprosi Lewis, by ta skombinowała mu zestaw narzędzi, gdyż pokiereszowany w starciu z plutonem egzekucyjnym mechanizm (nawiązanie do początkowych partii opowieści) wymaga podreperowania. Przystępując do wykręcania śrubek z hełmu, cyborg nie omieszka ostrzec partnerki (uwielbiam pozbawione emocji brzmienie głosu Wellera, wypowiadającego tę kwestię), iż widok, jaki za chwilę ujrzy, może się jej nie spodobać. Owym widokiem będzie najzupełniej realna ludzka twarz Murphy’ego, jedyny organiczny element maszynowej konstrukcji, efekt oszałamiającej charakteryzatorskiej krwawicy wymiatacza Roba Bottina. Na tym nie koniec. Kiedy Lewis podsunie Murphy’emu kawałek lustra, ten znowu ją o coś poprosi – tym razem poprosi ją o to, by zostawiła go samego ze swoim odbiciem.

Klasyka, panie i dranie, klasyka bez domieszek.

We wspomnianej scenie rozpoznawania w sobie człowieka wyjątkowo zabraknie żywiołu wszechobecnego Verhoevenowskiego szyderstwa. Napisałem „wyjątkowo”, ponieważ znakomita większość scen RoboCopa ugina się pod ciężarem reżyserskiej drwiny, tak samo jak liść ugina się pod naporem kropli deszczu. Końcowy fragment finałowej bitki z szefem złych, kiedy Murphy leży przywalony złomem, a Lewis, ciężko ranna, próbuje wygramolić się z bajorka, rozwala swoją ironiczną prostotą. Chodzi rzecz jasna o pamiętny one-liner Robo, który narzekania partnerki kwituje jakby od niechcenia słowami: „They’ll fix you. They fix everything„.

19

Verhoeven lubi bawić się ironią. W końcu to spod jego ręki wyszedł radosny miks hollywoodzkiej sztampy – opowiastka o grupie wojaków naparzających się do upadłego z kohortą międzyplanetarnego robactwa. Ale znowu robi to inaczej niż większość wyrobników. Nie traktuje ironii jako chwytu retorycznego. Jedynie „przyprawia” fabułę drwiną, spycha ją na samo dno i przez to nie rozśmiesza publiki wprost, lecz działa skrycie jak korzenne ziele. Osobiście mam problem z rozszyfrowaniem humoru Supergliny. Problem na tyle poważny, że do końca nie wiem, czy Verhoeven sobie „kpi, czy o drogę pyta”. Dawka ironii bywa u niego tak śladowa (albo inaczej: tak precyzyjnie zakamuflowana pod postacią poszczególnych scen), że wzbudza zastrzeżenia co do samej swej obecności w filmie; jest niemalże podprogowa – nie pochodzi już od reżysera, znajduje się w samym świecie przedstawionym, jak powietrze. Pamiętacie jak ED-209, ten upośledzony robot bojowy z niedowładem prawej stopy, runął z kwikiem ze schodów, bo nie umiał postawić giry na stopniu? Albo jak jeden z członków zarządu OCP, wytypowany do pomocy przy symulacji aresztowania, został dosłownie rozerwany na strzępy gradem kul, ponieważ pech chciał, że akurat wtedy zacięła się procedura cofania rozkazu?

Teraz pokażcie mi szkołę, w której uczą, jak kręcić takie sceny, ba, jak kręcić to pikuś – pokażcie mi, jak je wplatać w całokształt historii, żeby nie doszło do jej samounicestwienia. Sarkastyczny obraz nieodległej przyszłości, zdominowanej przez żarłoczne korporacje, uzupełniają kuriozalne reklamy telewizyjne oraz urywki wiadomości, z których dowiadujemy się na przykład o tragicznym w skutkach przekierowaniu orbitalnego lasera, w wyniku którego na popiół sfajczyło się dwóch wiceprezydentów USA. Żeby było śmieszniej, owe reklamowo-dziennikowe przerywniki nagrane zostały naprędce i pierwotnie w ogóle miało ich nie być. Opatrzność czuwała nad produkcją filmu do samego końca.

robocop_posters

Niech wolno mi będzie podsumować moje przemyślenia w błyskotliwym skrócie: RoboCop to film dobry w ryj! Zwróćcie uwagę na przejrzystość i konieczność wszystkich elementów składowych fabuły, na jej piękną intonację, pozostającą w wyraźnym kontraście z koszmarnym tematem opowieści. Wszak RoboCop to w dużej mierze poruszająca historia zamordowanego na służbie policjanta, męża i wreszcie ojca – tego faktu nie należy lekceważyć! Klarowność stylu Verhoevena podsyca ciemne bogactwo jego fantazji: kontrast i harmonia, styl i treść, forma i fabuła – wszystko doskonale połączone. Spróbujcie usunąć z filmu jakikolwiek urywek, a cała konstrukcja poleci na łeb na szyję. Z wizji Verhoevena nie da się nic uszczknąć. Tym oto dziwnym stwierdzeniem kończę reckę, żywiąc jednocześnie nadzieję, że kiedy będziecie robić filmowe podsumowanie życia (ja już takowe robię), nie zapomnicie o blaszanym ludziku z giwerą w udzie.

Takich filmów się już dzisiaj nie kręci.

Ostatnio dodane