nowości kinowe

Rings

Po grozie oryginału nic już nie zostało – w „Rings” straszyć ma nie kaseta video, lecz ikonki w komputerze. Litości!

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Po dwunastu latach od premiery ostatniego amerykańskiego Kręgu otrzymujemy kolejny film o przeklętej kasecie video i dziewczynie wychodzącej z telewizora. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego tak późno, wszakże obie części z Naomi Watts zarobiły grube miliony, a pierwsza powszechnie uważana jest za jeden z najlepszych remake’ów w historii kina grozy. Odpowiedź jest prosta – Krąg 2 był niesamowicie nudnym, głupim i wyjątkowo nieudolnym produktem, który niestety podpisał Hideo Nakata, reżyser japońskiego oryginału. Mija zatem ponad dekada, a do kin wchodzi Rings, formalnie trzeci film z cyklu, choć już bez Watts w obsadzie. I znów dostajemy horror nudny, głupi i nieudolny. Ale przynajmniej starający się ruszyć serię w nowym kierunku.

Ten bynajmniej nie dotyczy przejścia z taśmy na cyfrę, mimo że niesławny film rzeczywiście można teraz skopiować paroma kliknięciami myszki. Bardziej niż konsekwencje globalnego i natychmiastowego dostępu do nagrania twórców ciekawią pytania, które cisnęły się na usta po obejrzeniu poprzednich dwóch części, jak i japońskich wersji. Na przykład, w jakim tempie może rozprzestrzenić się klątwa, zanim dosięgnie znów tych samych ludzi. Pierwsza scena ukazuje zdenerwowanego mężczyznę lecącego samolotem, który zwierza się nieznajomej dziewczynie, że za parę minut minie dokładnie siedem dni, odkąd widział przeklęte nagranie. Kobieta oczywiście wyśmiewa go, ale nie jej przyjaciółka, która wpada w popłoch, słysząc historię pechowca. I ona widziała swego czasu taśmę, ale udało jej się cofnąć klątwę; on nie wiedział, że można to zrobić. Koniec wydaje się nieunikniony, no bo jak wydostać się z lecącego samolotu?

Prolog do mądrych nie należy (choć w swym absurdzie jest nawet zabawny), a co gorsza reżyser, F. Javier Gutiérrez, nie ma pojęcia, jak wykrzesać z całej sytuacji choćby odrobinę napięcia. Później wcale nie jest lepiej – kaseta wpada w ręce akademickiego profesora, który szybko odkrywa jej sekret i zaczyna badać ją „naukowymi” metodami. Do eksperymentu zaprasza swoich studentów, dokładnie tłumacząc zasady rządzące klątwą, następnie puszczając biedakom nagranie i każąc im dokumentować następne siedem dni. Oczywiście w końcu dochodzi do tragedii, bo przecież nie można bezkarnie oglądać filmu i kpić sobie w ten sposób z upiornej Samary.

Rings zbudowany jest z obiecujących pomysłów, które jednak nie znajdują ciekawego rozwinięcia.

Słyszymy o chęci poznania tajemnicy życia po śmierci, mamy badania w tak zwanych warunkach kontrolowanych, a pierwsze efekty styczności z taśmą ukazane są w całkiem nowym świetle. To wszystko ostatecznie schodzi na plan dalszy, bo scenarzyści wolą powielić schemat fabularny oryginału, w którym zagrożona para rusza do miejscowości, gdzie „wszystko się zaczęło”, aby ocalenia szukać w przeszłości złego dziecka. Napięcia z tego niewiele, bo nie ma nawet wyścigu z czasem – jeżeli reżyser nie potrafi zadbać o to, abyśmy wiedzieli, jak blisko realizacji klątwy znajdują się bohaterowie, to powinien zmienić zawód. Przerażające w założeniu sceny inscenizuje w sposób niepozwalający nam chociaż na moment się wystraszyć, ilustrując je orkiestrową muzyką już kompletnie zabijającą jakąkolwiek atmosferę. Kiedy najlepszy jump scare filmu to nagły dźwięk otwieranego parasola, wiesz, że źle trafiłeś.

Innym grzechem twórców jest to, że nie bardzo wiedzą, o czym chcą opowiedzieć. Z jednej strony Rings mają być pomysłową (oczywiście w zamierzeniu scenarzystów) odpowiedzią na wszelkie paradoksy, jakie znaleźć można było w poprzednich filmach. Później jednak zadowalają się ścieżką swojego poprzednika, aby w finale przedstawić najgorszy z możliwych scenariuszy przeniesienia klątwy Samary do sieci. Jednocześnie ona sama jawi się w jednym momencie jako ktoś skrzywdzony, kto ma prawo do swojej zemsty. To wszystko nie tylko nie łączy się w jedną spójną historię, ale zaskakuje brakiem własnego specyficznego klimatu. Co by nie mówić o wcześniejszych amerykańskich filmach z serii, charakteryzowały się wyjątkowo ponurą atmosferą wynikającą w dużej mierze z tego, jak wyglądały. Zdjęcia, kolorystyka, sposób, w jaki zwyczajne rzeczy jawiły się jako coś nienaturalnego – to wszystko służyło grozie o surrealistycznym wręcz wydźwięku. Niestety nikt o tym nie pomyślał, kręcąc nowy film, przez co całość tonie w ciepłych, przyjemnych barwach i efektownej, ale bezstylowej oprawie.

Najgorsza jest i tak nuda. Gdyby Rings był tylko głupi, wybaczyłbym to. Gdyby zamiast autentycznego strachu oferował ekscytację opartą na ciekawej grze z zasadami klątwy, nie miałbym z tym problemu. Ale gdy oczy same mi się przymykają, a kolejne pojawienia się złowrogiego upiora kwituję ziewnięciem, nie ma dla takiego filmu ratunku. I nawet cytowanie innych, lepszych horrorów (motyw z cykadami pojawił się już w mrocznym The Beast Within, jedna scena śmierci jak żywo przypomina Oszukać przeznaczenie, a i zeszłoroczne Nie oddychaj przychodzi na myśl w pewnym momencie) wypada tutaj wyjątkowo topornie. Ze starej, wysłużonej taśmy magnetycznej nie pozostało już nic.

Ostatnio dodane