Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone - Za kilka dolarów więcej | FILM.ORG.PL

Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone – ZA KILKA DOLARÓW WIĘCEJ








Piotr Han
07.06.2014


dolary2

Za kilka dolarów więcej

Tajemniczy gringo powraca. Tym razem nie jest już jednak tak tajemniczy, jak w pierwszej „Garści dolarów”, gdyż znamy wykonywany przez niego zawód. Otóż Monco/Manco (bo tak w zależności od wersji językowej zwie się teoretycznie bezimienny bohater Clinta) dorabia w charakterze łowcy nagród. W krainie, gdzie „życie nie ma żadnej wartości, ale śmierć ma czasem swoją cenę”, da się w ten sposób nieźle zarobić. W wyniku zbiegu okoliczności nasz gringo zmuszony jest wejść w sojusz ze starszym kolegą po fachu, pułkownikiem Mortimerem (Lee Van Cleef), aby dopaść psychopatycznego bandytę zwanego Indio (Gian Maria Volonte – ten aktor wcielał się również w rolę głównego antagonisty w „Za garść dolarów”, ale tutaj gra zupełnie inną, jeszcze mniej sympatyczną postać). Z czasem okazuje się jednak, że Mortimerowi nie chodzi o zdobycie nagrody lecz o wyrównanie rachunków z przeszłości.

Więcej, głośniej i znacznie lepiej

W dużej części opracowań dotyczących „Dolarowej trylogii” widoczny jest podobny schemat myślowy, wedle którego „Za kilka dolarów więcej” jest znacznie lepsze od nieco topornej „Garści dolarów”, ale ciągle stanowi jedynie rozgrzewkę przed „Dobrym, złym i brzydkim”. Ja jestem odmiennego zdania i uważam, że to środkowa część trylogii powinna być uważana za opus magnum duetu Sergio Leone-Clint Eastwood. To dzieło praktycznie nie ma większych wad, w przeciwieństwie do trzeciej odsłony, gdzie da się znaleźć kilka słabszych momentów.

W „Za kilka dolarów więcej” reżyserowi udało się chyba najlepiej w swojej karierze wyważyć proporcje między podszytym bezlitosną ironią poczuciem humoru, a fatalizmem. Leone po mistrzowsku łączy ogień z wodą. Wątek zemsty za bestialską zbrodnię z przeszłości, który rozgrywany jest całkowicie „na poważnie”, kontrowany jest całym szeregiem niemal groteskowych i przerysowanych sekwencji (np. po dramatycznym pojedynku następuje scena zbierania zwłok na wózek w celu ich późniejszego spieniężenia). Wystarczyłoby odrobinę poprzestawiać akcenty, aby zaburzyć tę misterną konstrukcję. Na szczęście Leone (z pomocą współscenarzystów, zwłaszcza Luciana Vincenzoniego) nie pozwolił by do filmu wkradł się chociaż jeden fałszywy ton. Tak powstał jeden z najbardziej „westernowych westernów” będący jednocześnie swoistą przerysowaną parodią tego szlachetnego gatunku.

dalsze_dolary

O ile w „Garści dolarów” mamy tylko Clinta, o tyle tutaj równie istotną – o ile nie istotniejszą – rolę odgrywa pułkownik Mortimer. Rozpisanie tego utworu na dwóch rewolwerowców nie jest jedynie pustym zabiegiem narracyjnym mającym na celu zwiększenie dynamizmu akcji (chociaż to też). Leone dużo uwagi poświęca relacjom łączącym jego bohaterów. Mimo dzielących ich różnic (wiek, pobudki) obaj panowie znajdują wspólny język i niechętnie, ale łączą siły dla osiągnięcia wspólnego celu.

Mortimerowi nie zależy na pieniądzach – kieruje się żądzą zemsty. Tajemniczy gringo pozornie zdaje się być zainteresowany wyłącznie nagrodą wyznaczoną za India. Jednak z czasem jego działania zaczynają świadczyć, że nie jest tak kompletnie pozbawiony uczuć, jak mogłoby się wydawać na początku. Ten motyw zostaje rozegrany subtelnie i bez cienia łopatologii.

Właściwi ludzie na właściwych miejscach

Duża w tym zasługa scenarzystów, którzy delikatnymi pociągnięciami „naszkicowali” te postacie. Manco/Monco Eastwooda jest nieco inną postacią niż w pierwszej części cyklu, bardziej zdystansowaną i ironiczną, ale przez to ciekawszą i zwyczajnie sympatyczniejszą. Brawa należą się również doskonałemu Lee Van Cleefowi, którego spokojna charyzma dosłownie rozsadza ekran. Angaż tego nieoczywistego aktora był jedną z najlepszych decyzji podjętych przez Sergio Leone. Skoro mowa już o odważnych decyzjach to nie mogę nie wspomnieć, o tym że powtórne zaangażowanie Gian Maria Volonte do roli czarnego charakteru było również doskonałym posunięciem. Szkoda, że ten charakterystyczny aktor nie zrobił większej kariery. Na zakończenie  pochwalnej wyliczanki wspomnę tylko, że na ekranie pojawia się również Klaus Kinski, który „odstawia” klasycznego, nie do końca zrównoważonego kinskiego. Już dla samej jego niezbyt dużej, ale zapadającej w pamięć roli warto zobaczyć „Za kilka dolarów więcej”.

clint3

Jeżeli chodzi o kwestie warsztatowe to na tym etapie Sergio Leone był już dojrzałym twórcą o wykrystalizowanym stylu. Mimo pozornie powolnego tempa, w jakim toczy się ta opowieść, napięcie nie opada ani na moment. Każdy kadr jest doskonale przemyślany i rozplanowany. Perfekcjonista Leone niczego nie chciał pozostawić przypadkowi, nigdy nie szedł też po linii najmniejszego oporu. „Za kilka dolarów więcej” i jego późniejsze filmy są doskonałym przykładem na zobrazowanie siły reżyserii i montażu. Jest tutaj dużo scen, które w scenariuszu prawdopodobnie nie robiły większego wrażenia, podczas gdy efekt końcowy rzuca na kolana.

Każdy, kto miał przyjemność choć raz obejrzeć środkową część Dolarowej Trylogii z pewnością doskonale pamięta finałową scenę z pozytywką. Jest to jeden z tych momentów, dla których warto oglądać filmy. Przy ponownym seansie doskonale wiedziałem, jaka będzie sekwencja zdarzeń, mimo to ciągle byłem pod kolosalnym wrażeniem – te kilka minut mogę oglądać w nieskończoność. Włoski reżyser nigdy nie nakręcił już lepszej sceny. Na szczęście udało mu się jeszcze wyczarować kilka(naście) równie genialnych.

Czas to dolar!

„Za garść dolarów” szturmem zdobyło włoskie kina, szybko stało się jednym z największych przebojów w dziejach tamtejszej kinematografii. Clint Eastwood nic o tym jednak nie wiedział. Po zakończeniu europejskich wojaży wrócił na plan serialu „Rawhide” i czekał na jakiekolwiek informacje odnośnie losów filmu w którym miał przyjemność wystąpić, czyli „Il Magnifico Stragnero”. Śledził również informacje prasowe na temat włoskiego kina, jednak tam również nie znalazł żadnej interesującej go wzmianki. Co więcej, wszystkie westerny ponosiły tamtego roku finansowe klęski na Półwyspie Apenińskim. Jedynym wyjątkiem był pewien film o nic nie mówiącym Clintowi tytule. Możemy się jedynie domyślać, jak wielkie było jego zdziwienie, gdy z jednej z recenzji dowiedział się, że główną rolę w przebojowym „Za garść dolarów” grał pewien młody Amerykanin nazwiskiem Eastwood.

indio
Wkrótce potem producent Arrigo Columbo zgłosił się do Clinta z propozycją nakręcenia sequela. Nieufny Jankes nie chciał się jednak zgodzić, gdyż jeszcze nie miał przyjemności obejrzeć pierwszego filmu (!).  Łaskawy Columbo zgodził się przesłać mu kopię. W międzyczasie Eastwood zapoznał się ze ścieżką dźwiękową Ennio Morricone, która wywarła na nim ogromne, ale nie do końca pozytywne wrażenie. Przystępując do oglądania tego zmieniającego niespodziewanie tytuł, nie całkiem oryginalnego, nakręconego w polowych warunkach filmu Clint był pełen obaw. Jednak po zakończeniu seansu szybko podjął decyzję o wystąpieniu w kontynuacji.

Włosi chcieli jak najszybciej zdyskontować sukces pierwszej części, więc Leone wraz ze współpracownikami w ciągu dwóch miesięcy napisali scenariusz. Już zanim skrypt był skończony, reżyser wraz z nowym producentem Alberto Grimaldim udali się do Stanów Zjednoczonych, aby przekonać Clinta do złożenia podpisu na umowie. Sergio odegrał w jego salonie najważniejsze sceny nowego filmu, Grimaldi zaś chciał wypłacić gotówką z góry dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, czyli połowę proponowanej gaży. Eastwood z anglosaskim podejściem do sprawy wolał jednak wstrzymać się z podpisaniem zobowiązania do momentu, gdy scenariusz będzie gotowy.

Pieniądze mam –  komu je dam?

Przy pracy nad swoim drugim westernem Leone dysponował znacznie większym budżetem. Dlatego mógł pozwolić sobie na zaangażowanie jeszcze jednego amerykańskiego aktora. Jednak w tym czasie jego nazwisko w dalszym ciągu nie znaczyło zbyt wiele w Hollywood. Henry Fonda, Jack Palace i – po raz kolejny – Charles Bronson zdecydowanie odrzucali propozycje. Leone zwrócił się więc do Lee Van Cleefa, charakterystycznego aktora, który pojawił się na dalszym planie w wielu klasycznych westernach (m.in. „W samo południe”, „Jak zdobywano Dziki Zachód”, „Człowiek, który zabił Liberty Valance’a”). Nigdy nie udało mu się przebić do pierwszej ligi. W pewnym momencie doznał poważnego urazu, który postawił pod znakiem zapytania jego karierę filmową, później pojawiły się problemy alkoholowe. Jego kariera znajdowała się w martwym punkcie. Gdy zgłosił się do niego Leone,  Van Cleef, który od 1962 roku nie pojawił się w kinowej produkcji, myślał, że Włoch chce go obsadzić w małej roli, był więc niezwykle miło zaskoczony, gdy okazało się, że będzie on drugim nazwiskiem w obsadzie. Był to punkt zwrotny w karierze tego amerykańskiego aktora o holenderskich korzeniach. Z czasem stał się jedną z ikon europejskich westernów.

crew
Rok 1965 był też przełomowym dla innego aktora. Klaus Kinski wcześniej występował głównie w niemieckich filmach i nie był specjanie znany poza ojczyzną. U Leone wcielił się w rolę garbusa-psychopaty, nie miał zbyt wiele czasu ekranowego, ale udało mu się stworzyć bardzo pamiętną kreację. W czasie zdjęć ekscentryczny Kinski najlepiej dogadywał się z hiszpańskimi cyganami, których uważał za swoje bratnie dusze. W tym samym okresie Kinski pojawił się w jeszcze bardziej przebojowym „Doktorze Żywago”. Dzięki tym rolom zdobył sławę i międzynarodowy rozgłos. Mógł do woli wybierać w propozycjach – jeśli wierzyć legendzie kierował się przy tym wyłącznie kryterium finansowym, ale to już osobna historia.

Film trafił do włoskich kin rok po „Za garść dolarów”. W kinach radził sobie jednak jeszcze lepiej niż sławny poprzednik. Sukces był taki wielki, że dostrzegły go nawet grube ryby z Hollywood. Powodzenie jednego filmu zawsze mogło być dziełem przypadku, jednak po stworzeniu dwóch bardzo dobrze ocenianych i – co najważniejsze – ekstremalnie dochodowych produkcji nazwiska Leone i Eastwood  zaczynały coś znaczyć w przemyśle filmowym. Wytwórnia United Artists zdecydowała się zainwestować w produkcję ich trzeciego filmu. Równocześnie zapadła decyzja o wprowadzeniu obu westernów do amerykańskich kin. (Co ciekawe, to właśnie jankescy spece od marketingu jako pierwsi nazwali postać Clinta Człowiekiem Bez Imienia – Man With No Name).

Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone – ZA GARŚĆ DOLARÓW 

Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone – DOBRY, ZŁY I BRZYDKI 

Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone – PEWNEGO RAZU NA DZIKIM ZACHODZIE







  • Pingback: Rewolwerowe kołysanki Sergio Leone - Za garść dolarów | FILM.ORG.PL()

  • Miłosz Drewniak

    Możliwe spoilery.

    Mam podobne odczucia jak autor tekstu. Dla mnie „Za kilka dolarów więcej” to najlepsza część trylogii, głównie dzięki arcygenialnej scenie końcowego pojedynku. Świetny montaż + motyw muzyczny Ennio Morricone + Eastwood, Van Cleef, Volonte = czysta poezja pośród czegoś tak, zdawałoby się, prozaicznego jak sceneria dzikiego zachodu. No cóż, Leone to po prostu poeta gatunku.

    Najlepsze w tej scenie jest to, że Człowiek Bez Imienia wcale nie pomaga Mortimerowi. On tylko wyrównuje szanse i odchodzi na bok. Świetnie napisana i zagrana postać.

    Też mogę oglądać to w kółko.

    http://www.youtube.com/watch?v=0JPnR7C8mZQ

  • steppenwolf1982

    „Gian Maria Volonte (..) szkoda, że ten charakterystyczny aktor nie zrobił większej kariery”
    – wg. mnie dość niesprawiedliwe stwierdzenie – każdy kto choć trochę interesuje się włoskim kinem, doskonale pamięta jego kreacje z filmów Elio Petri na czele ze „Śledztwem w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem” czy francuskim ” W kręgu zła” J.P. Melville’a

    • PH

      Jeżeli ktoś się interesuje europejskim kinem może go kojarzyć, ale nie zrobił kariery na, na którą zasługiwał.

  • steppenwolf1982

    a co do samego filmu, mnie najbardziej utkwiła w pamięci świetna scena „pojedynku” eastwooda z van cleef’em gdzieś pośrodku filmu

  • Pingback: Dobry, zły i brzydki | FILM.ORG.PL()

  • Pingback: REWOLWEROWE KOŁYSANKI: „ZA KILKA DOLARÓW WIĘCEJ” – piotrhan()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wilgotne miejsca

Następny tekst

Drive Hard



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE