nowości kinowe

Resident Evil: Retrybucja

Wow... czasem po prostu brakuje słów. Paul W. S. Anderson sprawdza, ile razy z rzędu można nakręcić film jeszcze gorszy od poprzedniego.

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Panie Anderson, ileż można?

Czy ktoś w ogóle był wystarczająco naiwny i liczył na to, że piąta część "Resident Evil" może być dobra? W końcu jeśli widziało się parę wcześniejszych części łatwo wyczuć trend jakim kieruje się ta seria, poczynając od "jedynki", którą przy odpowiedniej dozie optymizmu i dobrej woli można określić mianem "całkiem, całkiem", aż do "Afterlife", który da się podsumować zrezygnowanym wzruszeniem ramion. Do obejrzenia "Retrybucji" motywowało mnie to samo, co pchało mnie do chodzenia na kolejne części "Piły" – najzwyklejsza ciekawość odnośnie scenariusza.

Tak, scenariusza właśnie. Nie akcji, wybuchów ani wymyślnych tortur z drugiego wspomnianego tasiemca. Fascynuje mnie to jak w obu przypadkach prostolinijną historię rozdmuchano na pokracznie wielką skalę, dopisując na kolanie kolejne postacie, miejsca, motywacje i zwroty akcji, które nikogo nie obchodzą. Dodajmy do tego – przy zachowaniu pełnej powagi. Zastanawiałem się więc, czy wewnątrz uniwersum opowiadającego o walczącej z coraz to nowymi gatunkami zombiaków Milli Jovovich zapanuje nie dający się ogarnąć myślą, fabularny bałagan, który już od lat towarzyszy historii Jigsawa. I z satysfakcją mogę napisać, że po przyjęciu takiego punktu widzenia kolejna część życiowego dzieła Paula W.S. Andersona przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Zacznijmy od tego, że "Retrybucja", podobnie jak "Afterlife", dokonuje prawdziwej scenariuszowej ekwilibrystyki, byle tylko nie pchnąć fabuły do przodu. W poprzedniej części nie wydarzyło się tak naprawdę nic istotnego – akcja serii po zakończeniu filmu znajduje się w tym samym miejscu, co na jego początku, pomiędzy było tylko półtorej godziny zwyczajnego wypełniacza. Ostatni odcinek idzie nawet krok dalej, resetując motywacje niektórych bohaterów i oszczędzając na fachowcach od pisania dialogów. Gdyby ostatnia scena została domontowana do trzeciej części, to po przymknięciu oka na kilka drobnych szczegółów (pojawienie się znikąd paru postaci, norma) wszystko by do siebie pasowało. A kolejne filmy spokojnie mogłyby trafić do kosza.

Następnym intrygującym zagraniem jest nawiązywanie do gry Capcomu, na której podobno oparty jest film. Nie przestaje zadziwiać mnie nonszalancki sposób, w jaki Anderson korzysta z bezpośrednio zaczerpniętych z oryginału obrazów. W "Afterlife" wrzucił w środek amerykańskiego miasta wielkiego, zakapturzonego kata z zapyziałej, afrykańskiej wioski. W "Retribution" pojawia się kilka istotnych postaci z gry, które w ekranizacja po prostu są. Wyglądają dokładnie tak jak powinni, ale nie dlatego, że ma to jakiś sens w odniesieniu do historii. Wyglądają tak, żeby ktoś w Internecie zestawił ze sobą fotki z obu produkcji i pokazał, że aktorzy bawili się w mniej lub bardziej udany cosplay. Najwyraźniej kiedy któryś z jego znajomych grał na konsoli, wszedł on na chwilę do pokoju, spojrzał na ekran telewizora, pomyślał "chcę to mieć w filmie" i wyszedł nie zastanawiając się nad kontekstem. W końcu, po co on komu? Zwyczajowym tłumaczeniem obrońców ekranizacji czegokolwiek jest stwierdzenie "nie czytałeś/nie grałeś/nie widziałeś, więc nie rozumiesz". Tutaj to nie zadziała. Dla osoby zaznajomionej z materiałem źródłowym ten film będzie miał jeszcze mniej sensu.

Skoro nie ma fabuły, to może chociaż jest na co popatrzeć? Na samym początku filmu pomyślałem, że usiadłem na złej sali, bo scena napisów otwierających jest… całkiem niezła. Zaczyna się parę chwil po zakończeniu poprzedniej części, a następnie cofa do ujęcia zamykającego "Afterlife". Jest w tym pomysł, jest nawet całkiem fajna muzyka w tle, przez chwilę była również iskierka nadziei. Całe szczęście za moment wszystko wróciło do normy. Jest mało gadania, sporo strzelania i jucha lejąca się strumieniami. Znalazło się nawet miejsce dla pościgu albo dwóch, a wszystkie co "lepsze" fragmenty pokazane są w zwolnionym tempie. Jest go tu dużo. A od nadużywania slo-mo gorsze jest jedynie nadużywanie slo-mo do pokazywania tandetnej choreografii, słabej realizacji i nudnej akcji. Jeden z tych filmów, po którego obejrzeniu przez dłuższy czas zwyczajnie nie ma się pomysłu na to, co o nim powiedzieć. Odbiera mowę.

Wiele jest rzeczy niezmiennych na świecie i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że możemy do nich zaliczyć następną. PWS Anderson nadal będzie co dwa lata trzaskał kolejne odsłony swojej flagowej serii, bo wyglądające jak prezentacja konkursowych strojów na jakimś konwencie ostatnie ujęcie ewidentnie sugeruje sequel. Jeśli nie dla kasy i widzów, to tylko po to, żeby jego żona mogła pokazać się od czasu do czasu na ekranie w coraz to bardziej wymyślnym, nowym ciuchu. I po to, żeby zbadać zasadność określenia "dno", w odniesieniu do kinematografii. Kto wie, może da się kopać bez końca?

Ostatnio dodane