Resident Evil: Retrybucja | FILM.ORG.PL

Resident Evil: Retrybucja

Wow... czasem po prostu brakuje słów. Paul W. S. Anderson sprawdza, ile razy z rzędu można nakręcić film jeszcze gorszy od poprzedniego.




Panie Anderson, ileż można?




Maciek Poleszak
15.09.2012


Czy ktoś w ogóle był wystarczająco naiwny i liczył na to, że piąta część "Resident Evil" może być dobra? W końcu jeśli widziało się parę wcześniejszych części łatwo wyczuć trend jakim kieruje się ta seria, poczynając od "jedynki", którą przy odpowiedniej dozie optymizmu i dobrej woli można określić mianem "całkiem, całkiem", aż do "Afterlife", który da się podsumować zrezygnowanym wzruszeniem ramion. Do obejrzenia "Retrybucji" motywowało mnie to samo, co pchało mnie do chodzenia na kolejne części "Piły" – najzwyklejsza ciekawość odnośnie scenariusza.

Tak, scenariusza właśnie. Nie akcji, wybuchów ani wymyślnych tortur z drugiego wspomnianego tasiemca. Fascynuje mnie to jak w obu przypadkach prostolinijną historię rozdmuchano na pokracznie wielką skalę, dopisując na kolanie kolejne postacie, miejsca, motywacje i zwroty akcji, które nikogo nie obchodzą. Dodajmy do tego – przy zachowaniu pełnej powagi. Zastanawiałem się więc, czy wewnątrz uniwersum opowiadającego o walczącej z coraz to nowymi gatunkami zombiaków Milli Jovovich zapanuje nie dający się ogarnąć myślą, fabularny bałagan, który już od lat towarzyszy historii Jigsawa. I z satysfakcją mogę napisać, że po przyjęciu takiego punktu widzenia kolejna część życiowego dzieła Paula W.S. Andersona przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Zacznijmy od tego, że "Retrybucja", podobnie jak "Afterlife", dokonuje prawdziwej scenariuszowej ekwilibrystyki, byle tylko nie pchnąć fabuły do przodu. W poprzedniej części nie wydarzyło się tak naprawdę nic istotnego – akcja serii po zakończeniu filmu znajduje się w tym samym miejscu, co na jego początku, pomiędzy było tylko półtorej godziny zwyczajnego wypełniacza. Ostatni odcinek idzie nawet krok dalej, resetując motywacje niektórych bohaterów i oszczędzając na fachowcach od pisania dialogów. Gdyby ostatnia scena została domontowana do trzeciej części, to po przymknięciu oka na kilka drobnych szczegółów (pojawienie się znikąd paru postaci, norma) wszystko by do siebie pasowało. A kolejne filmy spokojnie mogłyby trafić do kosza.

Następnym intrygującym zagraniem jest nawiązywanie do gry Capcomu, na której podobno oparty jest film. Nie przestaje zadziwiać mnie nonszalancki sposób, w jaki Anderson korzysta z bezpośrednio zaczerpniętych z oryginału obrazów. W "Afterlife" wrzucił w środek amerykańskiego miasta wielkiego, zakapturzonego kata z zapyziałej, afrykańskiej wioski. W "Retribution" pojawia się kilka istotnych postaci z gry, które w ekranizacja po prostu są. Wyglądają dokładnie tak jak powinni, ale nie dlatego, że ma to jakiś sens w odniesieniu do historii. Wyglądają tak, żeby ktoś w Internecie zestawił ze sobą fotki z obu produkcji i pokazał, że aktorzy bawili się w mniej lub bardziej udany cosplay. Najwyraźniej kiedy któryś z jego znajomych grał na konsoli, wszedł on na chwilę do pokoju, spojrzał na ekran telewizora, pomyślał "chcę to mieć w filmie" i wyszedł nie zastanawiając się nad kontekstem. W końcu, po co on komu? Zwyczajowym tłumaczeniem obrońców ekranizacji czegokolwiek jest stwierdzenie "nie czytałeś/nie grałeś/nie widziałeś, więc nie rozumiesz". Tutaj to nie zadziała. Dla osoby zaznajomionej z materiałem źródłowym ten film będzie miał jeszcze mniej sensu.

Skoro nie ma fabuły, to może chociaż jest na co popatrzeć? Na samym początku filmu pomyślałem, że usiadłem na złej sali, bo scena napisów otwierających jest… całkiem niezła. Zaczyna się parę chwil po zakończeniu poprzedniej części, a następnie cofa do ujęcia zamykającego "Afterlife". Jest w tym pomysł, jest nawet całkiem fajna muzyka w tle, przez chwilę była również iskierka nadziei. Całe szczęście za moment wszystko wróciło do normy. Jest mało gadania, sporo strzelania i jucha lejąca się strumieniami. Znalazło się nawet miejsce dla pościgu albo dwóch, a wszystkie co "lepsze" fragmenty pokazane są w zwolnionym tempie. Jest go tu dużo. A od nadużywania slo-mo gorsze jest jedynie nadużywanie slo-mo do pokazywania tandetnej choreografii, słabej realizacji i nudnej akcji. Jeden z tych filmów, po którego obejrzeniu przez dłuższy czas zwyczajnie nie ma się pomysłu na to, co o nim powiedzieć. Odbiera mowę.

Wiele jest rzeczy niezmiennych na świecie i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że możemy do nich zaliczyć następną. PWS Anderson nadal będzie co dwa lata trzaskał kolejne odsłony swojej flagowej serii, bo wyglądające jak prezentacja konkursowych strojów na jakimś konwencie ostatnie ujęcie ewidentnie sugeruje sequel. Jeśli nie dla kasy i widzów, to tylko po to, żeby jego żona mogła pokazać się od czasu do czasu na ekranie w coraz to bardziej wymyślnym, nowym ciuchu. I po to, żeby zbadać zasadność określenia "dno", w odniesieniu do kinematografii. Kto wie, może da się kopać bez końca?







  • łał -ale fajny trailer -jak jakiś rezurekszyn czy inny ukrty tygrys przyczajonysmok.

    Bardzo interesuję się ową „żoną” -żoną kogo i która to?

    • Maciek „Ciuniek” Poleszak

      Milla Jovovich to żona PWS Andersona. Ot, taki rodzinny interes ;).

  • Tyle można, dopóki ludzie chcą za to płacić! Część czwarta kosztowała 65 milionów a zarobiła na całym świecie w samych kinach chyba z 230 milionów! Rachunek jest prosty.

  • No to Pan Anderson robi świetny interes!
    Po co płacić miliony jakiej gwiazdce skoro można się z nią hajtnąć i mieć obsadę za darmo. Powinni w Holywood wprowadzić wielożeństwo :)

  • Andriej

    Film krótki, więc warto było zobaczyć choćby dla fajnych lasek, a fajne są wszystkie, które się pokazały ;) Warto w sensie poświęcenia czasu, bo i tak oglądałem pirata XD za cholerę bym za to nie zapłacił

  • vann

    Dla wszystkich co nie grali w Resident Evil. Film nie ma nic wspólnego z grą poza na siłę wrzucanymi postaciami, które i tak poza strojami różnią się wszystkim. Mało tego – gra mimo że do fabularnie najlepszych nie należy, jest i tak o niebo lepsza od tego filmu. Dodatkowo growemu odpowiednikowi bliżej do horroru niż do pseudo matrixa.

  • Wezyr

    Jest tyle złych serii filmowych, jednak absolutnie nie rozumiem narzekań na RE. Oczywiście, nic szczególnego, ale jeśli lubi się styl zombie apokalipsy, to lepsze to niż dwie tony niskobudżetowego trashu, jakiego jest pełno na rynku. Unikaty typu „Świt żywych trupów” czy „28 dni później” trafiają się po prostu bardzo rzadko.

  • kadr

    Czepiasz się naprawdę. W swoim gatunku „Retrybucja” jest naprawdę przyzwoitym filmem akcji, dobrze zrealizowanym, zmontowanym i udźwiękowionym. Reżyser ani przez moment nie udaje, że zrobił coś innego niż wakacyjny odmóżdżacz i za to część mu i chwała. A czepianie się tego filmu na zasadzie takiej, że jaka szkoda, że nie jest to arcydzieło horroru jest idiotyczne.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Zarzynanie legendy w trzy de

Następny tekst

W drodze



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE