REQUIEM DLA SNU - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Requiem dla snu

Aronofsky, ach, Aronofsky, ależ z Ciebie hultaj, taki brzydki świat nam pokazujesz.




Po fecie w oczach gniecie, a po heroinie człowiek zginie




Jakub Koisz
25.03.2014


requiem-for-a-dream-movie-poster-2000-1020194578Są różne tripy. Czasami podśpiewujesz sobie szaleńczo i wesoło, ujeżdżając węża, za Tobą migają światła Las Vegas. Jak u Gilliama, u którego horror ćpania nie istnieje, może tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie jesteśmy przyzwyczajeni do narracji dostosowanej do działania różnych środków psychotropowych. Wtedy to męczy, ale tylko troszkę. Inaczej jest w „Trainspotting” Boyle’a. Śmieszne fazy, halucynacje z kategorii „ej, stary, wiesz co widziałem?”, a groza nieco bardziej namacalna, jednak to ciągle trip, na który możemy sobie pozwolić.

Są też złe jazdy. Pokruszone szkliwo od zaciskania zębów, drapanie po plecach, gdy się jakiś kinder-narkus nawciska acodinu, swędzące nogi i głowy, pięści w ciągłym kułaku, nerwowość oraz drżenie gałek ocznych… „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego nie jest typowym filmem o tripach dobrych i złych. To historia o kompulsywnych natręctwach, jakże powszechnych, gdy bawisz się wystarczająco długo w ten maleńki cyrk zwany życiem.

Życiowa jest bardzo sceneria brooklyńska, w której Sara, samotna matka, całymi dniami przerzuca kanały w telewizorze, oczarowana tymi obrazkami niczym dzieciak, który pierwsza raz otwiera świerszczyka. Klik. Program kulinarny. Klik. Program o modzie. Klik. Teleturniej. Narkotyk to potężny, nietrudno więc spieprzyć wychowanie syna, wrażliwego Harry’ego. A ten pompuje sobie heroinę w żyłkę regularnie. Jego dziewczyna też to lubi. Przyjaciel to lubi. Na tyle wszyscy to lubią, że naturalną koleją rzeczy jest sprzedawanie towaru. Mamuśka, ta od telewizora i niewielu innych aktywności w życiu, dowiaduje się w tym czasie, że wystąpi w swoim ulubionym show. Bez zastanowienia zaczyna drakońską dietę opartą na tabletkach ze znaczną ilością amfetaminy. Kto zna temacik, ten wie, że nic nie wyszczupla bardziej niż „białe”, zwane również „amfą”, „fetą” czy – rzadziej – „prądem”. Powolne dążenie do szaleństwa i śmierci lepsze niż płytka DVD z machającą tyłkiem Chodakowską.

requiem-for-a-dream-poster

Aronofsky nie pokazuje nam jednak tego w taki lakoniczny sposób. O nie, Aronofsky nie chce zrobić filmu w stylu „Trainspotting”, w którym banda wesołych ćpunów rozbawi, wprawi w zadumę, a widzowi choćby na chwilę przejdzie przez myśl, że mógłby się pobujać z chłopakami, ale raz, żeby nie stało się to regularne. Aronofsky opowiada nieco inaczej, bo zanim pokryje nas kurz z tego piekła uzależnień, będziemy wiedzieli, że bawić się tak nie chcemy. To, co robi mama Harry’ego, jest złe. To, co robią Harry ze swoją dziewczyną, jest złe. Powiększająca się na jego ramieniu infekcja jest niczym cienka czerwona linia, która prowadzić może tylko do końca.

Aronofsky, ach, Aronofsky, ależ z Ciebie hultaj, taki brzydki świat nam pokazujesz. Bo z jednej strony opowiadasz o tym samym, co Danny Boyle, czyli że aby spełniać marzenia, należy je nie tylko mieć, ale podjąć jakieś kroki, zerwać z przeszłością, wzbogacać się duchowo i – nie daj Boże! – nie wstrzykiwać marihuany i pić kokainy. Amerykański sen to u Ciebie źródło cierpień wręcz. I grasz takie bardzo wyszukane rekwiemy, epatujesz brzydotą, miksując ją z dyskotekowymi wstrząsami, nie boisz się wysokich tonacji, a potem płynnie przechodzisz w nokturny. Inaczej być nie może, na końcu musi być mrocznie, nokturnowo. Nie bierzcie narkotyków. Śnijcie inaczej – mówisz do nas, Darrenie Arnofsky.

Kiwam głową. Tak, tato. Obiecuję, że nie będę, tato.

342164

Taki właśnie jest ten film. Nie macha tak mocno brudną ścierą, jak mama, która znalazła u nas w pokoju lufkę do palenia, ale przestrzega przed narkotykami wręcz na granicy dobrego smaku, z ojcowską siłą. Nie do końca tak lubię, nie do końca tak chcę, bo wraz z napisami końcowymi zostaje tylko prosta refleksja – ćpanie jest złe, a to amerykański mit prowadzi do neuroz, które prowadzą do ćpania, które prowadzi do jeszcze większych neuroz… Raczej ciężko w tym podgatunku wymyślić coś prawdziwie oryginalnego, a kolejne pamflety o młodych życiach złamanych przez dragi zawsze w mniejszy lub większy sposób przypominają filmy wyświetlane na godzinie wychowawczej.

Nie inaczej sprawa ma się z „Requiem dla snu”, które choć oryginalne w konwencji, jest niesłychanie banalne w przekazie. Reżyser bowiem dokłada nam ciężaru do tej arcyciężkiej już u źródeł historii. Jasne, każda przygoda z narkotykami ma niebywałe szanse na brak happy endu, ale twórca zamiast skupić się na przyziemnych przypadkach, woli wydumane historyjki, które w założeniu miały szokować, a budzą politowanie, vide orgia seksualna u pewnego milionera. Zawsze śmieję się z obiegowego poglądu, że bankowo, gdy zaczniesz brać kokainę, skończysz dupcząc się w masowej orgii.

Aktorsko też jakby nierówne. Przeważają plusy, bo z jednej strony ten film musi unieść sprawna rzemieślniczo, acz wielce teatralna Ellen Burstyn, która gra postać przerysowaną niczym oblicze papieża w kajecie ministranta, a z drugiej – mamy niepasujący wątek syna, heroinisty. Można tych dwóch warstw bronić, mówiąc, że jedna opiera się na narracji amfetaminowej, a druga heroinowej, muszą więc istnieć pewne zmiany w postrzeganiu świata. A ja jednak chciałbym w tym spektrum nieco więcej niż prostą dychotomię – jazda na pełnym prądzie albo totalna zamuła. Zamula Aronofsky niekiedy za mocno, aby przyśpieszyć i popisywać się kiedy indziej, ale nie ma w tym zaskoczenia, ot trochę teledysku, trochę oniryzmu. Wolę chyba tę zamułę, w której śledzimy losy początkującego jeszcze wtedy, aczkolwiek niezwykle utalentowanego Jareda Leto. I gdy pierwszy raz widziałem go w tej roli, wyczułem, że będą z niego ludzie. Ładnie nam dorósł ten Jared Leto. Polubię na fejsbuku, ostatnio nawet zgarnął jakąś ważną nagrodę filmową…

Requiem-For-A-Dream-Eye-Pupil-3536-900x1440 (1)

Nie wiem jednak, czy dać lajka filmowi. Całość jest jak motyw przewodni (muzycznie jest bardzo dobrze) – jesteś pewny, że nucił będzie go każdy, kto usłyszał choćby raz. Przywołuję więc niektóre sceny, przypominam sobie kreacje aktorskie, wzdrygam się na myśl o poprowadzonym wątku amfetaminowej mamuśki. To wszystko jest sugestywne. „Requiem dla snu” cieszy się uznaniem wśród ludzi, którzy mimo iż nigdy nie widzieli heroinisty, skądś wiedzą, że to jest zło a pan heroinista śmierdzi. Hera jest zła, jasna sprawa. Kawał niepotrzebnej nikomu substancji, którą ludzkość zanieczyszcza sobie krew regularnie, czasami łapiąc przy tym jakiegoś syfa.

Ale wiemy to, panie Aronofsky. Subtelności nieco więcej bym poprosił, a byłoby naprawdę bardzo ładnie. To znaczy – bardzo brzydko. I ładnie, i brzydko, kiedy ma być brzydko.

 

 

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • silva

    Tak mi się skojarzyło :)

  • A ja lajkuję

    W gruncie rzeczy zgoda, że fabularnie „Requiem…” jest banalne, a momentami tu i tam są przerysowania, ale zaraz, zaraz – przecież świetność tego filmu nie opiera się na pełnej twistów fabule, ale właśnie na formie ( ujęcia deformujące punkt widzenia, czasem szybki montaż współgrający z dźwiękiem, itd, itp). Zresztą (moim zdaniem) Aronofsky jednak najbardziej ujmuje właśnie formą, budowaniem klimatu, odmiennego dla każdej historii. Fabularnie to w gruncie rzeczy nie są arcydzieła, kunszt porwania widza obrazem, muzyką, aktorstwem – to działa bardziej, niż zwroty akcji.

    Jeśli nawet niczego nowego nie ukazuje wymową filmu/ów – przecież nie musi. Za to bardzo kreatywnie przedstawia znane tematy, za co brawa, przynajmniej z mojej strony.

  • Darek Woysław

    Ja oglądałem ten film w liceum, puszczony całej sforze uczniów jako… film „edukacyjno – antynarkotykowy”. Wtedy zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. I dla całej widowni było to dość intensywne przeżycie. Darren tutaj bez pardonu mieszał surrealizm, potężną muzykę, agresywny montaż, jak i nieco przerysowanie tragedii, jaką spotyka bohaterów, każąc coraz głębiej zanurzać się w bagnie. On nie był jak grożący paluszkiem belfer, mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który wali po twarzy żeby pacjent się opamiętał. I jak przedmówca potwierdza – tutaj forma była kluczowa, ale nie po to, by przykryć miałkość fabuły, lecz celem było uwypuklenie przekazu. Nie wiem, czy obejrzany dziś by zrobiło na mnie takie wrażenie, jak wtedy gdy miałem 17 lat, lecz wątpię, bym radykalnie zmienił swoją ocenę.

    • A ja lajkuję

      Właśnie… jasne, że wytykanie mielizn w tym przypadku doda Redaktorowi Koiszowi aplauzu ze strony czytelników (każdy lubi się czasem do czegoś przyczepić, prawda?) – ale w tym przypadku to reklama własnego stylu chyba nie wytrzyma starcia z omawianym dziełem – aczkolwiek gratuluję odważnego posunięcia, Panie Koisz ;)

  • Mirinda

    Koisz z rana jak śmietana!

    • Mefisto

      Albo jak heroina ;)

      A tekst dobry, gdzieniegdzie można mu przytaknąć, jednak ocena zbyt surowa, bo nawet jeśli film popada w banał, to jednak ma dużo plusów.

  • kelley

    requiem nie jest filmem o uzależnieniach, o narkotykach czy tripach. krew mnie zalewa jak po raz kolejny o tym czytam, bo to jak mówić, że obywatel kane to opowieść o amerykańskim rynku prasy. to opowieść ludzkich słabościach, egoizmie, samotności, etc. to film o kondycji, a nie nałogu. narkotyki są tylko ramą, której aronofsky do opowiedzenia swojej prawdy używa.

    • Darek Woysław

      Jest to opowieść o tym, że uciekając w marzenia, unikając rzeczywistości, człowiek kopie sobie grób. A potem zostaje tylko requiem dla snu…

  • steppenwolf1982

    Oglądając „Requiem” pierwszy raz miałem podobne odczucia co autor recenzji. Przy jednoczesnym zachwycie nad wizualnym stylem i ścieżką dźwiękową filmu, byłem zirytowany banalnym przesłaniem, oraz sadyzmem wobec bohaterów i widza, który przyrównać mogę jedynie do „Pasji” Gibsona. Dopiero za drugim razem pozwoliłem sobie odebrać film czysto emocjonalnie, bez doszukiwania się w nim intelektualnej głębii – jakkolwiek wciąż drażni, tak nie mogę odmówić mu konsekwencji i szczerości wypowiedzi – nie jest to film o narkotykach, ale o stanie umysłu, duszy, ciała bohaterów – w ten subiektywny stan Aronofsky stara się nas bezpośrednio wprowadzić i robi to na poziomie wybitnym.

  • Andriej

    Śmierdzi mi tu trochę jakąś dziwną mściwością, albo próbą zdewaluowania przesłania tego filmu… Tak jakby autor był zwolennikiem legalizacji dragów, a filmy takie jak ten tylko go irytowały, stąd nisko je ocenia.

  • PieknyStefanZLeborka

    Ależ zabawnie napisane, ale się uśmiałem, ho ho ho.

  • bobzielarz

    Pisarsko recenzja na plus. Nie zgadzam się co do treści recenzji i wniosków ale każdy ma swoje przemyślenie. Dołączę się tym samym do kilku osób, które słusznie zauważyły, że u Aronofskego forma i wrażenia wizualne budują historię. Zdaję sobie sprawę, że większość z nas widziała ten film w LO i nie robi po latach takiego wrażenia ale dzięki temu czytam go teraz na innej płaszczyźnie. Tak samo jak w przypadku Simpsonów, za młodu śmieszna bajka, a z czasem kontekst i interpretacja się zmienia. Eh te dojrzewanie…

  • AnnaT

    Fenomenalnie napisana recenzja, bawi i dostarcza.

  • Tru Detektif

    Mam nieodparte wrażenie, że treść i wydźwięk recenzji wynika nie tyle z przymiotów i wad filmu, ale stosunku autora do narkotyków jako takich. Bardzo szybko nasuwa się skojarzenie z niedawnym tekstem o Trainspotting i Filth ( http://film.org.pl/kmf/felieton-kmf/narkopakiecik-z-ohyda-trainspotting-i-filth-50332/ ), w jednym czy drugim odcinku ‚Urwanego Filmu’ też chyba (podkreślam niepewność!) zdarzyło się przemycić jakąś uwagę.

    Film zapamiętałem diametralnie inaczej, ale po lekturze (i kilku latach od ostatniego seansu Reqiuem) z pewnością go odświeżę.

    • Eles

      W tych tekstach raczej jest perspektywa kogoś, kto zna narkotyki wręcz… praktycznie.

      • Tru Detektif

        W podlinkowanym tekście pada nawet dość konkretna deklaracja… ale może to konwencja ;)

      • A ja lajkuję

        Ależ ten tekst kontrowersyjny…. tak sieje zamęt wśród trzódki czytelników, tak prowokuje, tak się na tym wszystkim Redaktor Koisz lansuje. Nice try ;)

  • szczyglis

    Dobra mister Koisz, przyznaj się, że ćpiesz. :)

  • Alveaenerle

    miałam to przeczucie po pierwszym seansie w wieku 18 lat, utwierdziłam się po drugim w wieku 22 lat. Kawał świetnego tekstu! Touche!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Dorota Masłowska śpiewa

Następny tekst

#170 - Ernie Hudson



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE