Ratując pana Banksa - recenzja | FILM.ORG.PL

Ratując pana Banksa

Lektura obowiązkowa nie tylko dla fanów Mary Poppins




Ratując wiarę w Kino




Maciej Niedźwiedzki
15.01.2014


John Lee Hancock, autor hitowego „The Blind Side” z Sandrą Bullock, w swoim najnowszym filmie zaprasza nas za kulisy słynnego filmu Mary Poppins – kultowego musicalu Walta Disneya z 1964 roku, adaptacji książki dla dzieci autorstwa Australijki, Pameli L. Travers. Ratując Pana Banksa koncentruje się nie tyle na problemach z przeniesieniem tekstu na ekran, ale głównie na konflikcie dwóch osobowości: bezpośredniego i otwartego Amerykanina – Walta Disneya (wdzięcznie zagranego przez Toma Hanksa) i wyniosłej, elokwentnej, arystokratycznej damy z Londynu – Pameli Travers (Emma Thompson).

Saving Mr. Banks wdzięcznie oddaje zderzenie tych dwóch kultur. Nieporozumienia między dwoma stronami bardzo często powstają na poziomie samej etykiety i obyczajów, a nie sprzecznych koncepcji filmu. W tym też tkwi dobrze wygrany potencjał humorystyczny scenariusza Sue Smith i Kelly Mercel. Na szczęście rozśmieszenie widza nie jest jedynym celem reżysera. O dziwo, nie jest nim również sama geneza powstania filmu. Na pierwszym planie zdecydowanie znajduje się postać Pameli Travers, nakreślenie jej portretu psychologicznego i przedstawienie jej biografii.

W tym celu wprowadzone są liczne retrospekcje, które motywują wspomnienia z młodości P.L. Travers – są one nakręcone w sepiowej tonacji i lirycznym, onirycznym klimacie. Cofamy się w nich do początku XX wieku, kiedy pisarka była dzieckiem. Najbliżej związana była z uzależnionym od alkoholu ojcem (Colin Farrell) – pracownikiem prowincjonalnego banku – marzycielem, który odkrywa przed córką niezwykłość i magiczność świata. W retrospekcjach właśnie umieszczony jest ciężar dramatyczny filmu. Dzięki pozostawionym tam tropom rekonstruujemy motywacje, jakie kierowały Pamelą Travers do napisania książki. Obie płaszczyzny narracyjne wdzięcznie się ze sobą przeplatają i uzupełniają. Ta retrospektywna nadaje emocjonalną głębie często żartobliwej części rozgrywającej się w latach sześćdziesiątych.

Sekwencje z dzieciństwa Pameli Travers kolorystycznie są wystylizowane, dominują w nich ciepłe barwy. Retrospekcje mają wyidealizowany, bajkowy charakter. Jedynie pod względem wizualnym to miejsce wydaje się być bezpieczne, dobre i pozbawione zła. Do wspomnień dorosłej Travers wdziera się w końcu niepokój i strach – historia zaczyna nabierać ciemniejszych barw. Bohaterka zaczyna przypominać sobie rzeczywisty obrót wydarzeń. Hancock z dużym wyczuciem buduje dramat, opowieść coraz bardziej poważnieje, reżyser odziera zmitologizowaną przeszłość z baśniowości.

saving

Trudno mi wyobrazić sobie seans Ratując pana Banksa bez znajomości Mary Poppins. Reżyser bowiem nie raz mruga okiem do widza: jego film upodabnia się wizualnie i muzycznie do obrazu z 1964 roku, często go cytuje bądź zapożycza pewne rekwizyty. Hancock nie wykłada wszystkiego na tacy – wiele smaczków ukrytych jest na poziomie bezpośredniej korespondencji między oboma filmami. Intertekstualna gra, którą prowadzi reżyser, jest pozbawiona dydaktyzmu, nie jest nachalna.

Bardzo mocną stroną filmu Hancocka są solidne role aktorskie. Drugi plan jest bogaty w ciekawe osobowości. Paul Giamatti, Colin Farrell, Bradley Whitford, Jason Schwartzman czy B.J. Novak dostali świetnie napisane dialogi, są charakternymi, krwistymi bohaterami. Ich postacie nie zostają zdominowane przez charyzmatycznego Toma Hanksa czy wręcz despotyczną w swojej kreacji Emmę Thompson.

Warto zaznaczyć, że relacja dwójki głównych bohaterów nie jest zbudowana jedynie na zasadzie przeciwieństw: różnego stylu życia, różnych potrzeb i manier. Realizuje się ona w bardziej subtelny i skomplikowany sposób. Wystawność Walta Disneya zderza się, rzecz jasna, ze skromnością Pameli Travers – jej elokwencja, sztucznie tworzony dystans z jego bezpośredniością i kumpelskim nastawieniem. Łączy ich zbliżone postrzeganie sztuki: funkcji, jaką ma pełnić, i tego, w jaki sposób powstaje. Pod tym względem oboje są sobie bliscy. W tym też tkwi jedna z największych zalet Ratując pana Banksa – czyli jego szlachetne, szczere przesłanie, które mnie przekonuje i w które wierzę. Obraz Hancocka przypomina bowiem czasy gdy filmy nie były zamówionymi produktami marketingowymi. Gdy nie powstawały zgodnie z zasadami popytu i podaży ale poprzez poczucie misji i potrzebę artystycznego spełnienia twórców.

saving

Film Hancocka niewątpliwie jest miejscami zbyt ckliwy, na pewno jednak nie  przesłodzony. Nie sposób przedstawionej historii odmówić szczerości, przyjemnego sentymentalizmu i ciepła, z jakim reżyser traktuje bohaterów

Ratując pana Banksa jest również hołdem dla kina. Wpisuje się on w podobną tendencję, którą w ostatnich latach reprezentowały Artysta i Hugo, a wiele lat wcześniej choćby Deszczowa Piosenka. Przypominają one o magii X muzy. Dla niektórych to wystarczająca rekomendacja.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Latest posts by Maciej Niedźwiedzki (see all)







  • Jokullus

    Dla mnie ten film jest zbyt ckliwy, a samo „szlachetne, szczere przesłanie” zaserwowane w taki sposób, że czułem lekki fałsz – stąd u mnie jedno oczko niżej, 7/10.

  • Karol

    do autora – jeśli ktoś zwraca ci uwagę w komentarzu na błąd, i to taki, za który wielu czytelników by cię po prostu wyśmiało (no jak można pisać „Mary’ego Poppinsa” i to nie raz…) to wypadałoby podziękować (jak zresztą najczęściej robi się na KMFie), a nie szybko poprawić tekst i potem usuwać komentarz… Można robić błędy, trzeba je poprawiać, ale powinno się też umieć do nich przyznać.

    Co do recenzji… Zawsze współczułem autorowi nagonki, jaką urządzano w komentarzach pod każdym tekstem. Trzeba jednak z tych komentarzy wyciągać jakieś wnioski i bardziej przykładać się do pisania – a błędów jest niestety o wiele więcej niż tylko mówienie o Mary Poppins w rodzaju męskim i świadczą one o niedbalstwie.

    Ta recenzja znowu jest dość szkolna, denerwują wtrącenia w stylu „Jak wspomniałem”, „Warto zaznaczyć” itd. Można znaleźć w niej kilka ciekawych przemyśleń, szkoda tylko, że nie zostały rozwinięte. Lepiej skupić się na najciekawszym aspekcie filmu i opisać go w fajny sposób niż wspomnieć o wszystkim. Po co np. zaczynać akapit o aktorstwie, jeśli całą obsadę charakteryzujesz łącznie kilkoma przymiotnikami? Dobra rada – dopóki jakaś tam forma dziennikarstwa nie jest pracą zarobkową, to nie warto pisać dla samego pisania, ale wtedy, kiedy rzeczywiście ma się coś ciekawego do powiedzenia.

    • Karolu, tekst został opublikowany o 11:43. O 11:45 pojawił się Twój komentarz dotyczący ewidentnego błędu w nagłówku i w tym samym czasie (nie wiedząc o komentarzu) został poprawiony. Dzięki za uwagi.

      • drDigger

        Des, czy Jaśnie Autor ustosunkuje się kiedykolwiek do tutejszych opinii? Czy ma nas jednak za plebs, który ma łykać i nie pyskować?

        • życzliwy komentator

          jak mu wszyscy pociskacie przy każdej recenzji to co ma się kopać z koniami.

          • drDigger

            Czyli jednak mam rację.

            Niech pisze dalej. Plebs poczyta. I przestanie czytać.

          • To że autor nie chce kopać się z końmi nie znaczy, że nie bierze sobie uwag do serca, a już na pewno nie znaczy, że traktuje Ciebie czy czytelników jak plebs (skąd w ogóle taki pomysł?).

          • drDigger

            To jakoś nasuwa się samo. Chyba każdy z autorów dzisiejszego KMFu mniej lub bardziej wylewnie odpowiada na uwagi. Ten nie. Poza tym skoro mogę być koniem do kopania, to chyba i plebsem.

          • Eben

            Zauważ, że pod większością recenzji tego autora pojawiają się komentarze zdecydowanie negatywne. Jeśli ktoś raz nazywa cię koniem to go zignoruj, ale kiedy słyszysz to dziesiąty raz lepiej zacznij szukać sobie siodła. Powiedz szczerze, czy nie uważasz, że twórczość Macieja Niedźwieckiego odstaje poziomem od innych tekstów publikowanych na waszej stronie? Nie chodzi mi nawet o to, że nie zgadzam się z jego opiniami na temat różnych filmów, bo każdy ma inny gust i jego świętym prawem jest napisanie nawet, że Ojciec Chrzestny to beznadziejne filmidło ale niech napisze to w sposób, który nie przywołuje na myśl wypracowań z końca gimnazjum/początku liceum, na dodatek z takimi błędami jak pisanie o Mary Poppins w rodzaju męskim, to nie jest zwykła literówka. Pomijając fakt, że Mary to imię żeńskie, trzeba zauważyć, że jest to postać dosyć znana, a jednak żeby pisać o szeroko rozumianej popkulturze, trzeba mieć o niej jakieś pojęcie.

          • drDigger

            Słuszna wypowiedź. Ja z kolei zacząłem się zastanawiać nad tym „Merym Poppinsem”. Jestem w stanie jeszcze zrozumieć, że ktoś, zwłaszcza młodszy ciałem i duchem, nie wie kim jest ta postać. To wszak nie jest element naszej rodzimej kultury. Ale zdumiewa mnie, że po obejrzeniu Mr. Banksa recenzent nie wie o kogo była cała ta draka! Głowy nie dam, ale moim zdaniem powyższe wypracowanie (wybaczcie, ale nie użyję słowa „recenzja”) zostało napisane bez obejrzenia filmu. Za podstawę posłużył trailer, co najwyżej podparty szczątkowymi materiałami anglojęzycznymi. Stąd ta horrendalna gafa. I również dlatego ten tekst prezentuje tak słaby poziom.

          • Duduś Zwycięzca

            Próżny Wasz trud! Ani Rednacz, ani Maciej Niedźwiedzki nie zadadzą sobie trudu by odnieść się do tych uwag. Dla nich jesteście tylko głupimi krytykantami.

          • Eben

            Liczyłem, że skoro Naczelny wreszcie odezwał się pod tekstem pana Niedźwiedzkiego to może ustosunkuje się do zarzutów stawianych autorowi. Niestety wygląda na to, że jest tak jak napisałeś.

          • Czego oczekujesz? Podjęcia publicznej dyskusji o poziomie tekstów Maćka? Nie chodzi o to, że uważam krytykujących za „głupich krytykantów” bądź „plebs”, ale nie oczekujcie, że wejdę w polemikę, w której na celowniku jest autor. Wierzcie lub nie, ale bierzemy Wasze uwagi do serca i razem z Maćkiem pracujemy nad tym, aby było coraz lepiej (ot chociażby w „Biegnij, chłopcze, biegnij”, ktore nie napotkało na surową krytykę)

          • Eben

            „Razem z Maćkiem pracujemy, aby było coraz lepiej”? W jaki sposób? On pisze swój tekst, a potem przychodzi z nim do ciebie, a ty go czytasz i poprawiasz w nim błędy? Chyba nie masz przymusu publikowania każdego nadesłanego tekstu. Bardzo dobrze, że Maciek pracuje nad warsztatem, ale po co robić z KMF poligon doświadczalny. Niech pisze dalej bo to jedyny sposób na stanie się w tym lepszym, ale nie wszystko od razu należy publikować. W ogóle mam czasem wrażenie, że nikt tekstów przed wrzuceniem na stronę nie czyta. Najczęściej objawia się to jedynie literówkami, choć i one moim zdaniem psują obraz strony, która chyba chce być czymś wiecej. Pojawiają się niestety też takie kurioza jak „recenzja” 12 Years of Slave.

          • Eben

            Przepraszam, 12 Years a Slave. Przy okazji, strona na telefonie wygląda teraz bardzo fajnie (wreszcie), ale nie widać ocen filmów,

          • Cieszę się, że ci zależy i mam nadzieję, że równie łatwo przyjdzie ci chwalenie.

    • bobzielarz

      Zgadzam się z Karolem. Dodam od siebie małą uwagę. Ostatnie zdanie kłuje w oczy; „Film Hancocka niewątpliwie jest miejscami zbyt ckliwy, na pewno jednak nie przesłodzony.” Błąd logiczny,

  • Macc

    Nie zgodzę się z tezą cytując „Obraz Hancocka przypomina bowiem czasy gdy filmy nie były zamówionymi
    produktami marketingowymi. Gdy nie powstawały zgodnie z zasadami popytu i
    podaży ale poprzez poczucie misji i potrzebę artystycznego spełnienia
    twórców”. Lata 50 i 60 pod względem produkcji filmów nie wiele się różniły od czasów dzisiejszych. Jak jakiś film w stosunku dochód – koszt produkcji wychodził na plus to producenci starali się wycisnąć z marki jak najwięcej, Bez względu na wartość artystyczną dzieła czy zdanie samego reżysera ( np. Planeta Małp), ewentualnie tworzono film pod aktorów, najlepszy przykład Cheston – Planeta Małp, Omega Man czy Zielona Pożywka. Ewentualnie eksplatowano popularne motywy na każdy dostępny sposób. Historia kinomatografii przypomina raczej wojnę na wyniszczenie, bez żadnych zasad niż melancholiczny powrót do przeszłości. Nawet Mary Poppins „próbowano” podrobić – Bedknobs and Broomsticks z 1971.

  • Mike

    Dzkoda że o Disneyu opowiada wytwórnia Disneya, parę smaczków jego życiu by się znalazło.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jesse Pinkman dziękuje

Następny tekst

DLA NIEJ WSZYSTKO - porównanie oryginału i remake'u



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE