PRZYLĄDEK STRACHU - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

PRZYLĄDEK STRACHU








Maciej Niedźwiedzki
28.01.2014


Zapomniany film

Scorsese to Ulice Nędzy, Scorsese to Taksówkarz, Scorsese to Wściekły Byk, Scorsese to Ostatnie Kuszenie Chrystusa, Scorsese to Chłopcy z ferajny, Scorsese to Kasyno, Infiltracja czy teraz Wilk z Wall Street. Ilość dzieł wybitnych – kamieni milowych w historii kina – w jego dorobku zdumiewa. Są to obrazy, którymi odmierza się epoki w historii kina. Wieloletnia współpraca z Robertem DeNiro przyniosła nam galerie portretów wyjątkowych, niespotykanych i ważnych – zdobiących pulpity komputerów, często spoglądających z plakatów w naszych pokojach. Nie są to bohaterowie, z którymi łatwo się utożsamić, do końca ich zrozumieć i mieć podobne potrzeby, jak oni. Zazwyczaj doświadczają życia w sposób ekstremalny, na granicy i poza prawem, nieustannie kombinując, w jaki sposób okraść, oszukać czy zakopać żywcem w ziemi. Paradoksalnie, dość szybko u Scorsese następuje identyfikacja z bohaterami: odnajdujemy z nimi płaszczyznę porozumienia widząc intencje, razem z nimi wchodzimy na ring, razem kradniemy, razem upici i na haju uciekamy przed FBI.

Nawet wtedy, gdy musimy spędzić dwie godziny z kimś takim jak Max Cady – największym zwyrodnialcem, jakiego zaoferował tandem DeNiro/Scorsese w swojej dotychczasowej współpracy.

Martin Scorsese z podobnym zapałem realizuje swoje kolejne projekty, jak i odkrywa stare, zapomniane dzieła. Śledzi rozwój X muzy na bieżąco, dyskutuje o przyszłości kina i promuje – bezpośrednio, dając twarz i wiedzę – jego historię. Chyba wciąż przeżywa filmy w identycznym stopniu jak wtedy, gdy jako dziecko chodził z tatą do kina w Little Italy. Nieustannie odwołuje się do twórców sprzed kilku dekad i traktuje ich jak swoich mistrzów, mentorów. Nie wyrósł na zdeklarowanego nonkonformistę, postmodernistę, który obala i „obraca ogonem” konwencje i gatunki. Martin Scorsese raczej rozwija i uaktualnia filmowy język. Jest chyba też jedynym tak wybitnym reżyserem chętnie sięgającym po remaki, a jego filmy – niektórzy mogą nazwać je działaniem odtwórczym – zawsze przesiąknięte są miłością do kina, w tym także do mocnych bohaterów, żywych dialogów, siły pojedynczych scen… Dlatego właśnie powstały Hugo, Kolor pieniędzy, Infiltracja czy Przylądek strachu, z których każdy jest zarówno hołdem dla klasyki kina, ale i – każdy z osobna – wartościowym przedstawicielem gatunku, do którego nawiązuje.

cape

W całym dorobku tego reżysera Cape Fear nie jest raczej dziełem stawianym w pierwszym szeregu najważniejszych jego filmów; rzadko się je omawia i przypomina. W filmografii Scorsese sąsiaduje ze znacznie bardziej znanymi i cenionymi Chłopcami z ferajny i Wiekiem niewinności. Na pewno też nie pomogła mu premiera Milczenia owiec, bezwzględnie monopolizującego gatunek thrillera w 1991 roku, aż do premiery Siedem Davida Finchera – film Demme’a dalej jest zresztą punktem odniesienia, wzorcowym reprezentantem thrillera psychologicznego.

Przylądek strachu jest niesłusznie niedoceniany. Jest to klasycznie zbudowany thriller – gatunek rzadko realizowany przez Martina Scorsese (powrócił do niego dopiero przy Wyspie tajemnic). Jednak w jego ramach reżyser porusza się niezwykle zręcznie: doskonale rozumie jego zasady, wie jak wprowadzać bohaterów, budować między nimi konflikt i podnosić napięcie. Świadomie używa wielu klisz i schematów rządzących konwencją dreszczowca, czasami wręcz bezpośrednio nawiązuje do pierwszej adaptacji J. Lee Thompsona z 1962 roku. Film Scorsese porusza jednak trochę inne struny, inaczej rozkłada akcenty dramaturgiczne, w inny sposób wykorzystuje postaci i analogiczne wydarzenia – na każdej z tych płaszczyzn wygrywa z pierwowzorem. Wersja z 1991 roku jest groźniejsza, mniej jednoznaczna, a zakończenie nie uwalnia bohaterów od lęku i wątpliwości. Powrót do statusu, gdy Cady siedział w więzieniu, jest już niemożliwy.

cape

Różnica między oboma filmami nie objawia się tylko w tym, że John Lee Thompson kręcił swój film jeszcze za czasów obowiązywania kodeksu Haysa, gdy pewnych scen pokazać po prostu nie można było – a temu gatunkowi takie więzy szczególnie przeszkadzają. Pod względem brutalności i sugestywności w pokazywaniu przemocy Scorsese nie jest daleki od tego, co widzieliśmy w filmie sprzed czterdziestu lat. Reżyser Wściekłego byka znacznie więcej uwagi poświęca konstrukcji psychologicznej bohaterów i, co ważniejsze, budowaniu nieoczywistego konfliktu.

Max Cady – nadczłowiek

Nie ukrywam – Przylądek strachu trzeba znać głównie dla tej postaci. Thriller zaludniło już wielu psychopatów, zboczeńców, pedofili i morderców. Bohater grany przez Roberta DeNiro wydaje mi się szczególnie wyjątkowy, szczególnie interesujący. Pod względem ideologicznym, motywacyjnym, charakterologicznym i moralnym jest przestępcą wyjątkowo złożonym. Nie sposób zamknąć go w szufladce pt. „psychopatyczny morderca”, bo za tym najczęściej przemawia nielogiczny obłęd i patologia. Za przestępstwami Cady’ego przemawia ideologia, wykształcenie, bunt uzasadniony poczuciem krzywdy i bycia oszukanym przez wymiar sprawiedliwości. Jak patologiczne i okrutne nie byłyby jego wykroczenia, potrafimy wytłumaczyć więc genezę jego gniewu. Cady, będąc w więzieniu, z analfabety przemienił się wręcz w filozofa, rewolucjonistę atakującego porządek społeczny. Fizycznie przeszedł radykalną metamorfozę. W początkowej sekwencji na jego ścianie widzimy zdjęcie Stalina, „Wolę mocy” Friedricha Nietzschego, egzemplarze Biblii i kodeksy prawne, następnie oglądamy muskularną, wytatuowaną sylwetkę więźnia. W tym krótkim ujęciu, za pomocą kilku detali, Max Cady zostaje błyskotliwie sportretowany.

cape

Pod względem mentalnym i psychologicznym Max Cady realizuje koncepcję nadczłowieka znaną z książki Nietzschego – kreuje się na osobę wyższej rasy, mogącej swobodnie przekraczać prawo, które swoją drogą doskonale zna, wie jak się w jego obrębie poruszać, zna jego słabe strony. Fizycznie wydaje się być niezniszczalny. Na tę interpretację naprowadza nas jego wypowiedź: „I spent years in an eight-by-nine cell, surrounded by people who were less then human. My mission at that time was to become more than human.” Cady wczuwa się równocześnie w rolę starotestamentowego Boga, który może ukarać i sprawdzić wiarę swoich wyznawców, nawet w najbardziej brutalny sposób. Dlatego więc poleca Samowi Bowdenowi lekturę księgi Hioba – ma to być zapowiedź z kim będzie musiał się zmierzyć. Jednym z jego tatuaży jest sugestywne zdanie „Zemsta należy do mnie” pochodzące z listów św. Pawła do Rzymian – należących do Nowego Testamentu, ale ich znaczenie jest oczywiste.

Zemsta Cady’ego jest bardzo precyzyjnie wymierzona. Jedynie Bowden zasłużył na karę. Cady nie ma żadnych pretensji do prokuratora czy sędziego, którzy wydali na niego wyrok. Jak sam mówi: „Oni wykonywali swoją pracę”. Przestępca po raz kolejny ucieka konwencjom, jest nieprzewidywalny. Znajduje dla siebie usprawiedliwienie. Oczywiście jego stanowisko jest mocno arbitralne i stronnicze, ale ma uzasadnienie w jakimś etycznym kodeksie. Na plecach ma przecież wytatuowany krzyż, z szalami ważącymi „prawdę” i „sprawiedliwość”. Dla Cady’ego to są osobne porządki, które nie utożsamiają tych samych wartości.

a0059540_4df7487dda684

Tak naprawdę dużą ilość filmów Martina Scorsese można rozpatrywać i analizować w kontekście chrześcijaństwa, wiążącej się z nim symboliki i wiary – od dziecka mocno obecnych w życiu reżysera. W ten dyskurs wpisują się także Ulice Nędzy, Taksówkarz, Wściekły Byk i oczywiście Ostatnie Kuszenie Chrystusa, które – już czysto historycznie – jest z tą problematyką związane. Reżyser w wielu swoich filmach zostawia tropy, które wskazują na takie interpretacje. Przylądku strachu też nie jest od nich wolny.

Max Cady jest złożoną, fascynującą i przerażającą postacią. Dzięki takiej kreacji przeciwnika, reżyser o kilka poziomów wyżej stawia poprzeczkę – wyzwanie dla Bowdenów tym razem będzie niewspółmiernie większe. Max Cady w jego wersji jest faktycznym zagrożeniem, osobą, którą nie sposób przechytrzyć, czy fizycznie złamać. Ten sam bohater w filmie z 1961, grany przez Roberta Mitchuma, w porównaniu do kreacji DeNiro, zdaje się być jedynie wyrośniętym dresiarzem zdenerwowanym faktem, że ktoś na niego naskarżył. Konflikt w filmie trzydzieści lat starszym ma znacznie poważniejsze podstawy. Pretensje Maxa Cady’ego względem Sama Bowdena mają swoje logiczne uzasadnienie. Adwokat (grany przez Nicka Noltiego) nie jest postacią bezsprzecznie dobrą i prawą – ani w wykonywaniu zawodu, ani wobec własnej rodziny. Dzięki temu Przylądek strachu okazuje się być również dramatem rodzinnym.

Dramat rodzinny

W filmie Johna Lee Thompson Bowdenowie są doskonale zgraną, zdrowo funkcjonującą rodziną. W jego wersji Przylądku strachu kobiety są uprzedmiotowione, ich decyzyjność jest znikoma, są pozbawione głosu, a ich rola spełnia się zazwyczaj jedynie w uciekaniu od nękającego ich Maxa Cady’ego. U Martina Scorsese Leigh i Danielle Bowden mają znacznie więcej do powiedzenia. Relacja między małżonkami jest niejasna: Bowden ma kochankę, dochodzi temat separacji i zachwianie statusu mężczyzny jako „głowy rodziny”. Danielle jest też znacznie starsza niż w obrazie Johna Lee Thompsona – ma szesnaście lat – poznaje Cady’ego gdy wkracza w okres seksualnej inicjacji (w tej roli znakomita Juliette Lewis, nominowana zresztą do Oscara). Powstaje między nimi nie do końca zdefiniowane erotyczne napięcie, zbudowane na opozycjach: fascynacji i obrzydzenia oraz perwersyjnej, brutalnej seksualności i dziecięcej niewinności.

cape

Leigh natomiast ostentacyjnie pali papierosy manifestując swoją pozycję i pewność siebie (to przecież mężczyzna zawsze był tym palącym), ma pracę, która zapewnia jej finansową niezależność. Kobiety tym razem nie są marionetkami w rękach mężczyzn. Martin Scorsese przesunął wiele akcentów względem pierwszej adaptacji: jego film nadaje kobietom charakter, odbiera im anonimowość, nie pełnią one jedynie ról bezimiennych „żon” i „córek – osób, które trzeba chronić ponieważ same są całkowicie bezradne.

Martin Scorsese zazwyczaj tworzy filmy, w których kobiety są jedynie rekwizytami wymienianymi przez mężczyzn. Tylko dzięki mężom/partnerom mają szansę na społeczny i finansowy awans, nigdy też w jego filmach nie są postaciami pierwszoplanowymi. W granym właśnie w kinach Wilku z Wall Street kobiety również są całkowicie pozbawione podmiotowości. Jordan Belfort bez żadnych skrupułów starą żonę wymienia na nowszy, atrakcyjniejszy model. Dlatego też, pod względem kreacji kobiecych postaci, Przylądek strachu wyróżnia się na tle całego dorobku reżysera.

cape-fear-1

Powrót

Osobne słowa uznania należą się oczywiście Robertowi DeNiro. Ciągle się zastanawiam, czy przypadkiem rola Maxa Cady’ego nie jest jego najlepszą, najpotężniejszą kreacją w karierze (swoją drogą był za nią nominowany do Oscara). Nie wiem czy poza mną są jeszcze jacyś entuzjaści tej roli.

Od premiery Cape Fear DeNiro oglądamy w nieco innym repertuarze. Zaczął częściej grać w komediach i filmach sensacyjnych. Utożsamiany jest jednak głównie z postaciami  Travisa Bickle’a, Jake’a LaMotty, Vito Corleone, czy Micheala z Łowcy jeleni – są to bohaterowie ikoniczni dla kultury, funkcjonujący już poza samym medium. Czy Max Cody należy do jednych z nich? Bez wątpienia właśnie w tej roli kunszt, poświęcenie dla roli (przypakował do roli i… wybił kilka zębów)  oraz ekranowa charyzma DeNiro są najlepiej widoczne. 

Polecam powrót na Przylądek strachu. Szczególnie teraz gdy wszem i wobec najnowsze dzieło Scorsese ochrzczone jest jako „najlepszy film od czasów Chłopców z ferajny”. Gdzieś w tej wrzawie zaginął ten skromny, lecz bardzo mocny thriller, jeden z najlepszych w tym gatunku.

306172.1

Stare i nowe w jednej scenie :)

 

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Jokullus

    Klasyk. Najlepiej oglądać późno w nocy na jednym z kanałów telewizji publicznej.

  • PH

    Ciekawe, czy kiedyś Scorsese zbliży się do formy z czasów współpracy z De Niro. Ciągle kręci dobre filmy, ale do swoich „klasycznych” produkcji nie ma startu. Może w „Silence” się uda, bo temat zapowiada się ciekawie. Niestety, ale Robert D. już raczej nie nawiąże do dawnej chwały.

    • Jokullus

      „Silence” zapowiada się bardzo ciekawie z punktu widzenia tematu, ale aktorsko… Boję się tego filmu.

      • PH

        Martin nawet z przeciętnych aktorów potrafi coś wykrzesać, więc kto wie:)

        • Jokullus

          Kto wie ;) ale i tak nie mogę przeboleć „pierwotnej” obsady tego filmu… Del Toro, Day-Lewis… Ech.

    • Zbliżył się, Wilkiem. Moim zdaniem Scorsese od lat jest w wielkiej formie, a jego filmy nie ustępują aż tak bardzo klasykom w rodzaju Goodfellas, Raging Bull. Świetna Shutter Island, wcześniej The Departed, nawet Hugo, tak niedoceniane, jest rewelacyjne.
      Marty jest wielki i basta.

      • Jokullus

        W pełni się zgadzam – Scorsese nie obniża lotów, ciągle trzyma wysoki poziom.

      • ph

        Departed i Wilk mają się do „Wściekłego Byka”, jak DiCaprio do wczesnego DeNiro – nie ma porównania. Ale „Aviator” jest bardzo dobry, za to szacunek:)

        • Bardzo odważna deprecjacja dwóch znakomitych filmów. Uważaj, zostałem fanbojem Wilka z Wall Street ;)

          • PH

            Napisanie, że są gorsze od „Wściekłego Byka” to jeszcze nie deprecjacja:) Większość filmów jest gorsza:P

        • Maciej Niedźwiedzki

          Dla mnie Departed jest zdecydowanie najlepszym filmem Scorsese w XXI wieku i przy okazji jednym z najlepszych w jego dorobku. „Wilk z Wall Street”? Nie wiem. Mam wątpliwości co do tego filmu. Wydaje mi się ładnym, efektownym pustym opakowaniem.

          Jeśli jednak chodzi o DiCaprio i DeNiro. To tu już nie mam żadnych wątpliwości: Robert jest całkowicie poza zasięgiem. Jak oglądam „Wściekłego Byka” czy „Przylądek strachu” to czuje, że ci bohaterowie nie tylko chcą rozszarpać na strzępy swoich przeciwników, ale również mnie jako widza – moja obecność też im przeszkadza. Dużo bardziej wierzę w tych bohaterów. Mówię sobie: „To jest nieprawdopodobne. Jak to jest możliwe, że ktoś taki istnieje!”. Przy DiCaprio, mimo, że ma wiele dobrych ról zawsze mam reakcję typu: „Hmyy, świetna rola, świetnie DiCaprio to zagrał.” Widzę, że u Leonardo to jest wszystko wytrenowane, nauczone – na bardzo wysokim poziomie, ale jednak „zagrane”. Zawsze w trakcie filmu pamietam, że za postacią stoi aktor.

          DeNiro to żywioł, tornado i całkowita naturalność. Nie wiem czy DiCaprio taki poziom osiągnie. Jak jeszcze patrzę, że DeNiro był dwa lata młodszy grając LaMottę niż DiCaprio teraz w Wilku to widzę różnicę jaka ich dzieli. DiCaprio nie ma w sobie takiej swobody jak starszy kolega. Zawsze dla mnie jest trochę sztuczny.

          • może to kwestia słynnej „szkoły aktorskiej”. De Niro łatwiej ocenić, bo niegdyś bardzo zmieniał się fizycznie, lubił szarżować na planie (miał zresztą takie role), natomiast di Caprio jest kompletnie innym typem aktora, a przy okazji dostaje zupełnie inne role. Nie widzę Leo w roli LaMotty, ale tak samo trudno mi sobie wyobrazić młodego de Niro w roli Gatsby’ego, Belforda, Costigana czy Danielsa. Inna charyzma, inny sposób wyrażania emocji. W jednym i drugim przypadku ich bohaterom wierzę, oni i ich rola stapiają się w jedno. Sztuczność? No gdzie… :)

  • canismajoris

    najlepszy jest ten uśmieszek-maska :)

  • mickeyknox

    Dorwałem dobrych kilka lat temu- może i nawet 10- dwupłytowe wydanie z tym filmem i z jego wcześniejszą wersją. Oczywiście najpierw obejrzałem starszą wersję, która nawet mi się spodobała. Po jakimś czasie sięgnąłem po wersję Scorsese (wtedy chyba nawet nie wiedziałem kto to Skorseze i jakie filmy zrobił) i stwierdziłem, że większego gniota już dawno nie widziałem. Najbardziej zapadły mi w pamięci te błyskawice i wichura chyba w nocnych scenach na jachcie(?), wszystko było takie nienaturalnie jasne, ta cała sceneria. Pamiętam też, że uśmieszek na twarzy powodowały u mnie konfrontacje matki z głównym antagonistą i zapamiętałem jej nienaturalną i przesadzoną grę aktorską jak się miota na tym jachcie itd. Juliette Lewis też jakoś nie wzbudziła we mnie pozytywnych odczuć co do jej gry aktorskiej. Jakie było moje zdziwienie jak kilka dni temu(!) gdzieś chyba na Rotten Tomatoes dowiedziałem się, że została ona nominowana do Oscara za rolę w tym filmie. Cóż, chyba czas sobie odświeżyć ten film, bo widzę, że ogólnie opinie o nim są pozytywne. Być może zmienię zdanie, podobnie jak było w przypadku ‚The Thing” Carpentera. Gdy pierwszy raz go obejrzałem chyba w podstawówce, stwierdziłem, że to chyba jeden z najgorszych horrorów na świecie. Dzisiaj myślę zupełnie odwrotnie:)

    • Kazik

      Ale dlaczego jesteś fanbojem „Wilka z Wall Street”? Bo co? Bo tak Ci imponuje dezynwoltura obyczajowa jego bohaterów? Historia gostka, który ma głęboko w dupie wszelką moralność? Takie to zajebiste, tak? Podniecasz się na zasadzie pryszczatych gimnazjalistów, którzy jarają się byle jakim wytworem gore, na przerwach pomiędzy lekcjami opowiadając sobie co lepsze kawałki na zasadzie. „Ty, kurwa, ale normalnie mu jebnął w czachę a potem go normalnie zjadł, ja pierd…”. Normalnie zajebiste!

      • anthony1000

        Może został fanbojem, bo uważa, że to dobry film niezależnie od poziomu moralnego bohatera? Nie wpadłeś na to? Głupie pytanie, oczywiście że nie wpadłeś.

      • Domyślam się, że Twoja odpowiedź tyczy się mojego fanbojstwa i chryste panie, wyjmij kołek z tyłka, nie traktuj ze śmiertelną powagą każdego słowa, nie domagaj się tłumaczenia się za każde wypowiedziane słowo, a nade wszystko nie traktuj mnie jak idioty, jak pryszczatego gimnazjalistę jarającego się fuckami, dragami i cipką Margot Robbie. Zachowuj się normalnie, tak jak cię czasami stać, a nie jak czepliwy, wkurwiający kolo z internetów, który przychodzi do piaskownicy i rzuca piaskiem w oczy.
        EOT z mojej strony i każda inna Twoja wypowiedź w tej kwestii będzie usunięta.
        Amen.

  • Simon Dark

    Dzieki za przypomnienie znakomitego filmu Scorscese, De Niro jako Cady jest niesamowity, na pochwale zasluguja tez swietne zdjecia i wzieta z oryginalu muzyka

  • janko

    Scorsese najlepszy jest jednak w swoich oryginalnych filmach, w mojej opinni zarówno „Przylądek strachu” jak i „Infiltracja” są gorsze od oryginałow, choć to ciągle dobre, a nawet bardzo odbre kino.

  • steppenwolf1982

    Lubię „Przylądek strachu” Scorsese, ale nie uważam go za film bez wad. Podobają mi się nawiązania do filmów Hitchcocka czy „Nocy Myśliwego”, albo przewrotne obsadzenie Mitchuma i Pecka w zupełnie odmiennych od oryginału rolach. Jednak im bliżej końca tym bardziej starcie antagonistów staje się kreskówkowe a gra De Niro przeszarżowana i karykaturalna.
    Jeśli chodzi o sam finał to film J. Lee Thompsona wygrywa – jest znacznie bardziej realistyczny a przez to wywołujący prawdziwe dreszcze i napięcie.
    Scorsese próbował zrobić film bardziej nowoczesny, odpowiadający relatywistycznemu pojęciu moralności, w którym nie ma miejsca na prosty podział między dobrem i złem. I szczerze mówiąc uważam, że zrobił to w sposób zbyt oczywisty – z natrętnie symbolicznym ujęciem krwi zmazywanej przez falę z rąk bohatera. O wiele większe wrażenie robi na mnie scena, w której krystalicznie czysty i „prawy” Gregory Peck ze spokojem oznajmia swojej rodzinie, że będą musieli sami schwytać w pułapkę i zabić Cady’ego – moim zdaniem właśnie w tym kontekście pozornie poukładanego i moralnie jednoznacznego świata, tkwi cała perwersja i przewrotność filmu J. Lee Thompsona.
    Niemniej, wersja Scorsese, ze względu na wizualną stylizację, jak i ciekawą polemikę z oryginałem, warta jest niejednokrotnego zobaczenia.

  • be

    IMHO prawdziwie zapomnianymi filmami Scorsese są „Po godzinach” i „Król komedii”.

    • Wkrótce recenzja jednego z nich – właśnie dlatego, że zapomniany :) A może w ogóle przypomnimy kilka filmów Scorsese, o których na stronie nic nie mamy… Do zastanowienia.

  • A

    De Niro jest absolutnym geniuszem. Ta rola hipnotyzuje, wbija w fotel. Jest niesamowity. Za każdym razem oglądając ten film mam ochotę uciekać z przerażenia an widok postaci, którą stworzył.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #126 - "Chłopcy z ferajny"

Następny tekst

SkyNet Symphonic



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE