nowości kinowe

Przeznaczenie

Time travel SF w dobrej odsłonie. Co ważne, potrafi zaskoczyć, a to ostatnio towar deficytowy w Fabryce Snów.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Gdzie jest koniec tego węża?

Uroboros, staroegipski wizerunek węża zjadającego własny ogon, skrywa w sobie koncepcję wiecznego powrotu. Rozumie się przez nią, że czas to wiecznie powtarzalny cykl narodzin i śmierci. Kultura, także popularna, polubiła ten motyw i po wielokroć go przetworzyła. Dostrzegam go m.in. treściach science fiction – w szczególności tych spod znaku podróży w czasie, zainicjowanych słynnym Wehikułem czasu Herberta G. Wellsa. Ostatnią ich godną uwagi reprezentacją jest Przeznaczenie autorstwa braci Spierg.

W filmach traktujących o podróżach w czasie często czuję się jak w labiryncie. Słabo odnajduję się w logice paradoksów czasowych, wyraźnie opierających się możliwościom mojej wyobraźni. Ale bynajmniej nie postrzegam tego jako wady filmów, a raczej subiektywnych ograniczeń. Od czasu Powrotu do przyszłości oraz momentu, w którym jako młodszy widz w końcu pojąłem, dlaczego rodzeństwo Martiego znika z rodzinnej fotografii, w wysokim stopniu zacząłem sympatyzować z tą osobliwą odmianą science fiction. Filmy te, prócz tego, że działają zwykle na trzech liniach czasowych – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – potrafią także dostarczyć wiele frajdy przy szukaniu właściwych tropów interpretacyjnych. Ich twórcom zależy bowiem na tym, by znacząco utrudnić odbiorcom lokalizację początku i końca węża.

predestination-noah-taylor

Motyw przewodni Przeznaczenia braci Spierg nie różni się zbytnio od swoich poprzedników bawiących się motywem podróży w czasie. Poznajemy szpiega, który jako członek specjalnej rządowej agencji odpowiedzialnej za zapobieganie przyszłym zbrodniom zostaje wysłany w przeszłość. Ma on odnaleźć i zneutralizować groźnego przestępcę, zanim ten faktycznie się nim stanie. Choć na tym etapie trudno się w fabule zagubić – wszak brzmi ona jak opis nowego Strażnika czasu – bracia Spierg zadbali o to, by maksymalnie skomplikować jej rozwinięcie.

W głównej roli wystąpił Ethan Hawke – znany, choć wciąż niedoceniany – ale to nie jego osoba pozostaje w centrum uwagi widza podczas seansu. Partnerująca mu Sarah Snook kradnie ekran; jest wręcz zjawiskowa. Miała trudne zadanie do wykonania, z którego nie każda aktorka potrafiłby się wywiązać – musiała zagrać mężczyznę. I to nie w sposób prześmiewczy, nie w sposób jedynie naśladujący cechy płci przeciwnej na potrzeby pojedynczej sceny. Na skutek uzasadnionego faktu wypływającego z fabuły musiała się ona mężczyzną po prostu stać, i to przekonująco. Nie wiem, jak wy, ale ja w „scenie barowej” (zaskakująco poprowadzonej) bardzo długo zastanawiałem się, jakiej płci jest osoba, na którą patrzę. Według mnie, wywołanie – nawet jeśli chwilowe – takich wątpliwości, wystarczy za rekomendację tej kreacji.

predest-4

Recenzencka rzetelność nie pozwala mi na uchylenie rąbka tajemnicy dotyczącego zastosowanych przez twórców rozwiązań fabularnych (jedyną wskazówką pozostaje symbolika uroborosa). To jeden z tych filmów, w przypadku którego im mniej się o nim powie, tym lepiej. Podkreślić jednak trzeba, że cała siła Przeznaczenia opiera się na wyjątkowo zaskakującym zakończeniu, którego, co istotne, nie dało się w żaden sposób przewidzieć.

[quote]Używając kinofilskiego kolokwializmu, to, z czym mamy do czynienia to klasyczny mindfuck, który decyduje o wywołaniu efektu szoku, skutkującego opadem szczęki[/quote].

Nie wyolbrzymiam: od pewnego czasu wyczulony jestem na filmowe zwroty akcji, których odczuwam przesyt, bo raz, że źle są akcentowane, dwa, że zwykle ich rozwiązane jest przewidywalne. Przeznaczenie poprzeczkę ustawiło wyżej, a swym finałem podkreśliło zagubiony w czasoprzestrzennych dociekaniach wydźwięk całości. Wystrzegałbym się jednak dorabiania do niego ideologii większej, od tej mającej na celu dostarczyć widzowi czystą frajdę z seansu pełnego zaskoczeń.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane