"Przeszłość" Asghara Farhadiego - recenzja | FILM.ORG.PL

Przeszłość

Farhadi po raz kolejny rozpisuje międzyludzkie relacje z wprawą architekta rozrysowującego plan monumentalnej katedry.




Sekrety i kłamstwa




Grzegorz Fortuna
10.09.2013


Poprzedni film Asghara Farhadiego, arcydzielne „Rozstanie”, zdobył niemal wszystkie możliwe laury – Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, Złotego Globa, Złotego Niedźwiedzia i szereg innych nagród. Nie brakowało jednocześnie głosów, że to nie tylko najlepszy film 2011 roku, ale też jedna z najlepszych produkcji dekady czy nawet całego nowego tysiąclecia. Wszystkie te zachwyty były w pełni zrozumiałe – Farhadi poruszał być może tematy znane już widzowi, ale robił to w sposób oryginalny i fascynujący. W centrum „Rozstania” biło bowiem gatunkowe serce. Film Farhadiego był kryminałem z krwi i kości, niepozbawionym społecznego komentarza i licznych wieloznaczności, ale nadal kryminałem, poprowadzonym ponadto po mistrzowsku – chwytającym za gardło po kilkunastu minutach i niepuszczającym aż do ostatniej sceny. A w dodatku skonstruowanym tak misternie, że wszystkie domysły i insynuacje, które widz mógł snuć w trakcie seansu, musiały polec w konfrontacji z niezwykłym finałem.

„Przeszłość” również zbudował Farhadi na gatunkowym stelażu. Kiedy po pierwszej scenie na ekranie pojawia się tytuł filmu, powoli zamazują go pracujące w tle wycieraczki samochodu. To zabieg o tyle ironiczny, że wydarzenia z przeszłości będą przez bohaterów nie tyle zacierane i zapominane, co raczej na nowo rozgrzebywane. Każdy kolejny ułamek informacji rzuci nowe światło na to, co się naprawdę stało (choć czasami tylko na pozór), a tajemnica – jak to zresztą u Farhadiego zwykle bywa – będzie miała niejedną warstwę.

Ahmad (Ali Mossafa) wraca do żony, Marie (znana z „Artysty” Bérénice Bejo), by podpisać papiery rozwodowe. Kobieta mieszka ze swoim nowym kochankiem, Samirem (Tahar Rahim z „Proroka”), z którym chce wziąć ślub, dwiema córkami z poprzednich związków i kilkuletnim synem przyszłego męża. Pozornie prosta życiowa sytuacja zamienia się jednak w ciąg kłótni i spięć, kiedy na wierzch wychodzą kolejne fakty dotyczące przeszłości Samira, a przede wszystkim jego poprzedniej żony, która kilka miesięcy wcześniej targnęła się na swoje życie i zapadła w śpiączkę.

Farhadi po raz kolejny rozpisuje międzyludzkie relacje z wprawą architekta rozrysowującego plan monumentalnej katedry. Wszyscy bohaterowie mają swoje własne, utajone i niechętnie omawiane dramaty. Z jednej strony stoi Marie, która wyraźnie czuje coś do byłego męża, nie za bardzo potrafi dogadać się z własnymi córkami i jednocześnie chce ułożyć sobie nowe życie. Samir także jest rozdarty pomiędzy pogrążoną w śpiączce żoną i związanym z jej samobójstwem poczuciem winy, a Marie, z którą zaczął romansować jeszcze przed tragicznym wypadkiem. Swoistym wyjątkiem jest natomiast Ahmad, pełniący rolę przyglądającego się sytuacji z dystansu mędrca – wyjątkowo spokojnego, wyciszonego i ugodowego, zdolnego do szczerej rozmowy z wszystkimi członkami dawnej rodziny.

Ironia obecna w specyficznie zaprojektowanej czołówce znajduje zresztą odbicie w dalszej części filmu – Marie poprosiła Ahmada o przyjazd nie tylko po to, by podpisał odpowiednie papiery, ale też dlatego, że chciała pokazać mężczyźnie, który przed laty ją opuścił, swoje nowe i uporządkowane, w założeniu o wiele lepsze życie. Przyjazd byłego męża zmusza ją jednak do zadania sobie pytań, które podświadomie wypychała wcześniej z głowy; początkowy plan bohaterki rozsypuje się więc z każdą kolejną sceną, a Farhadi burzy zbudowaną przez siebie katedrę w podobny sposób, w jaki robił to w „Co wiesz o Elly” i w „Rozstaniu” – źródłem problemu znów jest bowiem niewielki impuls, maleńki ładunek wybuchowy, który, umieszczony w odpowiednim miejscu, zdolny jest doprowadzić do tragedii.

I choć, podobnie jak poprzednie filmy reżysera, „Przeszłość” jest skupiona, oszczędna formalnie, podporządkowana prowadzonej żelazną ręką narracji i jednocześnie znakomicie odegrana (przoduje tu rewelacyjna Bérénice Bejo), to podczas seansu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Farhadi aż za bardzo stara się przeskoczyć swoje poprzednie arcydzieło. Trudno co prawda mówić o wykoncypowaniu czy manieryzmie, ale ilość komplikacji i swoistych fabularnych twistów – które, co trzeba podkreślić, nie są wcale nielogiczne i pasują do przedstawianej fabuły – jest tak duża, że momentami wydaje się aż przesadna. O ile w „Rozstaniu” wszystko układało się ostatecznie w historię otwartą i wieloznaczną, ale posiadającą jednocześnie swego rodzaju kulminację, o tyle po seansie „Przeszłości” w głowie pozostają przede wszystkim znaki zapytania. Problematyczny jest także fakt, że „Przeszłość” to, jak sugeruje już tytuł, „kryminał post factum”, przez co trudniej zaangażować się w problemy bohaterów i obserwować koleje ich losów z fascynacją.

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że Farhadiemu się ten film nie udał. To nadal inteligentne, przygotowane ze scenopisarską i reżyserską wprawą kino, z którym warto się zapoznać. Tym bardziej, że Farhadi po raz pierwszy zdecydował się przenieść akcję poza swoją ojczyznę. W jego poprzednich filmach kultura Iranu cały czas pozostawała w tle i rzucała nowe światło na wiele kwestii, pełniła rolę cichego bohatera – fascynującego, a momentami przerażającego. „Przeszłość” rozgrywa się natomiast we Francji, gdzie stosunki międzyludzkie wyglądają nieco inaczej. Tę nową perspektywę reżyser wykorzystuje w ciekawy sposób – wikła Francuzkę Marie w związki z dwoma mężczyznami wychowanymi w kulturze islamu. Z konfrontacji między jej emocjami a ich spokojem i opanowaniem wynikają najciekawsze sceny filmu.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kto wygra mecz? O festiwalu filmowym w Gdyni

Następny tekst

Fota #73 - Richard Burton



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE