Prometeusz | FILM.ORG.PL

Prometeusz

“Prometeusz” jest zaledwie prologiem, wycinkiem większej historii, który nie najlepiej czuje się funkcjonując w pojedynkę.




Beczka miodu z łyżkami dziegciu




Kacper Kowalski
12.07.2012


Powiadają, że frustracja zajmuje należne miejsce między najsilniejszymi bodźcami motywującymi do działania. Interesuje mnie jej studium, gdyż w moim rozumieniu rozgoryczenie narodzone z niezdolności do pojęcia i zaakceptowania pewnych potwornych rzeczy jest wiodącym prym motywem najnowszego filmu Ridleya Scotta. Złośliwi dorzuciliby z dużą dozą prawdopodobieństwa, że pokrewny zespół przykrych emocji towarzyszyć może także rozczarowanym fanom po opuszczeniu sali kinowej.

 

W preludium “Prometeusza” Brytyjczyk daje wyraz przepojeniu kubrickowską wrażliwością, by po krótkim przerywniku na wyspie Skye przenieść akcję w nieskończony mrok kosmosu i przedstawić nam czuwającego nad krio-snem załogi androida Davida. Pragnący stymulacji bodźcami wizualnymi będą nad wyraz ukontentowani już od pierwszych scen – rozmach scenografii i wirtuozeria Wolskiego w zestawieniu z pietyzmem Scotta dają iście piorunujący efekt. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że “Prometeusz” to najprawdziwsza audiowizualna maestria, mogąca stawać w szranki o tytuł jednego z najlepiej zrealizowanych filmów SF w ogóle – bez znaczenia jest fakt, czy spoglądamy akurat na dryfujący majestatycznie statek, czy też przemierzamy wraz z załogą trzewia obcego kompleksu. Warto nadmienić, iż legendarny reżyser wykorzystuje dobrodziejstwa technologii 3D z należytą subtelnością oraz dojrzałością. 

Scott od zawsze należał do grona twórców skrupulatnie wdrażających w swoją twórczość dewizę, zgodnie z którą postacie kobiece nie są rodzajem dekoratywnym; wręcz przeciwnie, od pierwszych tytułów w dorobku zdaje się darzyć swoje bohaterki szczególnym przywiązaniem. “Prometeusz” nie jest wyjątkiem od tej reguły, o czym niezawodnie świadczy konstrukcja postaci Elizabeth Shaw. Od grającej ją Noomi Rapace raz jeszcze nie sposób oderwać oczu. Wrażliwa, jowialna, uskrzydlona marzeniami, nieodwołalnie miłująca Boga pani doktor, podobnie jak Ellen Ripley dopiero z czasem przyodziewa wojowniczy rynsztunek. Wszak jak powszechnie wiadomo, ogień hartuje to, czego nie zdoła strawić. Shaw przejdzie tymczasem większe piekło, niż jej otoczona kultem prekursorka. Rapace dzięki tej roli zyska zapewne nieprzeliczoną ilość nowych wielbicieli, choć zdaje się, że dopiero sequele dadzą jej postaci szansę na powtórzenie sukcesu poprzedniczki. Mimo to niezmiennym pozostaje fakt, że Szwedka utwierdza w przekonaniu o swoim statusie jednej z najlepszych pracujących obecnie artystek, bezustannie niepomnej na wszelkie mielizny scenariusza.

 

Najjaśniejszym punktem filmu jest jednak zdecydowanie sam David, niejednoznacznie nakreślony i mistrzowsko zinterpretowany przez Michaela Fassbendera. Odarty z duszy i moralności, o oczach skrzących się dziecięcym entuzjazmem i ustach drgających od dumnej wzgardy, chwilami przywodzi na myśl Roya Batty’ego. Bardziej oszczędną mimikę ma chyba jedynie nosząca lodową maskę Meredith Vickers, tradycyjny już w tym uniwersum delegat skostniałych korporacji, w finezyjnym wykonaniu Charlize Theron. Na drugim planie w niewielkich, acz wyrazistych rólkach bryluje także całe spektrum brytyjskich aktorów, spośród których widzowie niechybnie zapamiętają Seana Harrisa w roli geologa-odmieńca o pochlastanej tatuażami czaszce. Na uwagę zasługuje również Idris Elba, przenoszący archetyp zaprawionego wilka morskiego wprost w upstrzone gwiazdami galaktyczne odmęty. Szkoda jednak, że większość postaci pozostawia uczucie niewystarczająco wykorzystanych i papierowych.

 Jednolity fabularnie “Prometeusz” zgodnie z zapowiedziami operuje w gąszczu idei dotyczących genezy ludzkości, tyle że niestety podniosłą atmosferę rozmywają niedojrzałe (często komediowe) akcenty. Głównym problemem scenariusza jest bowiem niekonsekwentne i nieroztropne zachowanie załogantów, którzy przetaczają się przez LV-233 niczym rozanielona falanga nastolatków, dalecy od obrazu profesjonalistów stojących u progu wiekopomnego odkrycia. W gruncie rzeczy, niektóre śmierci zasługują na uwagę kapituły odpowiedzialnej za nagradzanie zaszczytną statuetką Darwina, a nie najlepszym dialogom, podobnie jak pojedynczym zdarzeniom zdarza się też wypaść nienaturalnie. Ponadto, scenariusz przyciężki jest od niewykorzystanych szans oraz wszędobylskich klisz.

Trudno mi odgadnąć, jak ostatecznie ukształtował się wkład poszczególnych scenarzystów, choć brzemię rysu psychologicznego postaci dźwigać ma ponoć Spaihts. Znając jednak jego dotychczasowe utwory, o obstrukcyjne działanie podejrzewałbym głównie twórcę serialu “Lost – Zagubieni”. Damon Lindelof dał się już bowiem poznać jako hochsztapler, iluzjonista trzeciego stopnia i wędrowny sztukmistrz. W zasadzie jak nazwać inaczej zdolnego do splecenia iluzji wielopiętrowych interpretacji, w rzeczywistości skrobiącego jedynie kordzikiem po zamrożonej tafli jeziora? Zgodnie z tradycją, telewizyjny scenarzysta stawia duże znaki pytania i stroni się od odpowiedzi. Uważni widzowie z pewnością złowią okiem niektóre wskazówki i zdołają połączyć fakty, ale newralgiczne wątki znajdą konkluzję dopiero w kontynuacji. O wyklarowaniu jeszcze innych mętne pojęcia nie ma być może i sam autor.

 Do “Prometeusza” podchodziłem jak zawsze, z otwartym umysłem, ale trudno wyzbyć się pamięci o zapewnieniach Scotta. Wiemy, jaki cel przyświecał mu przy produkcji filmu i niestety ciężko mówić tu o spełnionej ambicji, a to udziela nam również kolejnej lekcji pokory w obcowaniu z marketingiem amerykańskich wytwórni. Czy próbuję powiedzieć, że film jest zupełnie wypatroszony z elementów horroru? Ależ bynajmniej. Nastrój kilkakrotnie trąca znajomą strunę, jednak w ogólnym rozrachunku niewiele zostało z będących znakiem rozpoznawczym uniwersum napięcia oraz wiszącego nad bohaterami damoklesowego miecza. “Prometeuszowi” w linii pokrewieństwa bliżej jest bowiem do “Łowcy androidów” aniżeli “Obcego”. Byłoby to rzecz jasna ogromną zaletą, gdyby nie wspomniane płycizny scenariuszowe. Nie brakuje też akcji, jednak walka o przetrwanie porzuca formę łowów, czy też tańca w ciemności, a w dłonie bohaterów wskakują tym razem wielofuntowe argumenty. Nie wszyscy będą też oczarowani “wygładzonymi” lokacjami, jako że niektóre designerskie rozwiązania jasno zdradzają space-operowe inspiracje.

 

Do wad filmu nie sposób zaliczyć muzyki autorstwa Marca Streitenfelda charakteryzującej się williamsowym sznytem. Co prawda, w paru fragmentach pasuje niczym pięść do nosa, ale w ogólnym rozrachunku ładnie komponuje się z obrazem, a zostający w pamięci motyw przewodni godzien jest gromkich braw.

Z przykrością stwierdzam, że w przeciwieństwie do poprzednich SF brytyjskiego reżysera, tym razem otrzymaliśmy beczułkę miodu na poły zmiksowaną z łyżeczkami dziegciu. Choć może i bije on na głowę przeciętne hollywoodzkie blockbustery, to spodziewałem się więcej po kalibrze intelektualnym twórców. “Prometeusz” jest zaledwie prologiem, wycinkiem większej historii, który nie najlepiej czuje się funkcjonując w pojedynkę. Wyglądam dalszego ciągu, jednocześnie zalecając Scottowi staranniejszą selekcję w dobrze współpracowników. Być może warto wystrzelić kogoś w kapsule ratunkowej i odbyć dalszą wędrówką w nieco innej kompanii? Aż szkoda dobrej formy mistrza, który uraczył nas w sumie bardzo przyzwoitym kawałkiem kina SF.

 PS. Jeśli macie taką możliwość, to całym sercem polecam wypad do kina IMAX, by spotęgować  wrażenia. 

 







  • kazimorda

    Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli…

  • Krzysiek eM

    Może będzie lepiej jeśli faktycznie zostanie wydana wersja reżyserka filmu, a można znaleźć w necie takie informacje.

  • PK

    Z przykrością stwierdzam, że autor recenzji potraktował ocenę tego filmu bardzo delikatnie i raczej z sentymentem do trylogii Aliena lub samego reżysera. Osobiście film oceniłbym na 5. Miałem okazję oebjrzeć go w UK miesiąc temu. Być może moje rozczarowanie wynika z bardzo dużych oczekiwań. Tą tezą jednak nie jestem w stanie wytłumaczyć scenariusza pełnego ćwierć inteligentnych rozwiązań, sztampy i niestety, największej bolączki, olbrzymich – wręcz gigantycznych – dziur logicznych. Aktorzy bardzo słabi – większości nie pamięta sie po seansie prócz Dawida – chociaż powiedzmy to głośno i szczerze – takie postacie już były też. Warstwa wizualna – cudo. I to jest jedyny plus. Niestety nie należę do widowni, która lubi chodzić do kina pooglądać obrazki w trakcie chrupania popcornu. Od kina, nawet SF, wymagam chociaż odrobiny spójności i logiki.

  • Kadr36

    Dlaczego byłem pewien, że panowie piszący w KMF będą wznosić pieśni dziękczynne za „Prometeusza”? Taka wasza rola, być w pełni przewidywalnym i ani trochę nie pójść pod prąd. Strach, nie? 

    Sam film w wielu miejscach jest ewidentnie idiotyczny i nie jest to jakieś moje widzi mi się, ale obiektywny fakt.

    UWAGA, SPOILERY!

    Główna bohaterka robi sobie samej cesarkę po czym niemal natychmiast po zabiegu biega co prawda nie radośnie ale biega po pokładzie statku i nie tylko. To też oceniasz jako miód autorze recenzji tego filmu?

    Dalej: Kapitan „Prometeusza” wraz z resztą swojej załogi, która została na pokładzie w jakieś, ja wiem, 10 sekund? Fakt, statek Space Jockeya jest coraz wyżej, ale jednak, raz dwa, podejmuje decyzję o natychmiastowym samobójstwie. Dobra, niech by ją i podjął w 1 sekundę, lecz czemu nie ma w tym żadnych emocji??? Dlaczego wszystko wygląda tak, jakby wszyscy zdecydowali się jednak ruszyć na obiad do znienawidzonej teściowej? To też jest dla ciebie miodne?

    Sama postać, czy raczej postacie Space Jockeyów. Wiadomo o nich tylko tyle, że są… wielcy, mają białą skórę i cierpią na całkowity brak wszelkiego owłosienia. Miód?

    Kretyńska, wyjątkowo debilna wręcz postać Weylanda czyli szefa korporacji. Co facetowi przyświeca? Jaka idea? Co chce osiągnąć? Tak po prostu, zapragnął być mega nieśmiertelny. Pusta, płaska, nikomu niepotrzebna postać. Miodek?

    Więcej grzechów nie pamiętam, bądź też nie chce mi się już o nich pisać. Fakt, film to przede wszystkim obraz, jednak wystawianie mu maksymalnej oceny wyłącznie za obraz to raczej kpina z recenzji i z recenzenta.

    • „Taka wasza rola, być w pełni przewidywalnym i ani trochę nie pójść pod prąd. Strach, nie? ”

      przed kim? o co? 
      dlaczego zarzucasz nam nieszczerość i jakąś nieokreśloną interesowność? wtf? Weź to wytłumacz, bo rozumiem wiele przytyków, ale nie krytykę niezależności, którą KMF od zawsze ‚wyznaje’.

    • tchopz

      Dlaczego liczba mnoga, skoro to pierwsza oficjalna recenzja KMF?
      Dlaczego tylko Panowie?
      Panie z KMF są bardziej niezależne Twoim zdaniem?

  • Owner122

    Do wszystkich którzy narzekają na idiotyzmy Prometeusza: radzę obejrzeć sobie po jego seansie jeszcze raz sagę Aliena, w której idiotyzmów jest zatrzęsienie. Choćby w pierwszej części, uznawanej przez wszystkich (również przeze mnie) za arcydzieło, jest kilka momentów tak durnych, że gdyby ten film wyszedł w dzisiejszych czasach byłby identyczne narzekania jak w przypadku Prometeusza.

    • Jakie naprzyklad???

    • PK

      Kolego nawet bez Twojej rady chętnie sięgnąłem do Alienów po seansie Prometheusa. I tutaj mam tylko dwie uwagi – nie ma co porównywać Promotheusa z tamtą trylogią ponieważ Prometheus wg mnie kontynuacją tamtych nie jest. Raczej nawiązaniem i z tego co mi wiadomo pierwszą częścią nowej trylogii. Dlatego nie – nie będę porównywał tych dwóch różnych wg mnie filmów. Gdyby to jednak zrobić na upartego to uważam, że Alieny mają bardziej spójne scenariusze, pozbawione większych dziur logicznych, bohaterowie są bardziej wiarygodni itd itp. Natomiast Prometheus scenariusza wg mnie nie ma, udaje coś więcej niż popkulturę (Alien nie pretendował do niczego więcej ponad rozrywkę), a przegadana popkultura to masakra dla w miarę inteligentnego rozumu. Wygląda to tak, że Ridley miał ochotę pofilozofować na miarę Odysei Kosmicznej, nie bacząc na to, że scenariusz mu się kupy nie trzyma – SPOILER Obcy zostawiają wsakzówki ludziom jak dotrzeć do swojej bazy wojskowej, w której to produkują broń masowego zniszczenia mającej posłużyć eksterminacji tejże „zapraszanej” ludzkości…No przeż to urąga wszelkiemu intelektowi…nawet miernemu.

      • hovercraft

        A moja ocena filmu jest bardzo pozytywna.Tak jak ktoś napisał, Alien to też nie jest dzieło sztuki. Moim zdaniem nawet wychwalany wszędzie Blade Runner jest dość płytkim filmem (chociaż bardzo go lubię :)). Sukcesem tych filmów, w tym Prometeusza, jest zmuszenie do myślenia i możliwość indywidualnych interpretacji.

        Chociażby ta kwestia „Obcy zostawiają wsakzówki ludziom jak dotrzeć do swojej bazy wojskowej, w
        której to produkują broń masowego zniszczenia mającej posłużyć
        eksterminacji tejże „zapraszanej” ludzkości…No przeż to urąga
        wszelkiemu intelektowi…nawet miernemu.”

        To jak najbardziej ma sens. Stworzyli ludzi, ale zostawili im też rodzaj bezpiecznika – moment, w którym ludzkość będzie w stanie dotrzeć do owej bazy, jest momentem w którym jej rozwój doszedł za daleko i uruchamiany jest mechanizm zagłady.

        Film zdecydowanie wart obejrzenia a krytyczne opinie moim zdaniem mocno przesadzone. No może z wyjątkiem niepotrzebnej sceny końcowej.

  • Ciężko czytało się recenzję, język nazbyt kwiecisty i wyszukany (w sensie – po co aż tak? Toć to nie praca naukowa). ;)

    Sama w sobie zachęcająca do filmu, komentarze mocno odstraszające… Najlepiej zatem (jak i zawsze) wyrobić sobie opinię oglądając samemu, co też zrobię.

    • Dokladnie. NIejednokrotnie okazywalo sie ze krytykowany film byl w porzadku.

  • Kaziq Maziq

    Wszyscy i tak ten film zobaczą (zupełnie jak „nowe”  Star-Wars) więc sequel prequela za 2 lata (conajwyżej).
    To będzie jeden z 2 filmów na które wybiorę się do kina w tym roku.
    I to jest niesamowity sukces pana Scotta -większy niż Oscar!!!

  • molester

     
    Recenzja trudna w odbiorze z wieloma wyszukanymi i niepotrzebnymi słowami, momentami jest to wręcz niezrozumiały bełkot ale to już standard na tym portalu. Drodzy redaktorzy recenzja w głównej mierze ma służyć jako publikacja informacyjna dla czytającego a nie jako pole do popisu dla waszych retorycznych umiejętności. Ma być przejrzysta, czytelna i łatwa w odbiorze.

    • Kadr36

      Ok, zwracam honor. „Prometheus” jako film jest moim zdaniem podły. Natomiast KMF jest niezależny. Autor recenzji zaś potraktował najnowszy film Scotta i tak wyjątkowo łagodnie.

      • Kadr36

        molester, recenzja powinna być pisana z jednej strony po to aby zachęcić lub też odrzucić od danego filmu ale też jest pewną pracą literacką i jako taka ma prawo do swady i błyskotliwości.

    • Panegir

      No to chyba średnio się orientujesz w formach literackich. Odsyłam do szkoły dowiedzieć się czym jest recenzja. A tak… zapomniałem… łatwiej bezmyślnie pisać bzdury w internecie.

      • Kadr36

        A Ja cię odsyłam do poczytania paru recenzji właśnie.

        Pewnie, że łatwiej, ty to właśnie robisz.

    • Co jest takiego trudnego w odbiorze tej recenzji? O jakie wyszukane słowa chodzi? 

      • molester

         Przepojeniu, ukontentowani, maestria, trzewia, upstrzone, rozanielona, damoklesowy miecz i jeszcze kilka innych nie licząc używanych przez autora przekombinowanych zwrotów. Nie twierdze, że ich nie rozumiem ale w takiej pracy są kompletnie niepotrzebne. Recenzja jest trudna w odbiorze z tego względu, że przypomina profesorski i filozoficzny bełkot a nie tego oczekuje od publikacji tego typu.

        • Kadr36

          To, że dla ciebie jest niepotrzebne, nie znaczy, że to samo mają napisać inni. Odezwał się spec od filmowych recenzji.

          • BigDadddy

            Zgodzę się – silenie i pisanie filozoficznej sieczki ze słownictwem rodem z nieodwiedzanych kartek słownictwa to nie jest żadna przyjemność tylko wysilanie na marne w większości wypadków ;)

      • Ojciec Fernando

        Nie mam najmniejszego pojęcia. 

  • ms

    Jestem jakiś kwadrans po obejrzeniu filmu.
    W związku z powyższym chciałbym się podzielić refleksją 1) o samym filmie oraz 2) powyższej recenzji.
    Konkluzja dot. pkt 1: film jest kiepski. Braki logiczne, o których mówił Kadr 36 to tylko mały wycinek tych luk. Przedewszystkim początek filmu i to jak „ludzie” zlokalizowali poszuliwaną planetę jest totalnie nielogiczna i nie trzyma sie kupy (w filmie dowiadujemy się, że położenie planety naszych stwórców odczytano z hieroglifów, ale skąd ludy pierwotne o których była mowa wiedziały gdzie położona jest ta planeta? przeciez obcy siez nimi nie kontaktowali). Drugą ewidentnabolączkąjest sam fakt wyglądu obcych: przypominają ludzi (to że przekazali nam DNA o nieczym nie świadczy. Takie DNA mają wszystkie żywe istotu na planecie ziemia- łącznie z roślinami- choćz wyglądu je nie przypominamy). Jeżli ten temat kogoś zaciekawi mogę rozwinąćto zagadnienie.
    podsumowując: Wydaje się, że pomysł na film generalnie był dobry (ostatnie filmy z serii s-f są delikantnie mówiąc słabe), ale wykonanie fatalne.
    A co do recenzji to zgadzam się z  molester i to jest konkluzja dot. pkt 2- recenza przekombinowana i nie odnoząca siędo meritum sprawy czyli do wymiaru filozoficznego filmu. Autor winien zanalizowaćewidentnie filozoficzny aspekt filmu dot. zagadki życia (R.Scott dość prymitywnie podszedł do tematu).  

  • Retromodern

    Jestem strasznie rozczarowany wyglądem space jockey’ów….

    Scott zniszczył i zdeptał ten arcyciekawy i najbardziej zagadkowy (chyba nawet bardziej niż ksenomorf) element universum serwując nam zwykłe sklepowe silikonowe manekiny xxl….

    Tyle lat czekaliśmy na to by zobaczyć coś niesamowitego, coś na miarę np. królowej obcych, niesamowite stworzenia z najdalszych zakamarków Gigerowskiej wyobraźni…

    ….a doistaliśmy nasterydowanych członków zespołu behemot

  • Piotr Piekarski

    Strona wizualna jest świetna i dla niej warto ten film obejrzeć. Fassbender, Rapace i Theron stanęli na poziomie i ich postaci naprawdę przykuwają uwagę do ekranu.
    Niestety, cała reszta to padaka, a powyższa recenzja jest naprawdę pobłażliwa.

  • Tomkiewicz

    Recenzja, bardzo dobra zresztą, całkowicie pokrywa się z moimi wrażeniami, choć dodałbym o wiele więcej smaczków. Ciekawe, że nikt nie pokłonił się Gigerowi, a ten niemalże szczytuje w „Prometeuszu”. Ciekawe też, co tam robi jego słynny, szatański ołtarz?

  • Paranoja

    świetna recenzja, bardzo się cieszę że na nią trafiłam.
    Polecam Panu jednak zwężyć troszkę kolumne i zmiecić font na szeryfowy albo zrobić coś z interlinią, bo bardzo ciężko się czyta nie gubiąc linijki pozdrawiam!

  • kilof

    Zgadzam się z wszystkimi negatywnymi ocenami tego filmu. Strasznie się
    rozczarowałem. Ten film tak naprawdę nie ma fabuły. Z dużą dozą
    konformizmu można nawet przymknąć na to oko, ale na motywację i logikę
    działania bohaterów (której nie ma) niestety już nie da się. Zadawane
    przez autorów filmu pytania o sens istnienia, wiarę i inne ważne idee, na tym tle, wypadają głupio, infantylnie i nie na miejscu.
    Dopracowana jest tylko warstwa wizualna filmu, ale gdyby chodziło tylko
    o to, to poszedłbym do galerii sztuki nowoczesnej, żeby pooglądać sobie
    obrazy, a nie do kina. Film zrobiony za dużą ilość kasy tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej kasy. Autorzy sklecili scenariusz na zamówienie, nie mając wcześniej żadnego pomysłu i zwyczajnie odwalili chałturę tak samo, jak i pan reżyser.
    Film nadaje się do obejrzenia w domu, po wypożyczeniu za 5 złotych,
    przy piwie z kolegami. Do kina radzę wybrać się na coś innego.

  • Pingback: LUTHER - detektyw z problemami | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Szepty

Następny tekst

Kobieta na skraju dojrzałości



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE