nowości kinowe

Prometeusz

“Prometeusz” jest zaledwie prologiem, wycinkiem większej historii, który nie najlepiej czuje się funkcjonując w pojedynkę.

Autor: Kacper Kowalski
opublikowano

Powiadają, że frustracja zajmuje należne miejsce między najsilniejszymi bodźcami motywującymi do działania. Interesuje mnie jej studium, gdyż w moim rozumieniu rozgoryczenie narodzone z niezdolności do pojęcia i zaakceptowania pewnych potwornych rzeczy jest wiodącym prym motywem najnowszego filmu Ridleya Scotta. Złośliwi dorzuciliby z dużą dozą prawdopodobieństwa, że pokrewny zespół przykrych emocji towarzyszyć może także rozczarowanym fanom po opuszczeniu sali kinowej.

 

W preludium “Prometeusza” Brytyjczyk daje wyraz przepojeniu kubrickowską wrażliwością, by po krótkim przerywniku na wyspie Skye przenieść akcję w nieskończony mrok kosmosu i przedstawić nam czuwającego nad krio-snem załogi androida Davida. Pragnący stymulacji bodźcami wizualnymi będą nad wyraz ukontentowani już od pierwszych scen – rozmach scenografii i wirtuozeria Wolskiego w zestawieniu z pietyzmem Scotta dają iście piorunujący efekt. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że “Prometeusz” to najprawdziwsza audiowizualna maestria, mogąca stawać w szranki o tytuł jednego z najlepiej zrealizowanych filmów SF w ogóle – bez znaczenia jest fakt, czy spoglądamy akurat na dryfujący majestatycznie statek, czy też przemierzamy wraz z załogą trzewia obcego kompleksu. Warto nadmienić, iż legendarny reżyser wykorzystuje dobrodziejstwa technologii 3D z należytą subtelnością oraz dojrzałością. 

Scott od zawsze należał do grona twórców skrupulatnie wdrażających w swoją twórczość dewizę, zgodnie z którą postacie kobiece nie są rodzajem dekoratywnym; wręcz przeciwnie, od pierwszych tytułów w dorobku zdaje się darzyć swoje bohaterki szczególnym przywiązaniem. “Prometeusz” nie jest wyjątkiem od tej reguły, o czym niezawodnie świadczy konstrukcja postaci Elizabeth Shaw. Od grającej ją Noomi Rapace raz jeszcze nie sposób oderwać oczu. Wrażliwa, jowialna, uskrzydlona marzeniami, nieodwołalnie miłująca Boga pani doktor, podobnie jak Ellen Ripley dopiero z czasem przyodziewa wojowniczy rynsztunek. Wszak jak powszechnie wiadomo, ogień hartuje to, czego nie zdoła strawić. Shaw przejdzie tymczasem większe piekło, niż jej otoczona kultem prekursorka. Rapace dzięki tej roli zyska zapewne nieprzeliczoną ilość nowych wielbicieli, choć zdaje się, że dopiero sequele dadzą jej postaci szansę na powtórzenie sukcesu poprzedniczki. Mimo to niezmiennym pozostaje fakt, że Szwedka utwierdza w przekonaniu o swoim statusie jednej z najlepszych pracujących obecnie artystek, bezustannie niepomnej na wszelkie mielizny scenariusza.

 

Najjaśniejszym punktem filmu jest jednak zdecydowanie sam David, niejednoznacznie nakreślony i mistrzowsko zinterpretowany przez Michaela Fassbendera. Odarty z duszy i moralności, o oczach skrzących się dziecięcym entuzjazmem i ustach drgających od dumnej wzgardy, chwilami przywodzi na myśl Roya Batty’ego. Bardziej oszczędną mimikę ma chyba jedynie nosząca lodową maskę Meredith Vickers, tradycyjny już w tym uniwersum delegat skostniałych korporacji, w finezyjnym wykonaniu Charlize Theron. Na drugim planie w niewielkich, acz wyrazistych rólkach bryluje także całe spektrum brytyjskich aktorów, spośród których widzowie niechybnie zapamiętają Seana Harrisa w roli geologa-odmieńca o pochlastanej tatuażami czaszce. Na uwagę zasługuje również Idris Elba, przenoszący archetyp zaprawionego wilka morskiego wprost w upstrzone gwiazdami galaktyczne odmęty. Szkoda jednak, że większość postaci pozostawia uczucie niewystarczająco wykorzystanych i papierowych.

 Jednolity fabularnie “Prometeusz” zgodnie z zapowiedziami operuje w gąszczu idei dotyczących genezy ludzkości, tyle że niestety podniosłą atmosferę rozmywają niedojrzałe (często komediowe) akcenty. Głównym problemem scenariusza jest bowiem niekonsekwentne i nieroztropne zachowanie załogantów, którzy przetaczają się przez LV-233 niczym rozanielona falanga nastolatków, dalecy od obrazu profesjonalistów stojących u progu wiekopomnego odkrycia. W gruncie rzeczy, niektóre śmierci zasługują na uwagę kapituły odpowiedzialnej za nagradzanie zaszczytną statuetką Darwina, a nie najlepszym dialogom, podobnie jak pojedynczym zdarzeniom zdarza się też wypaść nienaturalnie. Ponadto, scenariusz przyciężki jest od niewykorzystanych szans oraz wszędobylskich klisz.

Trudno mi odgadnąć, jak ostatecznie ukształtował się wkład poszczególnych scenarzystów, choć brzemię rysu psychologicznego postaci dźwigać ma ponoć Spaihts. Znając jednak jego dotychczasowe utwory, o obstrukcyjne działanie podejrzewałbym głównie twórcę serialu “Lost – Zagubieni”. Damon Lindelof dał się już bowiem poznać jako hochsztapler, iluzjonista trzeciego stopnia i wędrowny sztukmistrz. W zasadzie jak nazwać inaczej zdolnego do splecenia iluzji wielopiętrowych interpretacji, w rzeczywistości skrobiącego jedynie kordzikiem po zamrożonej tafli jeziora? Zgodnie z tradycją, telewizyjny scenarzysta stawia duże znaki pytania i stroni się od odpowiedzi. Uważni widzowie z pewnością złowią okiem niektóre wskazówki i zdołają połączyć fakty, ale newralgiczne wątki znajdą konkluzję dopiero w kontynuacji. O wyklarowaniu jeszcze innych mętne pojęcia nie ma być może i sam autor.

 Do “Prometeusza” podchodziłem jak zawsze, z otwartym umysłem, ale trudno wyzbyć się pamięci o zapewnieniach Scotta. Wiemy, jaki cel przyświecał mu przy produkcji filmu i niestety ciężko mówić tu o spełnionej ambicji, a to udziela nam również kolejnej lekcji pokory w obcowaniu z marketingiem amerykańskich wytwórni. Czy próbuję powiedzieć, że film jest zupełnie wypatroszony z elementów horroru? Ależ bynajmniej. Nastrój kilkakrotnie trąca znajomą strunę, jednak w ogólnym rozrachunku niewiele zostało z będących znakiem rozpoznawczym uniwersum napięcia oraz wiszącego nad bohaterami damoklesowego miecza. “Prometeuszowi” w linii pokrewieństwa bliżej jest bowiem do “Łowcy androidów” aniżeli “Obcego”. Byłoby to rzecz jasna ogromną zaletą, gdyby nie wspomniane płycizny scenariuszowe. Nie brakuje też akcji, jednak walka o przetrwanie porzuca formę łowów, czy też tańca w ciemności, a w dłonie bohaterów wskakują tym razem wielofuntowe argumenty. Nie wszyscy będą też oczarowani “wygładzonymi” lokacjami, jako że niektóre designerskie rozwiązania jasno zdradzają space-operowe inspiracje.

 

Do wad filmu nie sposób zaliczyć muzyki autorstwa Marca Streitenfelda charakteryzującej się williamsowym sznytem. Co prawda, w paru fragmentach pasuje niczym pięść do nosa, ale w ogólnym rozrachunku ładnie komponuje się z obrazem, a zostający w pamięci motyw przewodni godzien jest gromkich braw.

Z przykrością stwierdzam, że w przeciwieństwie do poprzednich SF brytyjskiego reżysera, tym razem otrzymaliśmy beczułkę miodu na poły zmiksowaną z łyżeczkami dziegciu. Choć może i bije on na głowę przeciętne hollywoodzkie blockbustery, to spodziewałem się więcej po kalibrze intelektualnym twórców. “Prometeusz” jest zaledwie prologiem, wycinkiem większej historii, który nie najlepiej czuje się funkcjonując w pojedynkę. Wyglądam dalszego ciągu, jednocześnie zalecając Scottowi staranniejszą selekcję w dobrze współpracowników. Być może warto wystrzelić kogoś w kapsule ratunkowej i odbyć dalszą wędrówką w nieco innej kompanii? Aż szkoda dobrej formy mistrza, który uraczył nas w sumie bardzo przyzwoitym kawałkiem kina SF.

 PS. Jeśli macie taką możliwość, to całym sercem polecam wypad do kina IMAX, by spotęgować  wrażenia. 

 

Ostatnio dodane