Pozdrowienia z Raju (Captive, 2012) | FILM.ORG.PL

Pozdrowienia z raju

Film zaangażowany społecznie, starający się rozdrapać ranę, która nawet nie zaczęła się zasklepiać, warty zadumy, choć daleki do ideału.




Bogobojne Francuzki i ci źli islamiści




Jakub Koisz
04.10.2012


 

Gdy oczy całego świata zwrócone były na World Trade Center, demon ludzkiej niegodziwości wcale nie skumulował się w jednym miejscu. Filipiny, 2001 rok. Oddział uzbrojonych islamskich separatystów porywa z hotelu w turystycznym kurorcie grupę około dwudziestu zachodnich turystów i misjonarzy.

 

Tych, których rodziny są w stanie płacić, puszczają wolno, cała reszta zmuszona jest do męczącej wędrówki przez dżunglę. Turyści, pracownicy socjalni, goście z ambasad i oczywiście misjonarze muszą szybko zaadaptować się do nowych warunków. Niezbyt przemyślane próby odbicia zakładników zostają na jakiś czas zaniechane, a negocjacje przeciągają się w nieskończoność. Zarówno w oprawcach, którzy walczą o wolność swojej rodzinnej ziemi z religijnymi pieśniami na ustach, jak i ofiarach, które pokładają zbyt dużą wiarę w swoje rządy, zaczyna narastać frustracja. Wśród zakładników jest bogobojna Francuzka, Thérese Bourgoine (Isabelle Huppert), która musi w pewnym momencie ze zgrozą obserwować, jak niewierni wyrzucają Pismo Święte do wody. Jej osobisty świat się rozpada. 

To się zdarzyło naprawdę – zdaje się kiwać palcem ku przestrodze zdolny twórca filmu „Pozdrowienia z raju”. Brillante Mendoza został nagrodzony w Cannes w 2009 roku za najlepszą reżyserię, ostatni obraz filipińskiego reżysera pt. „Thy Womb” jeszcze niedawno walczył o Złotego Lwa w Wenecji, natomiast jego najnowsze dzieło dotarło do głównej selekcji w tegorocznym Berlinale. Rozkręca się facet, to już prawie rozpędzona lokomotywa wyjeżdżająca ze stacji pełnej zaangażowanego społecznie kina.

 

Mendoza bowiem potrafi przyglądać się zwykłym ludziom – w „Pozdrowieniach z raju” decydentami w sprawie zakładników są mieszkańcy filipińskich wiosek, zmęczeni wojnami domowymi i nieustannym religijnym napięciem, jednakże nie potrafiący przerwać ciągu przyczynowo-skutkowego, który doprowadził do kolejnego porwania. Ot, taki terroryzm z przyzwyczajenia, a sprawy dotyczące czyjegoś życia i śmierci mogą być omawiane podczas herbatki w rodzinnym gronie.

Historia oparta jest na autentycznych wydarzeniach, a właściwie serii podobnych wydarzeń, przedstawiona i utrzymana w stylu surowego reportażu. Filipińczyk przedstawia to wszystko z dwóch punktów widzenia, w centrum stoją jednak zawsze zakładnicy – czasami stara się skomentować działanie mediów w obliczu zaistniałej sytuacji, kiedy indziej robi zarys działań sił specjalnych, które miały za zadanie odbić nieszczęśników. Właśnie owe centrum najbardziej przyczynia się do tego, że cała dramaturgia filmu gdzieś w połowie seansu siada, bowiem zakładnicy praktycznie nie mają możliwości ruchu, są wiecznie obserwowani, a widz nie ma już nadziei, że w końcu zobaczy spektakularną ucieczkę niczym w „Rescue Dawn” Herzoga. Tutaj tego nie ma – postacie wiecznie czekają na konkretne działania tych, którzy akurat mogą coś w tej sprawie zrobić. Wiadomo, że tak musiało być, ale cierpi na tym opowieść, szkoda więc, że reżyser nie rozłożył perspektywy narracyjnej na dwa obozy, zakładników, ich oprawców oraz rząd, media i siły specjalne. Chwała reżyserowi, że postanowił nie epatować scenami przemocy, pokazując absolutnie tylko to, co niezbędne do zaangażowania odbiorcy – trud codzienności w nieprzyjaznych warunkach oraz apatię terrorystów, dla których porwać człowieka jest łatwe i naturalne niczym dojenie kozy.  

 

Może i film Mendozy uświadamia, że 2001 rok to tak naprawdę początek konsekwentnej narracji historycznej, która doprowadziła do dzisiejszej islamofobii (zarówno Filipiny, jak i Nowy Jork pomogły w medialnym przemalowaniu świata na czerń i biel), ale robi to mimochodem, bez zaangażowania. Tutaj ważniejsze stają się jednostki, jak wspomniana Francuzka przeżywająca kryzys tożsamości i światopoglądu. Można odnieść wrażenie, że takie rozdanie kart i ról przynosi filmowi więcej szkód niż korzyści. Historia, która mogła dzięki swojej lokalności poruszyć temat globalny, powoli, konsekwentnie zmienia się w zwykły survival mówiący o „jakieś tam sprawie z przeszłości”. Tematykę wątpiących w swój statyczny mikroświatek misjonarzy poruszało wiele obrazów filmowych, większość robiła to wręcz lepiej (tak, nawet „John Rambo!”).

A szkoda, bowiem chciałbym obejrzeć dzieło poruszające podobne problemy, lecz ukazujące nieco inną perspektywę. Mimo wszystko „Pozdrowienia z raju” są godne polecenia, bo rzucają nową perspektywę na ewolucję konfliktu, który trwa do dzisiaj. I będzie trwał jeszcze długo.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz

Latest posts by Jakub Koisz (see all)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Na co do kina #2

Następny tekst

Kobieta z 5. dzielnicy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE