Powrót Batmana | FILM.ORG.PL

Powrót Batmana

Tim Burton stworzył sequel doskonały, który nie pozostawał w cieniu swojego poprzednika, a nawet pod wieloma względami go przebijał. Klasyk, którego nie wypada nie znać




Powrót Mrocznego Rycerza




Andrzej Brzeziński
04.02.2013


W 1939 roku na kartach komiksowej serii Detective Comics, w 27. numerze, do życia zostaje powołana postać Bruce’a Wayne’a, miliardera, który nocą przywdziewa kostium nietoperza stając się Batmanem walczącym z przestępczością w Gotham City. Twórcą postaci jest scenarzysta i rysownik komiksowy Bob Kane i (co jest przez wielu pomijane ) Bill Finger. Batman wyrastał z inspiracji postacią zamaskowanego obrońcy uciśnionych, kreowanej przez Douglasa Fairbanksa w niemym filmie „Znak Zorro” oraz kryminału „The Bad Whispers” z 1930 roku. Nikt nie przypuszczał wówczas, że bohater bardzo szybko stanie się jedną z najbardziej znanych postaci komiksowych i razem z Supermanem (w opozycji do którego został zresztą stworzony) trwale zapisze się w historii popkultury.

W przeciwieństwie do Człowieka ze Stali, nie posiada żadnych nadludzkich „mocy”, a swoje zdolności zawdzięcza treningowi fizycznemu i unikalnym gadżetom, co czyni go bardziej ludzką postacią w której istnienie można by uwierzyć. W dodatku Batman jest postacią bardziej tragiczną, gdyż to co go determinuje to tragiczne wydarzenia z dzieciństwa. w dodatku komiksy z tej serii charakteryzowały się mrocznym klimatem, pewną głębią, a sam bohater nie był tak dobrodusznie naiwny jak Superman. I za to właśnie polubiłem „gacka”. Pamiętam jak na przestrzeni lat 1996-1997 sukcesywnie moja kolekcja powiększała się o nowsze (ale i również archiwalne) numery komiksów. Każdy numer pochłaniałem w całości, ciesząc się świetną kreską wielu utalentowanych rysowników, ale i również fabułą. I nawet teraz, choć  nie jestem już tym samym młodym chłopcem, to nadal wydaje się jedną z najbardziej klimatycznych serii komiksowych obok „Spawna” Todda McFarlaine’a czy „Watchmenów” Alana Moore’a.

 

Ekranizację komiksowych przygód Batmana planowano już od czasu premiery pierwszej części przygód „Supermana” w reżyserii Richarda Donnera. Warto też wspomnieć o wcześniejszych próbach przeniesienia przygód Człowieka Nietoperza na duży i mały ekran. Jedną z najbardziej znanych był kiczowaty serial z Adamem Westem  w roli głównej i jego kinowa kontynuacja, która przeszła do historia dzięki jednej z najgłupszych scen, w której Batman walczy z rekinem. Właściwa filmowa wersja nadeszła wraz z 1989 rokiem w reżyserii Tima Burtona, znanego z równie bogatej co mrocznej i dziwacznej wyobraźni twórcy „Soku z żuka”. Widzowie dostali wówczas autorską wersję Burtona, nieco odbiegającą od historii ukazanej w komiksach, z genialna rolą Jacka Nicholsona, który wcielił się w postać jednego z najbardziej rozpoznawalnych wrogów Batmana – Jokera. Kostium nietoperza przywdział z kolei niepozorny Michael Keaton. Jako dziesięciolatek byłem zachwycony tym filmem, a na samo brzmienie motywu przewodniego autorstwa Danny’ego Elfmana dostawałem gęsiej skórki. Sukces kasowy filmu otworzył drogę do stworzenia kolejnej odsłony przygód Bruce’a Wayne’a. W 3 lata po pierwszym obrazie, do kin wszedł „Powrót Batmana”, zatem dosyć szybko nadrobiłem zaległości i…  no właśnie, przyznam szczerze, że dosyć długo przychodziło mi ogarnięcie geniuszu tego dzieła. Burton dostał zupełnie wolną rękę. Jako producent i reżyser w jednej osobie miał niemal całkowitą kontrolę nad tym, jak będzie wyglądał nowy film. Mógł zatem swobodnie wprowadzić wiele zmian do świata Mrocznego Rycerza oraz nadać mu swój niepowtarzalny styl i wizerunek.

 

Film zaczyna się nietypowo. Widz nie dostaje na początku sceny akcji, w której Batman dawałby wycisk kilku zbirom, prezentując przy tym swoje umiejętności w walce wręcz i popisując się przeróżnymi gadżetami. W zamian tego ogląda przerażającą scenę narodzin pewnego dziecka. Rodzi się ono w bardzo bogatej rodzinie, jednak nie wydaje się być wymarzonym dziedzicem fortuny. Co prawda nie dane jest nam zobaczyć noworodka, ale wszystko nam sugeruje, że jest z nim coś nie tak. Zwłaszcza, gdy widzimy je zamknięte w szczelnej klatce, przez kratkę której wciąga i prawdopodobnie pożera sympatycznego kocurka. Zdesperowani rodzice nie mogąc znieść swojego pierworodnego wrzucają go do rzeki, skąd trafia do kanału ściekowego, który wiedzie do pomieszczenia z pingwinami w opuszczonym ogrodzie zoologicznym na terenie Gotham City…

Mijają 33 lata. Mieszkańcy przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia. Tymczasem w mieście pojawia się niejaki Pingwin, który – po odtrąceniu zaraz po urodzeniu przez swoich biologicznych rodziców za swój szkaradny wygląd – pragnie żyć jak normalny człowiek, a przede wszystkim pragnie poznać swoje korzenie oraz dowiedzieć się kim byli jego rodzice. Pomóc w tym ma mu skorumpowany i dwulicowy biznesmen Max Shreck. Jednak tak naprawdę chodzi tutaj o coś więcej niż tylko poznanie swojej przeszłości, bowiem obaj zaczynają knuć intrygę, która ma celu zdobycie władzy w mieście. Człowiek Nietoperz wkracza do akcji, ale na jego drodze staje tajemnicza i uwodzicielska Selina Kyle, która, podobnie jak i Bruce Wayne, posiada drugie oblicze – Kobiety-Kot. Czy Mroczny Rycerz będzie w stanie zmierzyć się z dwoma przeciwnikami na raz?

 

W postać Bruce Wayne’a i Batmana ponownie wcielił się Michael Keaton. O ile w pierwszym filmie, zdawał się jeszcze nie pasować do tej roli, o tyle w drugiej już nie wzbudza takich wątpliwości. Keaton sprawnie wcielił się w postać prowadzącą dwa życia i sprawił, że na długie lata tylko on kojarzony był z kostiumem Batmana. Dzięki swojej niepozornej aparycji i dosyć niskiemu wzrostowi, w pewnym sensie uwiarygodnił graną przez siebie postać. Z jednej strony charyzmatyczny, nieco tajemniczy miliarder, typowy samotnik stroniący od społeczeństwa, z drugiej jego skupione nieobecne spojrzenie przypomina o tym, że skrywa w sobie głęboką tajemnicę i emocje, którym ujście daje dopiero gdy zakłada maskę nietoperza.

Jednak to nie Keaton i jego Batman grają tutaj pierwsze skrzypce. Najważniejsi są jego przeciwnicy, to oni skupiają na sobie całą uwagę widza. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj Oswald Cobblepot czyli Pingwina, w genialnej kreacji Danny’ego DeVito. Kreując tą postać Burton po raz kolejny odbiega tutaj od komiksowego pierwowzoru postaci, przez co nie mamy tutaj do czynienia z elokwentnym miliarderem, ale cyrkowym dziwadłem rodem z horroru. Nic dziwnego – tworząc tę postać inspirowano się klasycznym niemym filmem grozy „Gabinet doktora Caligari”. W filmowej wersji Pingwin jest o wiele bardziej dramatyczną postacią – urodzony ze zdeformowanym ciałem, trzema palcami został wyrzucony do kanałów przez bogatych rodziców, którzy się go wstydzili, odnaleziony i wychowany przez cyrkowców wraca po latach, aby się zemścić chcąc uśmiercić dzieci najbogatszych ludzi w Gotham City. Postać, w jaką wciela się Danny DeVito, nie należy do typowych czarnych charakterów. Jego Pingwin to postać niejednoznaczna, wręcz tragiczna. Jego działania motywowane są przez cierpienie, jakiego doświadczył będąc od samego początku odrzuconym z powodu swojej deformacji, a później prawdopodobnie z tego samego powodu wystawiany na widok publiczny i wyszydzany. To postać, która nie jest do końca zła, bo z jednej strony potrafimy jej współczuć, zrozumieć motywy jego działania, ale mimo wszystko nie potrafimy oprzeć się obrzydzeniu patrząc na niego. Duża w tym zasługa genialnej charakteryzacji.

Warto jeszcze nadmienić, że przy boku Pingwina jest jeszcze Max Schreck o twarzy Christophera Walkena, który urasta do rangi trzeciego czarnego charakteru w filmie. Ten aktor to klasa sama w sobie, jednak mimo wszystko pozostaje w cieniu Michelle Pheiffer, która wciela się w intrygującą i niebezpieczną (dla mężczyzn) Kobietę-Kot. Zmysłowa, zniewalająca swoją neurotyczną urodą i w tym swoim seksownym lateksowym kostiumie. Daje sobie głowę uciąć, że swego czasu zajmowała pierwsze miejsce w erotycznych fantazjach dojrzewających chłopców, jak i statecznych mężczyzn, którzy z komiksami mieli niewiele wspólnego. Podsumowując, za sprawą doborowej obsady reżyser położył przede wszystkim nacisk nie na akcję, ale na relacje między postaciami, co niewątpliwie wpływa na głębię tego filmu.

 

„Powrót Batmana” miał niełatwe zadanie. Jako kontynuacja musiał nie tylko nie przynieść wstydu bardzo udanej części pierwszej, ale spróbować ją przebić. W historii kina niestety znane są przypadki, kiedy część druga psuje wrażenia, po obejrzeniu pierwszej. Tim Burton, powracając do filmowych przygód Człowieka-Nietoperza, nie powtórzył znanego schematu: nie nakręcił dzieła identycznego z częścią pierwszą.

„Powrót Batmana” to film zupełnie inny od swojego poprzednika, który może spokojnie funkcjonować jako dzieło odrębne, nie oglądając się na część pierwszą. Burton poszedł jeszcze dalej i zaserwował fanom komiksu, film o wiele bardziej mroczny, dziwaczny, posępny, aczkolwiek niepozbawiony odrobiny czarnego humoru. Duża w tym zasługa scenografii, dzięki czemu Gotham City wydaje się jeszcze bardziej nieprzyjemnym miejscem. Zadymione, brudne ulice i budynki pokryte śniegiem – z ekranu wprost wyziewa chłód i nieprzyjemny zapach wydobywający się ze studzienek kanalizacyjnych. Fabuła również nie należała do zbyt łatwych do przełknięcia. Nie ma tutaj jednoznacznego happy endu, nie ma tutaj zbyt wielu scen akcji. Jest za to powolny, wylewający się niczym smoła, gęsty gotycki klimat.

O ile „Batman” był ekranizacja komiksu, podczas której dobrze bawić powinni się dzieci i dorośli, to jego „Powrót” wydaje się zdecydowanie adresowany do starszej widowni, zwłaszcza takiej która będzie w stanie odczytać wszystkie cytaty, nawiązania do twórczości Burtona i docenić stylizację na niemiecki ekspresjonizm. Zdecydowanie nie jest to typowy film rozrywkowy, gdzie moglibyśmy podziwiać skaczącego po budynkach faceta odzianego w gumowy kostium i pelerynę. I zapewne właśnie dlatego mi, wówczas niedoświadczonemu dziesięciolatkowi ciężko było zrozumieć, że oglądał najlepszą część o Batmanie. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że dwa następne filmy z tego cyklu już wtedy uważałem za beznadziejne.

 

Już pierwszym „Batmanem” Tim Burton postawił sobie wysoko poprzeczkę. podejmując się jego kontynuacji, wyszedł z tego obronna ręką i co więcej, postawił ją jeszcze wyżej. Niestety nie dane mu było spróbować ją przeskoczyć. Wówczas decydenci z Hollywood stwierdzili, że następny film o Człowieku Nietoperzu w jego reżyserii, to może być zbyt wiele dla nastoletnich widzów (bo to od nich można było najwięcej kasy wyciągnąć) i reżyserię kolejnego powierzono komuś, kto zrobił tego typową rozrywkową papkę. Zatem niejaki Joel Schumacher nawet nie próbował zmierzyć się z poprzeczką zawieszoną przez Burtona i zrobił dwa filmy (jeden gorszy od drugiego), którego podobać się mogą tylko i wyłącznie dzieciakom z zespołem nadpobudliwości ruchowej.

Lata mijały i z czasem „Powrót Batmana” stał się moim ukochanym filmem z serii i nawet Christopher Nolan i jego świetny „Mroczny Rycerz” tego zmienić nie może. Zapierająca dech w piersiach scenografia oraz wyszukane kostiumy nadały filmowi niesamowitego klimatu, a jeszcze lepsza niż w części pierwszej muzyka (ponownie autorstwa Danny’ego Elfmana) dopełniła dzieła. Burton udowodnił, że jest twórcą wybitnym.  Stworzył sequel doskonały, który nie pozostawał w cieniu swojego poprzednika, a nawet pod wieloma względami go przebijał. Klasyk, którego nie wypada nie znać.

Aaron

Jestem wielkim miłośnikiem kina spod ręki takich geniuszy jak Paul
Thomas Anderson, Stanley Kubrick, Quentin Tarantino czy Joel i Ethan
Coen oraz w wykonaniu takich talentów jak Philip Seymour Hoffman,
Daniel Day-Lewis oraz Kate Winslet. Lista moich ulubionych filmów,
tych najbliższych mojemu sercu jest bardzo długa i nie ma sensu jej
tutaj wypisywać. Jednak gdy ktoś pyta mnie o wskazanie tego jedynego,
zawsze odpowiadam, że jest to "Magnolia" Paula Thomasa Andersona.






  • Eddington

    Ja mam z tym filmem problem a konkretnie z jego konwencją. Od
    razu zaznaczę, że jestem wielkim fanem pierwszego Batmana Burtona. Uważam, że jest to świetny film głównie
    dzięki odpowiednio wyważonym proporcjom między realizmem a elementami bajkowymi.
    W Powrocie natomiast wszystko jest bajkowe. Ciężko mi się zgodzić z tezą, że
    kolejny Batman jest bardziej dla dorosłych. Owszem są makabryczne sceny i pewne
    rzeczy niezrozumiałe dla dzieci, ale ogólnie obraz ten ma w sobie dużo takiej
    dziecinady. Cały Pingwin jest jak taka postać z kreskówki. Kobieta Kot to samo.
    Zachowują się tak teatralnie i mają takie „kreskówkowe” teksty. Sceny z nimi są
    dziecinne, np. jak Oswald dobrze się bawi kontrolując pojazd Batmana albo jak Kobieta
    Kot walczy z Batmanem. Cały gang pingwina i same pingwiny to też taka kolejna dziecinada,
    jednak nie to co mafia z jedynki pod przywództwem psychola. Poza tym ludność z
    Gotham to taki głupkowaty tłum, raz nienawidzą Pingwina, raz go uwielbiają. Nie
    ma takich realistycznych i ciekawych postaci jak Knox czy Eckhardt. Nie czepiam
    się strony artystycznej, bo ta jest wspaniała, ale obejrzawszy ostatnio Powrót
    w HD jednak nie przemawiało to do mnie, raczej mnie śmieszyło i trudno mi było
    to tak poważniej potraktować. Może po prostu ten film taki miał być, może
    Burton właśnie tak bardzo chciał zrobić w pełni swoją bajkę. Ja, o ile przy
    Edwardzie Nożycorękim kupuję taką konwencję, bo tam jest takie założenie świata, to w
    przypadku Batmanów wolę jednak tego pierwszego, gdzie Burton udekorował niejako
    swoim stylem w dużej mierze realistyczny moim zdaniem, bardzo dobry film.

  • Mefisto

    Warto do wymienionych na wstępie tytułów dodać The Shadow, który także miał ogromny wpływ na powstanie Batmana. Nie zgodzę się też z tym, iż pierwszy Batman był bardziej dla dzieci, niż drugi – jak dla mnie oba są kapitalną mieszanką wypranego ze złudzeń świata dorosłego i tej dziecięcej zabawy, przy czym dwójka jest zwyczajnie bardziej makabryczna. Reszta tekstu ok, choć ma całe mnóstwo literówek (korekta anybody?) i jest lekko chaotyczny.

  • rar

    Dla mnie, wielbiciela twórczości Burtona, jest to jeden z jego gorszych filmów. Co nie znaczy, że zły. Przyznam, że jestem jednocześnie fanem komiksów, chociaż nie jest tak, że Batmana upodobałem sobie jakoś w szczególności. Zarzuty, jakie mam do tego filmu, to przeładowanie go postaciami „złymi” i jednak zbytni karykaturalizm postaci Pingwina. Poza tym za dużo w tym filmie… burtonowskich zagrywek. Reżyser poleciał na maxa – scena ze strzelającymi pingwinami jest dla mnie jedną z bardziej żałosnych w historii filmów w ogóle. Przez to film jest zbyt bajkowy. Nie pomaga również świetna Catwoman, która chyba jako jedyna nie jest jednoznacznie dobra, bądź zła – cała reszta jest czarno-biała. Jakoś wcale mi nie żal zdeformowanego Pingwina – będąc Batmanem zepchnąłbym go przy najbliższej okazji z jakiegoś wieżowca.

    Generalnie gdyby to była animacja, to film byłby do przełknięcia. Natomiast jest to zwykła bajka, tylko że z „żywymi” aktorami. Klimatu pierwszej części w niej w ogóle nie ma – aż byłem zdziwiony. Co ciekawe, ta część bardzo podobała mi się, jak byłem dzieckiem – za to ta z Jokerem była dla mnie przerażająca. Dziś żadnej z nich się nie boję ( ;-) ), ale o wiele wyżej stawiam pierwszą część.

    No i zupełnie nie mogę się zgodzić co do tego, że ten film ma „gotycki” klimat. W którym miejscu? Słuchając gothic rocka/cold wave mam zupełnie inne skojarzenia. No ale widocznie subiektywne odczucie.

    To, że Burton ma w nosie komiksy, było widać już w pierwszej części, ale tam udało mu się stworzyć nową jakość. Jego Joker naprawdę ma wszystko w nosie – to nie poza i facet z kompleksami, jak ten w interpretacji Mrocznego Rycerza (chociaż ten film akurat też b. lubię). Tutaj jednak Burton poszedł innym tropem – zrobił film dla dzieci, w którym dialogi są wypowiadane przez postaci z papieru. Jeśli chciał się tym zbliżyć do komiksów, to chybił, bo może przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzą się one z dziecinną rozrywką, ale nie tym, którzy się tym tematem interesują. I chyba w tym tkwi klucz.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Batman: The Animated Series

Następny tekst

Gangster Squad. Pogromcy mafii



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE