nowości kinowe

Powrót Batmana

Tim Burton stworzył sequel doskonały, który nie pozostawał w cieniu swojego poprzednika, a nawet pod wieloma względami go przebijał. Klasyk, którego nie wypada nie znać

Autor: Andrzej Brzeziński
opublikowano

Powrót Mrocznego Rycerza

W 1939 roku na kartach komiksowej serii Detective Comics, w 27. numerze, do życia zostaje powołana postać Bruce’a Wayne’a, miliardera, który nocą przywdziewa kostium nietoperza stając się Batmanem walczącym z przestępczością w Gotham City. Twórcą postaci jest scenarzysta i rysownik komiksowy Bob Kane i (co jest przez wielu pomijane ) Bill Finger. Batman wyrastał z inspiracji postacią zamaskowanego obrońcy uciśnionych, kreowanej przez Douglasa Fairbanksa w niemym filmie „Znak Zorro” oraz kryminału „The Bad Whispers” z 1930 roku. Nikt nie przypuszczał wówczas, że bohater bardzo szybko stanie się jedną z najbardziej znanych postaci komiksowych i razem z Supermanem (w opozycji do którego został zresztą stworzony) trwale zapisze się w historii popkultury.

W przeciwieństwie do Człowieka ze Stali, nie posiada żadnych nadludzkich „mocy”, a swoje zdolności zawdzięcza treningowi fizycznemu i unikalnym gadżetom, co czyni go bardziej ludzką postacią w której istnienie można by uwierzyć. W dodatku Batman jest postacią bardziej tragiczną, gdyż to co go determinuje to tragiczne wydarzenia z dzieciństwa. w dodatku komiksy z tej serii charakteryzowały się mrocznym klimatem, pewną głębią, a sam bohater nie był tak dobrodusznie naiwny jak Superman. I za to właśnie polubiłem „gacka”. Pamiętam jak na przestrzeni lat 1996-1997 sukcesywnie moja kolekcja powiększała się o nowsze (ale i również archiwalne) numery komiksów. Każdy numer pochłaniałem w całości, ciesząc się świetną kreską wielu utalentowanych rysowników, ale i również fabułą. I nawet teraz, choć  nie jestem już tym samym młodym chłopcem, to nadal wydaje się jedną z najbardziej klimatycznych serii komiksowych obok „Spawna” Todda McFarlaine’a czy „Watchmenów” Alana Moore’a.

 

Ekranizację komiksowych przygód Batmana planowano już od czasu premiery pierwszej części przygód „Supermana” w reżyserii Richarda Donnera. Warto też wspomnieć o wcześniejszych próbach przeniesienia przygód Człowieka Nietoperza na duży i mały ekran. Jedną z najbardziej znanych był kiczowaty serial z Adamem Westem  w roli głównej i jego kinowa kontynuacja, która przeszła do historia dzięki jednej z najgłupszych scen, w której Batman walczy z rekinem. Właściwa filmowa wersja nadeszła wraz z 1989 rokiem w reżyserii Tima Burtona, znanego z równie bogatej co mrocznej i dziwacznej wyobraźni twórcy „Soku z żuka”. Widzowie dostali wówczas autorską wersję Burtona, nieco odbiegającą od historii ukazanej w komiksach, z genialna rolą Jacka Nicholsona, który wcielił się w postać jednego z najbardziej rozpoznawalnych wrogów Batmana – Jokera. Kostium nietoperza przywdział z kolei niepozorny Michael Keaton. Jako dziesięciolatek byłem zachwycony tym filmem, a na samo brzmienie motywu przewodniego autorstwa Danny’ego Elfmana dostawałem gęsiej skórki. Sukces kasowy filmu otworzył drogę do stworzenia kolejnej odsłony przygód Bruce’a Wayne’a. W 3 lata po pierwszym obrazie, do kin wszedł „Powrót Batmana”, zatem dosyć szybko nadrobiłem zaległości i…  no właśnie, przyznam szczerze, że dosyć długo przychodziło mi ogarnięcie geniuszu tego dzieła. Burton dostał zupełnie wolną rękę. Jako producent i reżyser w jednej osobie miał niemal całkowitą kontrolę nad tym, jak będzie wyglądał nowy film. Mógł zatem swobodnie wprowadzić wiele zmian do świata Mrocznego Rycerza oraz nadać mu swój niepowtarzalny styl i wizerunek.

 

Film zaczyna się nietypowo. Widz nie dostaje na początku sceny akcji, w której Batman dawałby wycisk kilku zbirom, prezentując przy tym swoje umiejętności w walce wręcz i popisując się przeróżnymi gadżetami. W zamian tego ogląda przerażającą scenę narodzin pewnego dziecka. Rodzi się ono w bardzo bogatej rodzinie, jednak nie wydaje się być wymarzonym dziedzicem fortuny. Co prawda nie dane jest nam zobaczyć noworodka, ale wszystko nam sugeruje, że jest z nim coś nie tak. Zwłaszcza, gdy widzimy je zamknięte w szczelnej klatce, przez kratkę której wciąga i prawdopodobnie pożera sympatycznego kocurka. Zdesperowani rodzice nie mogąc znieść swojego pierworodnego wrzucają go do rzeki, skąd trafia do kanału ściekowego, który wiedzie do pomieszczenia z pingwinami w opuszczonym ogrodzie zoologicznym na terenie Gotham City…

Mijają 33 lata. Mieszkańcy przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia. Tymczasem w mieście pojawia się niejaki Pingwin, który – po odtrąceniu zaraz po urodzeniu przez swoich biologicznych rodziców za swój szkaradny wygląd – pragnie żyć jak normalny człowiek, a przede wszystkim pragnie poznać swoje korzenie oraz dowiedzieć się kim byli jego rodzice. Pomóc w tym ma mu skorumpowany i dwulicowy biznesmen Max Shreck. Jednak tak naprawdę chodzi tutaj o coś więcej niż tylko poznanie swojej przeszłości, bowiem obaj zaczynają knuć intrygę, która ma celu zdobycie władzy w mieście. Człowiek Nietoperz wkracza do akcji, ale na jego drodze staje tajemnicza i uwodzicielska Selina Kyle, która, podobnie jak i Bruce Wayne, posiada drugie oblicze – Kobiety-Kot. Czy Mroczny Rycerz będzie w stanie zmierzyć się z dwoma przeciwnikami na raz?

 

W postać Bruce Wayne’a i Batmana ponownie wcielił się Michael Keaton. O ile w pierwszym filmie, zdawał się jeszcze nie pasować do tej roli, o tyle w drugiej już nie wzbudza takich wątpliwości. Keaton sprawnie wcielił się w postać prowadzącą dwa życia i sprawił, że na długie lata tylko on kojarzony był z kostiumem Batmana. Dzięki swojej niepozornej aparycji i dosyć niskiemu wzrostowi, w pewnym sensie uwiarygodnił graną przez siebie postać. Z jednej strony charyzmatyczny, nieco tajemniczy miliarder, typowy samotnik stroniący od społeczeństwa, z drugiej jego skupione nieobecne spojrzenie przypomina o tym, że skrywa w sobie głęboką tajemnicę i emocje, którym ujście daje dopiero gdy zakłada maskę nietoperza.

Jednak to nie Keaton i jego Batman grają tutaj pierwsze skrzypce. Najważniejsi są jego przeciwnicy, to oni skupiają na sobie całą uwagę widza. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj Oswald Cobblepot czyli Pingwina, w genialnej kreacji Danny’ego DeVito. Kreując tą postać Burton po raz kolejny odbiega tutaj od komiksowego pierwowzoru postaci, przez co nie mamy tutaj do czynienia z elokwentnym miliarderem, ale cyrkowym dziwadłem rodem z horroru. Nic dziwnego – tworząc tę postać inspirowano się klasycznym niemym filmem grozy „Gabinet doktora Caligari”. W filmowej wersji Pingwin jest o wiele bardziej dramatyczną postacią – urodzony ze zdeformowanym ciałem, trzema palcami został wyrzucony do kanałów przez bogatych rodziców, którzy się go wstydzili, odnaleziony i wychowany przez cyrkowców wraca po latach, aby się zemścić chcąc uśmiercić dzieci najbogatszych ludzi w Gotham City. Postać, w jaką wciela się Danny DeVito, nie należy do typowych czarnych charakterów. Jego Pingwin to postać niejednoznaczna, wręcz tragiczna. Jego działania motywowane są przez cierpienie, jakiego doświadczył będąc od samego początku odrzuconym z powodu swojej deformacji, a później prawdopodobnie z tego samego powodu wystawiany na widok publiczny i wyszydzany. To postać, która nie jest do końca zła, bo z jednej strony potrafimy jej współczuć, zrozumieć motywy jego działania, ale mimo wszystko nie potrafimy oprzeć się obrzydzeniu patrząc na niego. Duża w tym zasługa genialnej charakteryzacji.

Warto jeszcze nadmienić, że przy boku Pingwina jest jeszcze Max Schreck o twarzy Christophera Walkena, który urasta do rangi trzeciego czarnego charakteru w filmie. Ten aktor to klasa sama w sobie, jednak mimo wszystko pozostaje w cieniu Michelle Pheiffer, która wciela się w intrygującą i niebezpieczną (dla mężczyzn) Kobietę-Kot. Zmysłowa, zniewalająca swoją neurotyczną urodą i w tym swoim seksownym lateksowym kostiumie. Daje sobie głowę uciąć, że swego czasu zajmowała pierwsze miejsce w erotycznych fantazjach dojrzewających chłopców, jak i statecznych mężczyzn, którzy z komiksami mieli niewiele wspólnego. Podsumowując, za sprawą doborowej obsady reżyser położył przede wszystkim nacisk nie na akcję, ale na relacje między postaciami, co niewątpliwie wpływa na głębię tego filmu.

 

„Powrót Batmana” miał niełatwe zadanie. Jako kontynuacja musiał nie tylko nie przynieść wstydu bardzo udanej części pierwszej, ale spróbować ją przebić. W historii kina niestety znane są przypadki, kiedy część druga psuje wrażenia, po obejrzeniu pierwszej. Tim Burton, powracając do filmowych przygód Człowieka-Nietoperza, nie powtórzył znanego schematu: nie nakręcił dzieła identycznego z częścią pierwszą.

„Powrót Batmana” to film zupełnie inny od swojego poprzednika, który może spokojnie funkcjonować jako dzieło odrębne, nie oglądając się na część pierwszą. Burton poszedł jeszcze dalej i zaserwował fanom komiksu, film o wiele bardziej mroczny, dziwaczny, posępny, aczkolwiek niepozbawiony odrobiny czarnego humoru. Duża w tym zasługa scenografii, dzięki czemu Gotham City wydaje się jeszcze bardziej nieprzyjemnym miejscem. Zadymione, brudne ulice i budynki pokryte śniegiem – z ekranu wprost wyziewa chłód i nieprzyjemny zapach wydobywający się ze studzienek kanalizacyjnych. Fabuła również nie należała do zbyt łatwych do przełknięcia. Nie ma tutaj jednoznacznego happy endu, nie ma tutaj zbyt wielu scen akcji. Jest za to powolny, wylewający się niczym smoła, gęsty gotycki klimat.

O ile „Batman” był ekranizacja komiksu, podczas której dobrze bawić powinni się dzieci i dorośli, to jego „Powrót” wydaje się zdecydowanie adresowany do starszej widowni, zwłaszcza takiej która będzie w stanie odczytać wszystkie cytaty, nawiązania do twórczości Burtona i docenić stylizację na niemiecki ekspresjonizm. Zdecydowanie nie jest to typowy film rozrywkowy, gdzie moglibyśmy podziwiać skaczącego po budynkach faceta odzianego w gumowy kostium i pelerynę. I zapewne właśnie dlatego mi, wówczas niedoświadczonemu dziesięciolatkowi ciężko było zrozumieć, że oglądał najlepszą część o Batmanie. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że dwa następne filmy z tego cyklu już wtedy uważałem za beznadziejne.

 

Już pierwszym „Batmanem” Tim Burton postawił sobie wysoko poprzeczkę. podejmując się jego kontynuacji, wyszedł z tego obronna ręką i co więcej, postawił ją jeszcze wyżej. Niestety nie dane mu było spróbować ją przeskoczyć. Wówczas decydenci z Hollywood stwierdzili, że następny film o Człowieku Nietoperzu w jego reżyserii, to może być zbyt wiele dla nastoletnich widzów (bo to od nich można było najwięcej kasy wyciągnąć) i reżyserię kolejnego powierzono komuś, kto zrobił tego typową rozrywkową papkę. Zatem niejaki Joel Schumacher nawet nie próbował zmierzyć się z poprzeczką zawieszoną przez Burtona i zrobił dwa filmy (jeden gorszy od drugiego), którego podobać się mogą tylko i wyłącznie dzieciakom z zespołem nadpobudliwości ruchowej.

Lata mijały i z czasem „Powrót Batmana” stał się moim ukochanym filmem z serii i nawet Christopher Nolan i jego świetny „Mroczny Rycerz” tego zmienić nie może. Zapierająca dech w piersiach scenografia oraz wyszukane kostiumy nadały filmowi niesamowitego klimatu, a jeszcze lepsza niż w części pierwszej muzyka (ponownie autorstwa Danny’ego Elfmana) dopełniła dzieła. Burton udowodnił, że jest twórcą wybitnym.  Stworzył sequel doskonały, który nie pozostawał w cieniu swojego poprzednika, a nawet pod wieloma względami go przebijał. Klasyk, którego nie wypada nie znać.

Ostatnio dodane