nowości kinowe

Powidoki. Strzemiński wielkim malarzem był…

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Szymon Pewiński.

Ta parafraza z Gombrowicza to chyba najgorsza obelga, jaka mogłaby spotkać tego artystę, nieco dziś zapomnianego. W swoim ostatnim filmie Andrzej Wajda próbuje przywrócić postać Strzemińskiego masowej widowni, zwłaszcza jej młodszej części. I tu paradoks, bo zmarły niedawno reżyser potrafił przepięknie rozmawiać z młodymi ludźmi, ale nie potrafił do nich mówić poprzez swoje filmy, czego najlepszym-najgorszym przykładem jest Panna Nikt. Może dlatego Powidoki to dzieło niczym ze szkolnej akademii.

Już w prologu dialogi przyprawiają o ból uszu. Zamiast zwykłej rozmowy Władysława Strzemińskiego (Bogusław Linda) ze studentami, słyszymy sztucznie brzmiący wykład z teorii sztuki i oglądamy jeszcze bardziej sztuczne wprowadzenie postać Hani (Zofia Wichłacz) – nowej studentki, dzięki której wykłady Strzemińskiego przetrwają także na papierze. Trudno nawet zapamiętać choć część z jego teorii, bo padające z ekranu zdania mogłyby znaleźć się w podręcznikach akademickich, ale absolutnie nie powinny trafić do filmowego scenariusza. Tak doświadczony autor jak Andrzej Mularczyk powinien chyba to wiedzieć.

Nieco lepiej wypadają sceny, w których albo nie padają żadne słowa, albo jest ich niewiele, jak ta będąca zapowiedzią dalszych losów głównego bohatera. Strzemiński siedzi na podłodze w swoim mieszkaniu, zaczyna malować. Gdy tylko przykłada pędzel do płótna, na fasadzie budynku zawisa ogromny portret Stalina. Czerwień wdziera się do pracowni, całkowicie ją wypełniając. Strzemiński otwiera okno i pędzlem robi dziurę w ogromnej płachcie. Robi to tylko dlatego, że potrzebuje naturalnego światła – twórczej wolności. Niezbyt wyrafinowana symbolika, ale tu sprawdza się bardzo dobrze. Szkoda tylko, że to jedna z niewielu niezłych scen w Powidokach, jedna z niewielu, w której Wajdzie nie zabrakło poczucia humoru i odrobiny dystansu do swojego bohatera.

Postać Władysława Strzemińskiego aż prosi się o porządną filmową biografię. Twórcy skupili się na ostatnich latach jego życia, co stwarzało szansę na opowiedzenie ciekawej historii. Łódź, kilka lat po wojnie. Komuniści systematycznie umacniają władzę, a Strzemiński, wierny artystycznym poglądom, nie chce podporządkować swojej twórczości wymogom socrealistycznej sztuki. Jego prace znikają z galerii, a on sam traci posadę wykładowcy, z czasem także pozostałe źródła utrzymania. Władza skazuje go na artystyczną śmierć za życia. Reszty dopełnia gruźlica. Przed całkowitym zapomnieniem Strzemińskiego ratują jego studenci, dwoje przyjaciół oraz Nika – córka malarza oraz rzeźbiarki Katarzyny Kobro.

Z kilku wątków Powidoków to ten, ledwie zarysowany, dotyczący relacji między Kobro (przebywającej już wówczas w szpitalu dla przewlekle chorych) a Strzemińskim wydaje się najciekawszy, a zarazem najbardziej niespełniony. Inna sprawa, że gdyby twórcy go rozwinęli i poszli jego tropem, główny bohater filmu Wajdy z pewnością nie wzbudziłby sympatii. Ze wspomnień Niki Strzemińskiej wyłania się bowiem obraz rodzinnego piekła; awantur, przemocy, sądowych batalii o opiekę nad 11-latką (podczas jednej z rozprawa dziewczynka wyskoczyła przez okno budynku sądu). Jej wspomnienia to też opieka nad matką, chorą na raka i umierającą w męczarniach. Po jej śmierci 15-letnia Nika wolała mieszkać w domu dla żydowskich sierot, niż u własnego ojca. Tymczasem filmowa Nika, kreowana przez Bronisławę Zamachowską (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), wspomina o tej ostatniej sprawie niczym o wypadzie na kolonie, w międzyczasie robiąc tacie kawę i chwaląc się szkolnymi sukcesami. A że relacja głównego bohatera Powidoków z córką to tylko kolejna strona laurki na cześć Strzemińskiego, Nika to jedna z najbardziej irytujących postaci w filmie. Sprawę dodatkowo pogarszają scenariuszowe koszmarki niczym z M jak miłość, wypowiadane przez Strzemińskiego: „Będzie miała w życiu ciężko” (cytuję z pamięci).

Powidoki ratują się jedynie rolą Bogusława Lindy i zdjęciami Pawła Edelmana, który po prostu od lat nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Władysław Strzemiński w wykonaniu Lindy to pierwsza od dobrych kilkunastu lat próbka talentu tego znakomitego w końcu aktora (ostatnimi były Zabić Sekala i – nieco dyskusyjnie – Pan Tadeusz). Wysiłek Lindy włożony w próbę zrozumienia swojej postaci widać na ekranie, choć już niekoniecznie poza nim. W słynnym wywiadzie Linda, w swoim stylu, rozłożył na łopatki konkurencję w kategorii „najbardziej oryginalna promocja filmu”. Wygłaszane przez niego opinie dobitnie oceniające scenariusz autorstwa Andrzeja Mularczyka raczej niczemu wielkiemu się nie przysłużyły, choć aktor wspomina w nich nie tylko o – delikatnie mówiąc – słabym scenariuszu, ale również o kilku wersjach historii o Władysławie Strzemińskim, z których tylko ta autorstwa Mularczyka miała w sobie „totalną beznadzieję”. A właśnie ową beznadzieję odtwórca głównej roli chciał przekazać widzom Powidoków. Problem w tym, że chyba tylko on miał pomysł na ten film. Pozostali twórcy wymyślili sobie biografię unikającą niewygodnych pytań, opowiedzianą tak archaicznie, że z góry skazaną na niepowodzenie, zwłaszcza wśród młodej widowni.

Ogromna szkoda, bo ostatni film Andrzeja Wajdy skłania do refleksji, więcej mówiącej o samym reżyserze, niż o jego bohaterze. Wokół Strzemińskiego gromadzą się studenci: młodzi i piękni pasjonaci malarstwa, wciąż poszukujący swojej artystycznej i życiowej drogi. Powidoki zdają się być próbą przekazania słów, które Andrzej Wajda wielokrotnie wypowiadał, zwłaszcza w ostatnich latach: świat – także świat filmu – należy do młodych. Szkoda, że ta „ukryta wiadomość” trafia do nas za pośrednictwem tak nieudanego filmu.

Mimo wszystko trudno nie przyglądać się Powidokom z czułością i pewnym rodzajem wdzięczności; nie tylko za wcześniejsze filmowe dokonania ich reżysera, ale również za próbę przekazania pewnej życiowej mądrości od – co tu dużo mówić – wybitnego przedstawiciela odchodzącego pokolenia artystów. Może właśnie tak powinniśmy zapamiętać ostatni film Andrzej Wajdy.

Ostatnio dodane