PORACHUNKI [The Family] - Karykatura - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Porachunki

Niejednoznaczna przynależność gatunkowa obficie podlana jest sosem groteski, przez pryzmat jakiej zalecam oglądać i oceniać najnowszy film Luca Besson.




Karykatura




Bolesław Dochuński-Duchoński
28.12.2013


the-family-posterTytułowa rodzina (nadany przez dystrybutorów polski tytuł „Porachunki” woła o pomstę do nieba i pasuje do filmu jak pięść do nosa) to – najkrócej rzecz ujmując – matka Maggie Blake (Michelle Pfeiffer), ojciec Fred Blake / Giovanni Manzoni (Robert De Niro), córka Belle Blake (Dianna Agron) i syn Warren Blake (John D’Leo). Matka, ojciec, córka i syn nie tworzą zwyczajnej rodziny, co zresztą jest kwestią dyskusyjną, jeśli założymy, że wszystko jest względne, czyli zwyczajność i niezwyczajność też. Z uwagi na fakt, że rodzina objęta jest rządowym programem ochrony świadków, a także na fakt swojej rodzinnej (delikatnie mówiąc) niesforności, przez często zmieniające się z tego tytułu okoliczności matka, ojciec, córka i syn równie często zmuszani są do zmiany miejsca swojego pobytu. Raz są tu, raz tam, a innym razem jeszcze gdzie indziej.

My zastajemy rodzinkę w punkcie rozpoczęcia kolejnego etapu swojego życia, czyli w momencie przeprowadzki do Normandii, gdzie będzie nam dane śledzić ich perypetie i zmagania z lokalną społecznością (i nie tylko z nią). To tak ogólnie i pokrótce, bez wnikania w fabularne szczegóły, po które odsyłam po prostu do samego filmu.

The Family

Zanim wymienię wady „The Family”, pozwolę sobie przedstawić dziesięć powodów, dla których – pomimo ww. wad – warto poświęcić 111 minut swojego życia na seans najnowszego dzieła Luca Bessona:

1) Robert De Niro w nienajgorszej artystycznej formie. Nie da się ukryć, że od blisko dwóch dekad stary mistrz w swoich scenariuszowych wyborach częściej strzela kulą w płot niż trafia w tarczę (nie mówiąc już o samym środku tarczy), co nigdy nie było i nie jest najlepszą rekomendacją dla kolejnych produkcji z jego udziałem, datowanych od około 1995 roku, czyli od czasów udanego „Kasyna” i nie mniej udanej „Gorączki”. Później było już tylko gorzej, aczkolwiek nie zawsze najgorzej, a czasami nawet dobrze, chociaż nie najlepiej. Jak jest tym razem? Na pewno nie najgorzej. Nawet jeśli założymy, że udział w produkcji Bessona był kolejnym strzałem na oślep w karierze ekranowego tuza, jakim bez wątpienia jest Robert De Niro, musimy zgodzić się co do jednego: aktor z powierzonego mu zadania wywiązał się co najmniej poprawnie. Gra z wyczuciem, nie szarżuje i widać, że w swojej roli czuje się jak ryba w wodzie. Giovanni Manzoni (aka Fred Blake), czyli człowiek, który jest w stanie wyrazić całą gamę ludzkich emocji jednym słowem FUCK, w interpretacji Roberta De Niro? Jak najbardziej tak!

2) Jak zawsze zjawiskowa Michelle Pfeiffer jako Maggie – małżonka Giovanniego/Freda oraz matka dwójki niesfornych ekranowych dzieci. Michelle wywiązała się ze swojej roli koncertowo, oszczędną gamą artystycznych środków wyrazu kreując postać wyrazistą i nietuzinkową, pomimo że w wielu aspektach zwyczajną czy wręcz pospolitą. O kobiecej urodzie można prawić długo i namiętnie, bez osiągnięcia konsensusu, satysfakcjonującego wszystkich interlokutorów, co jest równie oczywiste jak stwierdzenie, że o gustach się po prostu nie dyskutuje. Dla mnie osobiście zjawiskowość Michelle jest poza wszelką dyskusją i w tej kwestii żaden kontrargument nie jest w stanie wpłynąć na zmianę mojego zdania o niej, czyli o tej, którą kupuję bez dwóch zdań w każdym jej aspekcie. Michelle podpalająca supermarket? Kupuję to! Michelle dźgająca nożem tłustego gangstera? Kupuję to! Michelle z wałkami na głowie pichcąca coś w kuchni? Kupuję to! Nawet gdyby rola Michelle ograniczała się tylko i wyłącznie do siedzenia w toalecie i oddawania się prostym czynnościom czysto fizjologicznym – ja już z góry kupuję także i to! Jak dla mnie rola obsadzona i zagrana bezbłędnie. Koniec. Kropka.

436350.1

3) Dialogi – często zabawne i błyskotliwe. Owszem, czasami banalne i prostackie, ale częściej jw. Dlatego wciągam je na listę zalet filmu.

4) Nieśmiertelny Tommy Lee Jones (jako agent FBI Robert Stansfield), którego pokochałem w 1993 roku za sprawą niezapomnianej kreacji w „The Fugitive”. W jednym z wywiadów Tommy stwierdził, że jego rola w filmie „The Family” jest mało ważna, co nie jest do końca prawdą. Jest mało wyeksponowana, to na pewno, ale na pewno znacząca w sensie rangi funkcji, jaką pełni oraz wiążących się z nią obowiązków. Rola Anioła Stróża (nawet w przenośni) jest nie do przecenienia i wypowiedź Tommy Lee Jonesa należy raczej przypisać jego wrodzonej skromności. W każdym razie Tommy jest obecny w filmie na tyle, na ile jest to niezbędne i wykonuje swoja aktorską oraz ekranową robotę fachowo i solidnie, za co należy mu się chwała (i pochwała).

5) Martin Scorsese jako executive producer. Czy trzeba tu coś więcej dodawać?

6) Luc Besson jako reżyser, co już niekoniecznie musi być dobrą rekomendacją dla „The Family”, ale na pewno może nią być. Iść do kina na film firmowany jego nazwiskiem to jak kupić los na loterii i czasami coś wygrać, chociaż częściej przegrać, ale tylko kwotę wydaną na los, czyli w tym przypadku na bilet. Jak zwykł mawiać poczciwy Forrest Gump: Life is like a box of chocolates, you never know what you are going to get. Tą prostą i zarazem genialną w swojej prostocie prawdę można śmiało uznać za prawdę uniwersalną, z jednego równie prostego jak owa prawda powodu: przekłada się ona na niemal każdy aspekt egzystencji, będący udziałem każdego, czyli także Luca Bessona i jego produkcji filmowych. Tak czy siak: nigdy nie wiemy, na co trafimy. Dlatego warto zapamiętać jeszcze jedną prawdę wyprodukowaną przez ww. poczciwca: Miracles happen every day. Ku przestrodze warto mieć przy tym na uwadze jeszcze jedną powszechną i uniwersalną prawdę: Shit happens (Sometimes). Od siebie dodam, że niekoniecznie tym razem.

436331.1

7) Żonglerka filmowymi odwołaniami (niekoniecznie cytatami). Można to uznać za powielanie wyświechtanych klisz, czyli świadome pójście na łatwiznę przez twórców filmu, albo też nieświadome zbłądzenie na manowce popłuczyn po wcześniejszych mniej lub bardziej udanych produkcjach, które wyszły spod rąk innych (być może bardziej płodnych) umysłów, co oczywiście może być prawdą, ale nie musi nią być. Ja z jednym i drugim niekoniecznie się zgadzam, stąd (świadome) odwołania zapisuję produkcji in plus. Po prostu cieszy mnie śledzenie fabuły z równoległym tropieniem wątków już gdzieś widzianych i tutaj w taki czy inny sposób wykorzystanych. Ot, chociażby wędrówka szkolnej gazetki z mini artykulikiem z Francji do Stanów Zjednoczonych nieodparcie kojarząca się z wędrówką pocisku z fabryki amunicji w Odessie do Afryki w intro do „Lord of War”, destrukcyjne wizje Franka np. podczas grilla z sąsiadami i nie tylko przywodzące na myśl podobne w komedii „Analyze That” (będące nota bene również udziałem samego Roberta De Niro) czy wreszcie udział dzieci w finałowej rozwałce budzący skojarzenie z „Kick Ass” oraz dosłowne nawiązanie do „Goodfellas”, ku uciesze nie tylko naszej, ale i zapewne samego Roberta De Niro itd. itp.

8) Spora dawka (często makabrycznego) humoru. A że nie przeznaczonego dla każdego? Cóż, w którym miejscu napisałem, że „The Family” to komedia familijna?

9) Dianna Agron jako Belle Blake z pewnością może zaliczyć swój występ do udanych, co dla nas, widzów, na pewno nie jest bez znaczenia, zwłaszcza kiedy idzie się na film, a nie do kina (w tym drugim przypadku aktorskie walory tracą znaczenie w obliczu tych kobiecych, w tym pierwszym już nie).

10) Wątek niepozornego syna państwa Blake z pewnością można uznać za co najmniej ciekawy (przynajmniej na tyle, że załapał się do mojego Top 10 zalet „The Family”); warto śledzić go ze wzmożoną uwagą, co sam nie omieszkałem uczynić.

458220_1.1

W tym miejscu moja osobista lista zalet „The Family” definitywnie się urywa. Przejdźmy do wad filmu, do których przede wszystkim należy zaliczyć operowanie ogranymi schematami oraz stereotypami (nie mylić z odwołaniami czy cytatami). To pierwsze dotyczy mało oryginalnego szkieletu fabularnego, to drugie – przesadnego eksponowania niechęci w relacjach amerykańsko-francuskich, w dodatku zobrazowanych gagami najgorszego sortu. To nie może się podobać i się nie podoba; to nie może też śmieszyć… i nie śmieszy. W końcu ile można słuchać np. o śmietanie dodawanej do wszystkiego? Inna ważna sprawa: z filmu absolutnie nic nie wynika, co jest jednak wadą dyskusyjną. Z takiego dajmy na to „Ronina” też kompletnie nic nie wynika, co nie zmienia faktu, że ten akurat film się po prostu dobrze ogląda. Problem polega na tym, że „The Family” aż tak dobrze się nie ogląda, przez co filmowi nie można wybaczyć tak wiele jak np. przytoczonej powyżej produkcji. Rozrywka dla samej rozrywki (generalnie)? Czemu nie. Rozrywka dla samej rozrywki w „The Family”? Raczej nie, a jeśli tak, to tylko przy odpowiednim podejściu do tego, co widzimy na ekranie, do czego nawiążę jeszcze później.

Na krótko wracając do „Ronina”: film Frankenheimera charakteryzuje jednoznaczna przynależność gatunkowa i żelazna konsekwencja w kreowaniu świata osadzonego ściśle w ramach obranego gatunku. Od początku do końca nie mamy cienia wątpliwości, że oglądamy (solidny) film sensacyjny, dzięki czemu wszystko co rozgrywa się na ekranie ściśle mieści się w definicji gatunku, eliminując tym samym (potencjalnie) zbędny chaos interpretacyjny u widza.

Takiej jednoznacznej przynależności gatunkowej oraz żelaznej dyscypliny w kreowaniu świata przedstawionego nie znajdziemy w „The Family”, co niestety może wprowadzić (i często wprowadza) chaos interpretacyjny u niejednego widza. Na szczęście twórcy pozostawili nam wentyl bezpieczeństwa w postaci karykaturalnego przerysowania poszczególnych sytuacji czy zachowań bohaterów.

I to jest właśnie tajemnica sukcesu „The Family”: niejednoznaczna przynależność gatunkowa obficie podlana jest sosem groteski, przez pryzmat której zalecam oglądać i oceniać film Luca Bessona. Ja pozwoliłem sobie tak właśnie uczynić, dzięki czemu nie musiałem zastanawiać się podczas seansu nad genezą najbardziej nawet karykaturalnych sytuacji czy najbardziej nawet absurdalnych zachowań bohaterów „The Family”. Stąd też bierze się moja (raczej) pozytywna ocena filmu. Dlatego sugeruję nie analizować, nie wnikać, nie zastanawiać się co, skąd i dlaczego, tylko po prostu oglądać i dobrze się bawić, czego serdecznie wszystkim potencjalnym widzom „The Family” życzę.

Latest posts by BD-D (see all)







  • drDigger

    Niby to takie oklepane schematy, ale jednak jest w tym filmie sporo elementów, które powodują banana na twarzy podczas oglądania. Począwszy od komicznych sytuacji, które prowokują bohaterowie, poprzez świadome i udane (tym razem) kalki oraz nawiązania, a skończywszy na prześlicznej Diannie Argon. O tym filmie za jakiś czas nikt nie będzie pamiętał, ale gwarantuję, że nikt nie zmarnuje na nim czasu.

  • canismajoris

    Recenzent chyba oczekiwał jakiegoś głębokiego filmu i katharsis po napisach końcowych. A to tylko i AŻ świetne kino rozrywkowe w stylu Bessona, z wieloma smaczkami i puszczonymi do widza oczkami. Nie nazwałbym też tego filmu groteskowym. To określenie pasuje do filmów typu „Wojna Polsko-Ruska”, nie do „The Family”. No i gdzie te absurdalne zachowania?

  • q

    Film nawet przyjemny, ot nic szczególnego. Nawet banał. Czuć było w nim Luca Bessona, tak w 10-20%. Więc się nawet strasznie nie zdziwiłem gdy na napisach końcowych zobaczyłem to nazwisko. Nie stawiałbym jednak tego filmu przy czymkolwiek co ten człowiek w młodości dobrego zrobił.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Powrót do PRESSŁOŚCI #3 - Prawie jak żywe

Następny tekst

ZABIJ MNIE, GLINO, czyli Ameryka w Polsce



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE