nowości kinowe

POKOT Agnieszki Holland. Celny strzał

Gatunkowa hybryda, uszyta z wielu, czasem wykluczających się elementów. Choć w kilku miejscach się pruje, pozostaje udanym, niezwykle oryginalnym i odważnym filmowym przedsięwzięciem.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Szkoda, że żyjemy w takich dziwnych czasach. Nowy film Agnieszki Holland, choćby nie wiem jak był dobry, i tak zostanie skrytykowany przez sporą część naszego społeczeństwa. Oczywiście bez oglądania. Bo po co oglądać produkcję anty-polskiej, sprzyjającej KOD-owi, pro-gejowskiej reżyserki, której rodzina ma (jakże by inaczej) powiązania z UB, na podstawie powieści „Żydówy” Tokarczuk, jeszcze bardziej anty-polskiej niż Holland (co to w ogóle za nazwisko, Holland – na pewno nie polskie). Co z tego, że Pokot został wybrany do konkursu głównego międzynarodowego festiwalu w Berlinie. Żadne to osiągnięcie – jak to stwierdził kiedyś jeden z posłów partii rządzącej, nie warto wzorować się na Niemcach, bo to kraj, w którym legalnie zabija się bezbronne dzieci oraz starszych ludzi.

Nic dziwnego, że w Berlinie takie filmy się podobają. Pokot na pewno szkaluje dobre imię Polski, jest anty-patriotyczny, pro-żydowski, więc na „zachodnim” festiwalu został przywitany z otwartymi ramionami. Niechby się ta Holland już odczepiła od nas, prawdziwych Polaków i przestała szkodzić naszej ojczyźnie.

Nie, nie poniosła mnie wyobraźnia. To prawdziwe komentarze internautów. Do ich znalezienia wystarczyły jakieś dwie minuty. Po tym czasie odechciało mi się czytać. Taki właśnie wyłania się obraz kolejnego dużego sukcesu polskiego kina.

Uff. To może, dla odmiany, jednak o filmie. Tych, których niezbyt on sam interesuje, a obchodzą ich jedynie właśnie takie „ideologiczne” wojenki, nie będę zachęcał do dalszej lektury.

Pokot na podstawie uznanej powieści Olgi Tokarczuk pt. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” opowiada o Janinie Duszejko – około 60-letniej kobiecie mieszkającej w Kotlinie Kłodzkiej. Duszejko nie lubi, jak ktoś zwraca się do niej po imieniu, jest miłośniczką zwierząt, fascynuje ją astrologia, każdego pyta o datę urodzenia, aby wyrobić sobie o nim zdanie na podstawie horoskopu. Niegdyś budowała mosty w Syrii i Libii, teraz pracuje na pół etatu w podstawówce. Prowadzi spokojne, samotne życie, jednak ta sielanka kończy się, gdy w okolicy znalezione zostają zwłoki myśliwego. Potem jeszcze jednego. I jeszcze. Sprawy pozostają nierozwiązane, bo wokół ciał jedynymi śladami są odciski racic.

Ten opis brzmi jak dość klasyczny thriller. Ale Pokotowi daleko do czegokolwiek klasycznego. Twórcy jedynie wykorzystują konwencję kryminału do zaprezentowania nam zaskakującej filmowej hybrydy. Holland, podobnie jak robił to niedawno przewodniczący jury festiwalu, Paul Verhoeven, w swoim Elle, wybiera niepopularne drogi, gwałtownie skręca, ciągle igra z przyzwyczajeniami widza. I choć Holender stworzył film wybitny, a polskiej reżyserce trochę do tego brakuje, absolutnie nie mamy się czego wstydzić.

Ta produkcja wymyka się jakimkolwiek schematom. Trochę jest to bajka o sympatycznej, zwariowanej staruszce, która, gdy zabrakło wokół niej ludzi, umiłowała sobie zwierzęta, trochę historia o seryjnym mordercy, trochę dramat, trochę komedia. Czasem zupełnie na serio, innym razem z humorem, groteskowo, niemal absurdalnie, kiczowato. Niby kolejne „polskie Fargo”, ale też ciepły, lekki film o więzi, jaka połączyła kilku społecznych wyrzutków. Nawet w samej formie mamy do czynienia z misz-maszem – przepiękne, „do zakochania” kadry malowniczej Kotliny Kłodzkiej mieszają się tu z zimnymi, dokumentalnymi relacjami z polowań.

Niektórzy opisują ten film jako eko-thriller, inni – „feministyczny western” (eastern?). Jednak upieranie się przy jakiejś jednej nazwie nie ma żadnego sensu.

Największą wartością Pokotu jest właśnie jego oryginalność, wielogatunkowość, ciągłe zaskakiwanie publiczności.

W takich mieszankach bardzo łatwo o potknięcie i kilka razy Holland rzeczywiście ledwo stała na nogach. Nigdy jednak nie upadła, a przy tak ryzykownych przedsięwzięciach, już samo to trzeba uznać za sukces.

Oczywiście, są tu słabsze momenty, w tym jeden całkiem długi. Fabuła rwie się, odmierzana jest kolejnymi sezonami łowieckimi. Kiedy po wyjątkowo intensywnym, zimowym rozdziale, na ekranie pojawia się lato, a w dodatku do tego filmowego patchworku dodane zostaje coś na kształt romansu, tempo siada. Widać, że ta historia była umiejętnie zszywana z bardzo małych kawałków – niestety wtedy szwy zaczynają puszczać, tworzą się dziury, wydaje się, jakby wszystkiego było za dużo, z kolei w innych miejscach czegoś niewątpliwie brakuje (nawet niezbyt uważny widz zauważy, że z filmu powycinano kilka fragmentów). Jak na tak doświadczoną reżyserkę przystało, w końcówce Holland znów wraca na dobre tory, ale z pewnością film ten mógł być jeszcze lepszy. Zastrzeżenia mogą mieć też ci, którzy będą patrzeć na Pokot jak na thriller z podstawowym pytaniem „kto zabił”. Wydaje się, że ten wątek można było poprowadzić inaczej, z większą liczbą fałszywych tropów czy po prostu znaków zapytania. Ostatecznie gubi się on w natłoku treści.

Na początku nie byłem też przekonany do roli Agnieszki Mandat. Niewykorzystana przez kino aktorka szarżuje, czasem aż za bardzo. Duszejko w jej wykonaniu wydaje się chwilami przerysowana i niewiarygodna. Ale im dłużej film trwa, tym bardziej się do niej przekonujemy. W jednej ze scen wbiega ona na posterunek policji i zziajana krzyczy, że zamordowano młodego dzika. Policjantka komentuje wtedy krótko: „Ale pani ma jazdę”. I to jest chyba klucz do tej postaci. Duszejko naprawdę ma lekką jazdę, i to taką 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu – albo się to zaakceptuje, albo nie. Mnie ujął jeszcze Jakub Gierszał w niezwykle interesującej, choć chyba jeszcze bardziej przerysowanej, roli Dyzia – cierpiącego na epilepsję młodego chłopaka, który zaprzyjaźnia się z główną bohaterką.

Większość z humorystycznych scen filmu jest tak zabawna właśnie dzięki Gierszałowi. Choć Pokot absolutnie nie jest komedią, choćby czarną, dzięki tym krótkim momentom można zafundować sobie solidny masaż przepony. Trochę czasu minęło, od kiedy po raz ostatni tak szczerze i tak głośno śmiałem się w kinie. Wizyta Duszejko oraz lokalnej „dziewczyny gangste… eee… myśliwego” w mieszkaniu Dyzia, to komediowy majstersztyk. Krótko potem na ekranie pojawia się następny trup. Nie, w Pokocie nie uświadczycie gatunkowych klisz.

Szkoda, że w Polsce film od razu kojarzony będzie politycznie, bo jest to produkcja, której trzeba dać na wstępie lekki kredyt zaufania. Mam nadzieję, że znajdą się widzowie, również spoza „rowerzystów i wegetarian”, którzy podejdą do seansu z otwartym umysłem. Wszelkie polityczne nawiązania, o które oskarżało się Holland jeszcze na długo przed premierą, są bardzo, bardzo subtelne. Jest ich zresztą niewiele. Za „anty-patriotyczne” może być uznane co najwyżej jedno. Scena, w której Duszejko tłumaczy, dlaczego zbieranie grzybów powinno być polskim sportem narodowym, wzbudzać będzie zresztą wybuchy śmiechu u każdego, kto ma w sobie choć odrobinę samokrytycyzmu. A cały aspekt ekologiczny – cóż, nie można powiedzieć, aby twórcy prezentowali cokolwiek w rodzaju „jedynej słusznej wizji”. I na tym zakończę – pisząc więcej, jeszcze zepsułbym wam zabawę. Tak, zabawę, bo choć film można interpretować np. jako głos w obronie słabszych i podporządkowanych, tych, którzy nie mogą się bronić, itd., jest przede wszystkim świetną rozrywką. Zamiast publicystyki, mamy tu solidne reżyserskie rzemiosło oraz przebijająca z ekranu magię kina.

Ostatnio dodane