Podróż na sto stóp | FILM.ORG.PL

Podróż na sto stóp

Nadmiar słodyczy mdli, a mały deserek stał się bombą kaloryczną.




Bez mąki chleba nie upieczesz




Dominik Jedliński
27.08.2014


7626510.3

Zapraszamy na bloga Dominika Jedlińskiego – FILMBUK.

„Podróż na sto stóp” to film, któremu brakuje, mimo przeróżnych składników rodem z Indii, głównego budulca. Dlatego zamiast świeżego, aromatycznego bochenka, wyszedł przedziwny miszmasz, po zjedzeniu którego, mamy wrażenie, że jedliśmy czerstwy chleb z supermarketu.

Film (na podstawie powieści Richarda C. Moraisa) opowiada historię hinduskiej rodziny, która po traumatycznych przeżyciach przeprowadza się do małego francuskiego miasteczka, gdzie postanawia otworzyć restaurację z kuchnią indyjską. Sytuacja jest o tyle cięższa, że po drugiej stronie ulicy, sto stóp od ich lokalu, znajduje się odznaczona gwiazdką Michelin renomowana restauracja, której właścicielką jest madame Mallory (Hellen Mirren). Jak nie trudno się domyślić, nowa sytuacja nie odpowiada dystyngowanej właścicielce restauracji i dochodzi do konfrontacji obu światów: klasycznej i sztywnej kuchni francuskiej z kuchnią indyjską pełną aromatycznych i orientalnych przypraw.

Trzeba przyznać, że przez pierwszą połowę filmu bawiłem się całkiem nieźle: cudne krajobrazy, apetycznie ukazane jedzenie, zabawne dialogi. Wszystko zepsuł jednak brak konsekwencji reżysera Lasse Hallströma („Casanova”, „Czekolada”, „Połów szczęścia w Jemenie”) w kwestii prowadzenia historii. Nie ma w tym filmie bowiem wyraźnie sprecyzowanego głównego wątku i bohatera. Nie wiadomo, czy ma to być film, w którym pierwsze skrzypce ma grać jedzenie i magia, którą owe potrawy niosą, czy może ma to być historia wielkiego talentu, który mimo przeciwności losu, zdobywa swój wymarzony cel. A może jeszcze inaczej. Może dominujący wątek ma stanowić historia romantycznej miłości głównych bohaterów. Albo nie: najlepiej dwie historie miłosne.

149_THFJ_D004_00615FD.jpg

Brak wątku przewodniego nie przeszkadza jednak Hallströmowi w wyidealizowaniu i przesłodzeniu każdej sceny. I wcale nie chodzi mi o to, że zakończenie filmu jest łatwe do przewidzenia. Główny zarzut dotyczy rozwiązań fabularnych. Każdy problem rozwiązany jest w filmie w sposób bajecznie prosty i cukierkowy. Każdy konflikt w filmie kończy się w mgnieniu oka, bez większych trudności i kłopotów.

Najwyraźniej widać to w momentach, w których reżyser pragnie wysilić się i ukazać problem nietolerancji i wrogości rodowitych Francuzów do emigrantów. Wszystko tu sprowadza się jednak do jednego wybryku, który po porozumieniu bohaterów, zostaje zażegnany, mimo że wcale przez główne postacie nie został wywołany. Brak przemyślanej struktury filmu owocuje tym, że im bliżej końca, tym bardziej bohaterowie wymykają się reżyserowi spod kontroli, a ten próbując ratować co się da, kończy wątki w sposób bardzo prosty i odarty z jakiegokolwiek zaskoczenia.

(Niby)Główny bohater również wypada słabo. Manish Dayal w roli obdarzonego wyjątkowym talentem kulinarnym Hassana nie przekonuje. Jego filmowy bohater wspina się po szczeblach kariery, a jego gra wydaje się mówić: „hmm, no cóż. OK”. Brak w nim pasji, która zawarta jest w pomyśle na film, energii, mimiki, wybuchowości, przebojowości. W filmie padają z jego ust słowa, że prawdziwy szef kuchni powinien przejawiać cechy przywódcze, jednak jego zachowanie w filmie wcale tego nie pokazuje.

THE HUNDRED-FOOT JOURNEY

Wyrazy uznania za to dla Oma Puriego, który w roli głowy rodziny Kadam wypada bardzo dobrze. Energia i zadziorność biją od niego na kilometr, jest zabawny, pełen uroku, a jego konfrontacje z postacią graną przez Hellen Mirren stoją na wysokim poziomie. Mirren, niezaprzeczalnie fenomenalna aktorka, w tym filmie nie gra jakiejś wybitnej roli, jednak trzeba przyznać, że wypada całkiem przyzwoicie. Ta dwójka nadaje wdzięku temu filmowi i jest gwarancją humoru.

O baśniowości i przesadnej cukrowości filmu pozwalają nam zapomnieć wspomniane wcześniej zdjęcia. Kadry, które serwują nam twórcy, są przepiękne (szczególnie krajobrazy małego francuskiego miasteczka), a potrawy uchwycone są smakowicie. Szkoda tylko, że to co miało być punktem przewodnim (tj. jedzenie), zostaje uchwycone w filmie tylko kilka razy.

„Podróż na sto stóp” miał być lekkim wakacyjnym filmem. Nadmiar słodyczy jednak mdli, a mały deserek stał się bombą kaloryczną. Stara zasada „co za dużo, to niezdrowo” po raz kolejny okazuje się prawdziwa.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Slacker - kronika generacji X, Linklater - kronikarz życia

Następny tekst

Rock the Casbah



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE