Po drugiej stronie czarnej tęczy | FILM.ORG.PL

Po drugiej stronie czarnej tęczy

Oniryczny SF w stylu retro




Boski elektro-trans




Jakub Piwoński
23.08.2012


I oto przed Wami recenzja ostatniego filmu, który związany jest z cyklem "Poza gatunkiem – Sci-Fi" w ramach festiwalu Transatlantyk w Poznaniu. 

To był nietypowy seans. Pozostawiony bez wyboru, w sali kinowej musiałem usiąść wyjątkowo blisko ekranu. Zwykłem siadać nieco wyżej, bliżej środka. Jednak nietypowość seansu przejawiała się nie tylko w położeniu, jakie obrałem względem kinowego ekranu. Przejawiała się głównie w tym, iż od początku do końca trwania seansu miałem świadomość obcowania z czymś szalenie niezwykłym i oryginalnym. Nietypowość tego obrazu przełożyła się jednak na jego odbiór.  Film przez cały bowiem seans pozostaje dla widza niepokojącą tajemnicą.

Fabuła nie pomaga w przybliżenie rozwiązania, ponieważ pozostawia po sobie wrażenie bycia elementem najmniej istotnym.  Oto stykamy się z alternatywną rzeczywistością roku 1983. W instytucie medycznym Arboria, przetrzymywana jest młoda dziewczyna. Instytut Arboria powstał w celu badań nad doskonaleniem ludzkiej jednostki, wydobywaniem drzemiącej w każdym z nas siły, która prowadziłaby do nowego, wewnętrznego ładu. Dziewczyna  poddawana jest eksperymentom i sesjom badawczym, których właściwy cel i zastosowanie jest nam jednak nieznany. Pieczę nad badaniami trzyma tajemniczy i demoniczny doktor (genialny Michael Rogers), którego stosunek do dziewczyny od początku wykracza poza schemat relacji opiekuna medycznego i jego pacjentki, i przejawia znamiona chorej fascynacji.

 

Panos Cosmatos, kanadyjski reżyser greckiego pochodzenia, swoim debiutanckim filmem nie zapisze się w annałach scenopisarstwa. Momentami miałem nawet wrażenie, że film kręcony był wręcz bez scenariusza. To jednak nie na fabule oparta jest siła estetycznego przeżycia. Cała kompozycja tego nietypowego dzieła składa się na niesamowity kolaż muzyki i obrazów, z połączenia których rezultatem otrzymanym jest jedyny w swoim rodzaju oniryczny klimat.  Rok 83. nie przypadkowo wybrany został na ten, w którym  rozgrywać ma się akcja filmu. W każdym bowiem calu tego specyficznego tworu, widać fascynację reżysera latami osiemdziesiątymi ubiegłego wieku. Charakterystyczny dla tych lat kicz wykorzystany został tutaj jak narzędzie służące do twórczego przetworzenia starych wzorów. Tę stylistykę podkreślać ma pulsująca, wygenerowana całkowicie na klasycznych syntezatorach, muzyka Jeremiego Schmidta, wyznaczająca rytm narastającego napięcia.

Przede wszystkim jednak, wyczuwalna jest pasja do gatunku science fiction, gdyż to w końcu w jego postaci Cosmatos postanowił zadebiutować. W „Po drugiej stronie czarnej tęczy” znaleźć możemy wiele odniesień do twórczości Kubricka, Cronenberga, Tarkowskiego i Carpentera, choć to pewnie nie jedyne nazwiska, które wywarły wpływ na ostateczny kształt tego retro SF. Prócz stylistycznych i fabularnych korelacji, w filmie kanadyjskiego reżysera obecny jest duch nurtu New Age, jakże popularnego w sztuce (w tym w fantastyce) i filozofii drugiej połowie XX wieku, aktualnego do dziś. Jego metafizyczne przesłania, szukania pierwiastka boskości w każdym z nas i ujednolicania religijnych dróg, poniekąd wpisują się w cele i działalność Instytutu Arboria. Symbolika teozoficzna obecna jest w filmie na wielu płaszczyznach i zdaje się pełnić w nim niebagatelną rolę. Nie bez powodu w jednej  z ważniejszych scen filmu, jeden z bohaterów wypowiada znamienne słowa: „Let the New Age of lighting begin” czyli „Niech rozpocznie się Nowy Wiek oświecenia”. 

Można powiedzieć, że „Po drugiej stronie czarnej tęczy” stanowi powrót do ambitnego, metafizycznego SF.  Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić czy jest to powrót udany. Mi w przeżywaniu tych, na pozór narkotycznych, wizji trochę zabrakło ukrytego dna, stanowiącego moralny fundament opowieści. Zabrakło czegoś cielesnego, prawdziwego, co pomogłoby na nowo odnaleźć  się w rzeczywistości, po zwodniczym doświadczeniu halucynacyjnym. Bez niezbędnej głębi, film Cosmatosa chwilami może przypominać teledysk elektronicznego transu, przerywany wstawkami dialogowymi. Jednak nawet wtedy, nie pozwala on porzucić wrażenia obcowania  z czymś nietuzinkowym. Ten film trzeba nie tyle obejrzeć, co poczuć na własnej skórze i docenić za umiejętność dostarczania trochę zapomnianych, estetycznych doznań.  Metafizyczny sen pozbawiony boskości, trwałej idei, nie musi być pozbawiony wartości, wyróżniającej go na tle innych snów. I nawet jeśli uczestniczenie w śnie niesie ze sobą ryzyko zapomnienia go tuż po przebudzeniu, w tym wypadku możecie być pewni, że po zakończeniu seansu, sen, który przeżyliście, zostanie z wami jeszcze długo.

 

PS. Gorąco zachęcam do obejrzenia trailera, gdyż niezbyt często zdarza się, aby ta forma promocji potrafiła przekazać esencje klimatu zapowiadanego filmu.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Pingback: Poza gatunkiem Sci Fi – Transatlantyk | KMF Film.org.pl()

  • Jerry

    U mnie długo została przede wszystkim muzyka, która prześladuje mnie od dnia seansu i bardzo żałuję,że chyba nie została wydana osobno. Jeżeli ktoś się nastawia w kinie na fabułę, to wyjdzie zdegustowany (jak działo się z częścią widowni), ale jeżeli wejdzie się w ten oniryczny klimat to okazuje się,że połączenie obrazu i dźwięku naprawdę zapada w pamięć.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Shuffle

Następny tekst

Poza gatunkiem Sci Fi - Transatlantyk



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE