PŁYNĄCE WIEŻOWCE - Miłość w świecie kontrastów - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Płynące wieżowce

„Płynące wieżowce” to portret młodego pokolenia, ludzi nie będących już dziećmi, ale jeszcze nie w pełni czujących się dorosłymi. To obraz o dojrzewaniu, poszukiwaniu drogi życiowej i przede wszystkim akceptacji samego siebie.




Miłość w świecie kontrastów




Krzysztof Połaski
08.11.2013


Płynące wieżowceCałkiem niedawno usłyszałem, że najczęściej nowego partnera życiowego poznajemy jeszcze będąc w związku z poprzednim. Nie wiem na ile prawdziwe jest to twierdzenie, ale wszystko wskazuje na to, iż Tomasz Wasilewski się pod nim podpisuje, bo jego najnowszy film – „Płynące wieżowce” – opowiada właśnie o tym zjawisku.

Centralną postacią tego obrazu jest Kuba (świetny Mateusz Banasiuk), facet z krwi i kości, który, jeżeli wymaga tego sytuacja, potrafi być czułym kochankiem lub kochającym synem, a gdy trzeba to nawet „w ryj dać może dać”. Jednym słowem – ideał. Wydaje się, że Kuba ma wszystko: troskliwą matkę, wspaniałą dziewczynę, z którą jest już dwa lata i przede wszystkim ogromny potencjał; główny bohater historii – opowiedzianej przez urodzonego w Toruniu reżysera – jest trenującym od lat pływakiem, stojącym właśnie przed szansą na dalszy rozwój swojej sportowej kariery. Kuba jednak ma pewną tajemnicę – gdy jego dziewczyna Sylwia (Marta Nieradkiewicz) nie widzi, lubi być ustnie zaspokajany przez kolegów z drużyny w uczelnianej toalecie. Niedługo później na jego drodze pojawi się przystojniak z dobrego domu – Michał (Bartosz Gelner) i Kuba będzie musiał w końcu się określić, kim jest i dokąd zmierza.

KONTRASTY, WSZĘDZIE KONTRASTY

Tomasz Wasilewski większość wątków w swojej drugiej pełnometrażowej fabule opiera na kontrastach. Kuba i Michał to bohaterowie z dwóch różnych światów, teoretycznie do siebie nie pasują, lecz wiadomo, przeciwieństwa się (podobno) przyciągają. Pierwszy z nich to typowy samiec alfa, był wychowywany bez ojca, co tylko pozornie nie miało na niego wpływu. Szczególnie jest to widoczne w wyjątkowej relacji z matką, Ewą (zachwycająca Katarzyna Herman). Razem mieszkają w skromnym, żeby nie powiedzieć ciasnym mieszkaniu, a od niedawna mają również dodatkowego lokatora – dziewczynę Kuby, która ma problemy rodzinno-mieszkaniowe. Młodzi bardzo chcą się usamodzielnić i „odciąć pępowinę”, jednak póki co nie pozwalają im na to środki finansowe. Ewa zarabia 2300 zł, Kuba studiuje na AWFie i większość wolnego czasu poświęca na treningi, a Sylwia pracuje w knajpie, aby dorzucić się do czynszu. Nie można o nich powiedzieć, że są biedni, ale szału nie ma.

Płynące wieżowce

Po przeciwnej stronie barykady jest Michał. Mówi się, że często wizytówką człowieka jest nie tylko jego ubiór, lecz także gadżety, którymi się posługuje, z samochodem na czele. I właśnie tak jest w przypadku Michała, mknącego po ulicach Warszawy zadbanym, oldschoolowym Volkswagenem Golfem Cabrio. Już na pierwszy rzut oka widać, że to właśnie ten chłopak jest bardziej otwarty, nie tłumi w sobie emocji w przeciwieństwie do Kuby. Został wychowany w pełnej rodzinie, ma starszą siostrę i cała ta gromadka mieszka sobie w apartamentowcu na nowoczesnym osiedlu. Michał bardzo liczy się ze swoim ojcem (Mirosław Zbrojewicz), którego wręcz się boi, dlatego bardzo długo ukrywa przed nim swoją orientację. Zresztą finalnie to właśnie ten milczący i stateczny mężczyzna okaże więcej zrozumienia dla skłonności syna, niż teoretycznie tolerancyjna matka (stworzona do tej roli Izabela Kuna), która lekko zasugeruje odnowienie kontaktów z partnerką ze studniówki lub zada niedyskretne pytanie o test na obecność wirusa HIV.

W obrazie Wasilewskiego bardzo ważne są stosunki na linii dzieci – rodzice. Twórca pokazuje nam bohaterów stojących jeszcze na progu dojrzałości, przygotowujących się do opuszczenia „rodzinnego gniazda” i to zarówno w sensie metaforycznym, jak i dosłownym. Uczą się życia, a to, jak są widziani przez swoich rodzicieli, ma dla nich diametralne znaczenie w procesie samokształtowania. Czy spełniają ich oczekiwania i pokładane w nich nadzieje?

Dobrym przykładem jest tutaj Ewa, matka Kuby, która na wieść o jego homoseksualizmie zaczyna się obwiniać i szukać błędów wychowawczych. Zresztą ta niejednoznaczna relacja Kuby z matką to jeden z najciekawszych wątków „Płynących wieżowców”. Ewa od lat jest singielką i raczej nie zanosi się na to, aby ten stan szybko się zmienił. Poza tym, poświęcająca się nauce języka obcego, kobieta raczej nie jest zainteresowana zmianą, ponieważ żyje jej się dobrze. Męża i mężczyznę życia zastąpił jej syn, a ich relacja wydaje się być nasączona erotyzmem i skrywanym pożądaniem. Pomiędzy tą dwójką wyczuwalna jest ogromna chemia. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, iż Ewa zdominowała Kubę, będącego na każde jej zawołanie; gdy potrzeba to wymasuje plecy w wannie, a innym razem przytuli się i obejrzy razem film. Kuba jest nawet gotowy przerwać stosunek seksualny ze swoją dziewczyną, aby wykonać prośbę swojej życiodawczyni. Warto również zwrócić uwagę na napiętą sytuację pomiędzy dwiema kobietami w domu, bo Ewa i Sylwia nie tylko rywalizują o pierwszeństwo z rana w łazience, ale przede wszystkim o uwagę Kuby. To konkurentki, które najchętniej by sobie skoczyły do oczu, jednak w obliczu wyznania ich męskiego obiektu uwielbienia będą gotowe się zjednoczyć w imię kobiecej solidarności i walki o przywrócenie dawnego porządku.

Płynące wieżowce

UWAŻNY OBSERWATOR

Twórca „W sypialni” ma dopiero 33 lata, więc tak naprawdę opowiada o sobie i swoich bliskich, lecz przy tym jest także świetnym i uważnym obserwatorem. To co widzi potrafi niemal w skali 1:1 przenieść do filmu, czego dowodem jest perełka tego obrazu, prawdziwy majstersztyk, czyli scena jedzenia obiadu przez miłosny trójkąt Kuba, Sylwia i Michał. To, jak bohaterowie grają tam samym wzrokiem, wisząca w powietrzu niezręczność i już zaczynająca się rywalizacja pomiędzy Sylwią a Michałem, poczucie obcości, wymowna cisza przerwana przez pytanie o colę, natychmiast skontrowana odpowiedzią, jest nie do opisania, to po prostu trzeba zobaczyć. Na ekranie obserwujemy bezwzględną grę bohaterów o najwyższą stawkę, jaką są uczucia. Gdy w grę wchodzi miłość, wszystkie chwyty są dozwolone i człowiek nawet nie zauważa, że zaczyna postępować irracjonalnie.

„Płynące wieżowce” to portret młodego pokolenia, ludzi nie będących już dziećmi, ale jeszcze nie w pełni czujących się dorosłymi. To obraz o dojrzewaniu, poszukiwaniu drogi życiowej i przede wszystkim akceptacji samego siebie. Kuba to postać będąca między młotem a kowadłem. Z każdej strony wywierana jest na nim presja. Naciska trener, aby miał coraz lepsze wyniki; jest matka, która za żadne skarby nie chce wypuścić syna z rąk; związek z Sylwią zaczyna przeradzać się w coś poważnego, bo dwa lata to już kawał czasu i trzeba zacząć myśleć o wspólnej przyszłości; a na horyzoncie niespodziewanie pojawił się Michał, chłopak nadający się do czegoś więcej niż tylko do seksu oralnego w kiblu. Żyjąc w takim napięciu można stracić siły i się po prostu poddać, zrezygnować z rywalizacji, chociaż było się na doskonałej drodze do zwycięstwa. Jedna chwila słabości może przekreślić wymarzoną przyszłość, po czym zostanie pustka i gorycz porażki, aż do pogodzenia się z takim stanem rzeczy. Przegranie życia na własne życzenie, bo w decydującym momencie zabrakło odwagi.

Płynące wieżowce

Impreza. Był alkohol, jointy, była zabawa. Od słowa do słowa, od macha do macha i stało się… relacja nawiązana, zaiskrzyło, a następnie potoczyło się jakoś dalej. Chyba wszyscy znamy ten schemat. Gra spojrzeń, przelotnych uśmiechów, delikatnie muśnięcie ręki o rękę i nawet nie zdążymy się zorientować kiedy się zauroczymy. Ten stan reżyser demonstruje nam niezwykle autentycznie i naturalnie, problem jednak zaczyna się później.

Dużą słabością „Płynących wieżowców” jest relacja pomiędzy Kubą a Michałem. Z założenia twórca chciał nam zaprezentować prawdziwą miłość, lecz efekt finalny jest zgoła odmienny. To, co widzimy, jest dalekie od miłości, przypomina bardziej zwierzęce pożądanie, ambicjonalną chęć posiadania drugiej osoby, czego apogeum dokonuje się w scenie analnego seksu w osiedlowej bramie. Ten na swój sposób brudny, determinowany namiętnością stosunek daleki jest od romantycznego wyobrażenia zbliżenia dwóch kochanków.

Zupełnie inaczej Tomasz Wasilewski, wraz ze swoim operatorem Jakubem Kijowskim, wizualizuje akt heteroseksualny. Panowie nie bez powodu umieszczają Kubę i Sylwię w przestrzeni, gdzie dominuje jasna kolorystyka. Seks pomiędzy tą dwójką wydaje się być czysty i niewinny, bez żadnego pośpiechu, Kuba w całości poświęca uwagę partnerce, ofiaruje całego siebie i nie oczekuje niczego w zamian. Swoją drogą trzeba przyznać, iż jest to jedna z najodważniejszych scen seksu we współczesnym polskim kinie, która wręcz zahacza o prawdziwy stosunek oralny. Jak widać, nawet w takich kwestiach jak seks reżyser stosuje kontrasty; akty heteroseksualne są przedstawione jako te czystsze, porządniejsze i nieskalane grzechem, natomiast homoseksualne jawią się jako obskurne, spontaniczne, uprawiane byle jak i byle gdzie, czy to w szalecie, czy odwołując się do Kevina Smitha – w najbardziej niewygodnym miejscu na świecie, tylnym siedzeniu Volkswagena.

Płynące wieżowce

BEZ UDZIWNIEŃ

Najtragiczniejszą bohaterką „Płynących wieżowców” bez wątpienia jest Sylwia. Gdy ją poznajemy, to jeszcze nie darzymy jej sympatią, ot typowa „blondi” z za mocnym makijażem. Postać ta stopniowo coraz bardziej się odkrywa, za czym idzie również zmiana wizerunkowa, znika maska w postaci „tapety”. Przestaje o siebie dbać, bo jej chłopak dokonał już wyboru. Jej walka o Kubę jest godna podziwu, lecz nosi także znamiona niezgodnej z rozsądkiem. Walczyć o homoseksualistę? Wybaczyć zdradę? W imię czego? Każdy zdrowo myślący człowiek kazałbym jej puknąć się w głowę, zacisnąć zęby i zacząć życie od nowa. Tyle, że miłość i wszystko co z nią związane jest pozbawione logiki, i chyba wszyscy o tym doskonale wiemy, najczęściej z autopsji.

Tomaszowi Wasilewskiemu należą się ogromne gratulacje, bo pokazał homoseksualistów jako normalnych ludzi, bez żadnych przerysowań czy udziwnień. Kuba i Michał to zwykli faceci, którym daleko do modelu geja z platformy na „Love Parade”. Aczkolwiek warto pamiętać, że nie był pierwszy, bo przed nim zrobiła to chociażby Magdalena Piekorz w „Senności”, gdzie relacja bohaterów kreowanych przez Rafała Maćkowiaka oraz Bartosza Obuchowicza również była daleka od stereotypów i karykatury.

Sprowadzanie „Płynących wieżowców” jedynie do filmu gejowskiego jest bardzo krzywdzące. To przede wszystkim obraz opowiadający uniwersalną historię o miłości, a miłość, cytując „Życie Adeli”, nie ma płci. Zresztą ta przypowieść równie dobrze mogłaby się rozegrać w trójkącie heteroseksualnym, tylko, że to już zostało przerobione na wiele sposobów, chociażby przez serial „Daleko od szosy”, jak słusznie, na spotkaniu z widzami po pokazie filmu, zauważył Bartosz Gelner. Inną sprawą jednak jest, iż Wasilewski decydując się na wątek homoseksualny w jakiś sposób wybrał bezpieczny dla siebie wariant, który gwarantuje mu zainteresowanie tytułem, bo niewykluczone, że gdyby to była tradycyjna historia, gdzie mamy faceta i rywalizujące o niego dwie niewiasty, to obraz przepadłby w gąszczu innych.

Płynące wieżowce

BETONOWA WARSZAWA

Ze strony technicznej film prezentuje się bez większych zarzutów. W bardzo ciekawy sposób Jakub Kijowski pokazuje Warszawę. Jest to miasto betonu, składające się z tuneli, mostów i wiaduktów. Twórcy zdecydowali się ukazać Stolicę nocą; w czasie, gdy inni śpią, samemu można poczuć się naprawdę wolnym. Zdjęcia są utrzymane w chłodnej, wręcz zimnej tonacji, co oddaje atmosferę pewnego niepokoju i pesymizmu. Nie ma tu miejsca na radość i żywe kolory.

Mimo wszystko jednak Wasilewski stara się nie uderzać w zbyt poważne tony i w tym obrazie naprawdę nie brakuje humoru, który szczególnie się uwidacznia w scenach z udziałem Izabeli Kuny. Reżyser także inteligentnie zażartował ze swojego nazwiska, lecz mam wrażenie, iż nie każdy podczas seansu wyłapał ten smaczek. Na chwilę odbiegając od głównego wątku, dzieło to, które miałem okazję widzieć na wolnym pokazie, gdzie mogli trafić przypadkowi ludzie, zmusiło mnie do zastanowienia się nad kondycją przeciętnego polskiego widza. Niestety, wnioski nie są najlepsze, bo jeżeli u większości publiczności salwy śmiechu wywołuje bekanie, przekleństwa czy płacząca dziewczyna w wannie, to ja się nie dziwię, że polska komedia znajduje się w stanie agonalnym.

Płynące wieżowce

ŚWIEŻA KREW

Kolejnym z plusów tego obrazu jest odkrycie dla polskiego kina świeżej krwi; Mateusz Banasiuk, Bartosz Gelner i Marta Nieradkiewicz naprawdę mogą namieszać. Banasiuk już się przewijał przez polskie kino, był obecny gdzieś na drugim planie we „Wszystko, co kocham” Borcucha, w międzyczasie zaliczył walkę o serce Marty Żmudy Trzebiatowskiej w etiudzie „Wszystko”, jednak widzowie najbardziej kojarzą go z roli w pewnej polsatowskiej telenoweli, gdzie pozytywnie wyróżnia się na tle większości obsady. Podobnie Gelner, już go mieliśmy okazję oglądać w głośnej „Sali samobójców”, lecz dopiero ten film był sprawdzianem jego możliwości, który zdał celująco. Zarówno Banasiuk, jak i Gelner, postanowili z „wejść z buta” do polskiego kina, już na starcie pokazując, że nie mają żadnych kompleksów. Swoją szansę dostała również Marta Nieradkiewicz, aż chciałoby się powiedzieć – w końcu! Urodzona w Łodzi aktorka potencjał już ujawniała podczas swojej pierwszej dużej roli w obrazie „Z miłości” Anny Jadowskiej, jednak był to twór tak przerażająco zły i fatalny, śmiało mogący aspirować do miana najgorszego polskiego filmu, jaki powstał po 1989 roku, że mogła dwoić się i troić, ale przy tak słabym scenariuszu po prostu nie miała czego grać.

Mam dziwne wrażenie, że polscy twórcy mają jeden, naprawdę olbrzymi problem – nie potrafią kończyć swoich filmów. „Płynące wieżowce” ze swoim zupełnie niepotrzebnym zakończeniem niestety wpisują się w ten nurt, przez co Tomasz Wasilewski może śmiało stanąć do rywalizacji z Katarzyną Rosłaniec („Bejbi Blues”) i Małgorzatą Szumowską („W imię…”) w kategorii „najgorszy filmowy finał roku”. Finisz ten wygląda na dodany zupełnie na siłę, co zresztą pośrednio potwierdza sam autor, mówiąc, iż dopisał ten wątek po usłyszeniu w telewizji o brutalnym pobiciu homoseksualistów. I chociaż ja zupełnie w tym zakończeniu nie widzę wpływu orientacji seksualnej bohatera na rozgrywające się wydarzenia, lecz inni mogą tę dramatyczną końcówkę interpretować odmiennie, co sprowadzi obraz do manifestu politycznego. A Wasilewski raczej nie chciał bawić się w politycznego agitatora, bo przez większość filmu nie pojawiają się żadne odwołania do sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju, no chyba, że za takie uznamy gest przeżegnania się przez Kubę przed zawodami.

Z całą pewnością „Płynące wieżowce” to film o wiele lepszy niż debiutanckie dzieło Tomasza Wasilewskiego. Widać, że twórca cały czas poprawia swój warsztat i chyba znalazł odpowiedni dojazd na drogę swojego stylu, ale nie miejcie złudzeń, bo nie jest to ani film przełomowy, ani tym bardziej arcydzieło. Co nie zmienia faktu, iż mamy do czynienia z naprawdę sprawnie zrealizowanym obrazem, który się bardzo dobrze ogląda. Jest to jedna z najciekawszych polskich premier tego roku, tytuł, obok którego raczej nie sposób przejść obojętnie, wymagający od widza emocjonalnego zaangażowania, przez co historia zostaje w głowie na bardzo długo, a to chyba najlepszy komplement dla autora. Wasilewski ma swoją wizję i plan na siebie, więc warto śledzić jego karierę, bo ma wszelkie predyspozycje do tego, aby wprowadzić trochę świeżości do naszej kinematografii.

„Płynące wieżowce” to smutny film i właśnie to w nim najbardziej mi się nie podoba. W ten sposób Wasilewski sam zamyka się nie w szufladce z napisem „pierwszy polski obraz LGBT”, tylko tej z szyldem „kolejny smutny polski film”. A to znacznie gorsze.

Polas - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • obioba

    w ogóle nie wierzę, że czytam wszędzie pochlebne recenzje tego gównianego filmu. Żeby wymienić wszystkie jego wady potrzebowałabym co najmniej godziny, ale w skrócie: lepsze dialogi napisałby ten, kto pisze je dla M jak Miłość, brak jakiegokolwiek portretu psychologicznego bohaterów, nieuwiarygodnione w żaden sposób „uczucie” pomiędzy dwójką bohaterów, postaci to typowi mieszkańcy „warszafki”, którzy są przez reżysera (i scenarzystę) kompletnie nieświadomie ośmieszeni i sportretowani, jakby ich mózgi miały wielkość orzecha laskowego, aktorzy nie mówią, ale mruczą pod nosem hasła w stylu – zajebiście, – chcesz colę? Jeżeli ten film miał przełamywać jakieś tabu, to jak może to zrobić, kiedy nawet nie jesteśmy w stanie współczuć w żaden sposób głownemu bohaterowi, który jest po prostu głupi? Ostre sceny seksu, czy wielokrotne ujęcia pleców bohaterów, kamera z ręki plus modna muzyka mają gwarantować sukces tego filmu? To ja już wolę Van Santa, czy Dolana. Jeżeli ten film mial mówić o milości, to nie wyszło, bo pokazuje tylko hipsterskich hedonistów, a jeśli miał do tego mówić o miłości gejowskiej, to tym bardziej nie wyszło, bo „relacja” głównych bohaterów pozbawiona jest jakiegokolwiek romantyzmu.

    • Krzysztof Połas Połaski

      Masz rację, Wasilewskiemu zupełnie nie wyszło ukazanie uczucia pomiędzy dwójką głównych bohaterów, gdzie zamiast miłości otrzymaliśmy jakieś zauroczenie, fascynację czy wręcz zwierzęce pożądanie. Tutaj pełna zgoda, ale na resztę zarzutów mam zupełnie inne spojrzenie.

      Hipsterzy? Naprawdę? Jeżeli już mamy ich szukać w tym obrazie, to zgodzę się, iż Michał nosi jakieś znamiona hipsterstwa, ale bez przesady. Zresztą nie ma co się dziwić, iż taki wizerunek kreuje Wasilewski, który napisał bohaterów na swoje podobieństwo, czy podobieństwo swoich bliskich. Zwyczajne portretuje środowisko, w którym się obraca. Co nie zmienia faktu, iż Kuba to zwyczajny chłopaczyna z bloku, a nie żaden odmieniec. Przynajmniej ja tak to widzę.

      Masz rację również, że Kuba zachowuje się jak idiota, ale to zwyczajnie wynika z faktu, że chłopak nie wie kim jest. Pogubił się w tym wszystkim, z jeden strony dziewczyna, a z drugiej „zabawy” z kolegami. Do tego matka i ta niejednoznaczna relacja pomiędzy nimi. Kuba nie potrafi uwolnić się od matki i zacząć żyć na własny rachunek. Próbuje się buntować, ale finalnie i tak zrobi to, co mu każe rodzicielka. To ona dokona za niego wyboru. Kuba to typowy antybohater i nie rozumiem, czemu chcesz mu współczuć. Jeżeli już nad kimś widz ma się litować to przede wszystkim nad Sylwią, która nie potrafi zrozumieć, że „do tanga trzeba dwojga”, czy nad Michałem, który ulokował swoje uczucia w obiekcie, który nie ma odwagi ich odwzajemnić.

      Po seansie również miałem reżyserowi za złe, że w żaden sposób nie uwiarygodnił uczucia pomiędzy Kubą a Michałem, nie pokazał jak się ono narodziło, ale potem zdałem sobie sprawę, że jest to kwestia zupełnie drugorzędna. Po prostu stało się, zaiskrzyło między nimi w jakiś sposób, jak w życiu. I tyle.

      Nie rozumiem też jakiego „przełamywania tabu” oczekiwałaś. W kinie naprawdę można jeszcze przełamać jakieś tabu? O ile dobrze śledzę wypowiedzi Wasilewskiego, to on w żadnej nie wspominał, że chce coś tym filmem zmienić, chciał po prostu pokazać historię, w której jeden związek kończy się na rzecz drugiego. Być może dystrybutorzy posługiwali się takim hasłem, ale jak wiadomo, na hasła głoszone przez dystrybutorów trzeba patrzeć z przymrużeniem oka.

  • Przemysław Zakrzewski

    Nie widziałem filmu, więc nie mogę odnieść do słowa pisanego, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tekst jest rewelacyjny. Więcej takich na KMF!

    • Krzysztof Połas Połaski

      Dziękuję bardzo! :-)

  • seerr

    znowu propaganda pedalstwa

  • Kazik

    Piszesz, że Wasilewskiemu kompletnie nie wyszło ukazanie uczuć pomiędzy bohaterami. Czyli zawodzi główny element całej tej historii. Przecież głównym zrębem, .główną linią fabularną i w zasadzie jedyną, jest uczucie tych trojga. A ty piszesz, że to wyszło nijak. Jak więc można uważać „Płynące wieżowce” za udany film? Swoją drogą, co za wyjątkowo kretyński, pretensjonalny tytuł do którego jakoś nikt się nie przyczepia

    a chyba powinien. Wasilewski tłumaczy, że to ma symbolizować coś a la nadzieja. WTF???

    To po prostu w miarę sprawnie opowiedziany film, który, jasne, da się obejrzeć. Chociaż mnie z deka wkurwiają już takie gadżetowe, szczeniackie bardzo, dopowiadacze, mające RZEKOMO! uwiarygodnić pozawerbalny przekaz bohaterów. A zatem papieros w gębie, jakieś tam obowiązkowe bluźnięcie podczas dialogu, najczęściej „zajebiście”, „zapierdalaj” itd.

    Tomasz Wasilewski, zresztą nie tylko on, nie rozumie jednej podstawowej rzeczy jeżeli chodzi

    o konstruowanie fabuły, w tym przypadku, filmu. I co z tego, że bardzo młodzi ludzie zachowują się właśnie tak jak w jego dziele. Znaczy, palą fajki, mówią „sorry” zamiast „cześć”, niektóre rzeczy są zajebiste a inne chujowe. Wasilewski pewnie by powiedział a nawet może zakrzyknął, „No ale taka jest właśnie prawda życia! Prawda życia, prawdą ekranu! Gówno prawda. Pomijam już, że dosyć dziwną rzeczą jest, że wiele osób parających się filmową radosną tfu! twórczością w tym kraju, za dobrą monetę zdaje się przyjmować to socrealistyczne hasło, prawda? Tak czy inaczej, w kinie chodzi o styl, kurwa! O STYL! A nie o kalkowanie rzeczywistości takiej czy innej. To film ma kreować rzeczywistość a nie powielać jakieś durne życiowe schematy. Dobry film zmienia rzeczywistość. To samo dotyczy interakcji społecznych. To prawda, wszyscy mówimy, jemy, śpimy… To ma być w sumie takie same jak w życiu, ale jednocześnie inne, AUTORSKIE. Nigdy przeniesione wprost. Ten film ani przez jeden kadr nie jest filmem autorskim. Stanowi zlepek sytuacji, zdarzeń zapożyczonych z rodzimych telenowel, zasłyszanych na parkingu, klatkach schodowych czy za ściany.

    Da się ten film obejrzeć. Ładnie wystylizowane kadry, muzyka. W miarę dobrze jest to wszystko sklecone. Można „Płynące wieżowce” obejrzeć. Pytanie tylko, po co? Zaś pisanie w co poniektórych recenzjach (nie dotyczy to na szczęście KMF), jakoby reżyser operował jakże delikatnymi środkami wyrazu, etc, jest dla mnie akurat dosyć jasnym dowodem na marną jakość powyższego obrazu. Cholera, zdaje się, że ile razy ten czy ów recenzent, czy raczej recenzentka nie ma za co pochwalić danego filmu, tyle razy wymyśla hasło „pan reżyser ujmuje zaskakująco delikatnymi środkami wyrazu w przedstawianiu życia bohaterów, jednocześnie ukazując ich codzienność z całą swą intymnością” Kurczę, założę się, że bardzo podobne zwroty czytałem w recenzji innego filmu o bardzo podobnej tematyce, tyle, że produkcji francuskiej.

    Tamten film odniósł we Francji duży sukces. Czyżby obopólne pragnienie posiadania „polskiego” życia Adeli? A może raczej Adela. Abla?

    PS. Swoją drogą, ciekaw jestem, jaki jest stosunek Tomasza Wasilewskiego do filmu „Życie Adeli”. Czy ktoś z was zauważył, że „Płynące wieżowce” są męską wersją dzieła Kechiche? Warto też zauważyć ujęcie, które jest IDENTYCZNE! w obu filmach. Pranie drugiej strony z liścia po pysku. Krzysztof, zauważyłeś to? Czyżby akces do tego, że związki homoseksualne są mocno naznaczone przemocą? A może…

    • Krzysztof Połas Połaski

      Przyznaję, że bardzo trafne i ciekawe spostrzeżenia. Oczywiście już się tłumaczę dlaczego uznaję „Płynące wieżowce” za udany film. Dla mnie jest to przede wszystkim obraz o rozpadzie związku, tym dziwnym czasie w życiu człowieka, gdy jedna osoba stopniowo jest odtrącana na rzecz drugiej. I to, czy reżyser pokaże nową relację jako związek oparty na prawdziwej miłości czy na zwierzęcym pożądaniu lub pragnieniu jedynie „zaliczenia” partnera jest dla mnie drugorzędne. Ważny jest efekt w postaci zakończenia związku i tego, jak to wydarzenie wpływa na życie odtrąconej osoby. Szczególnie podoba mi się to, że Wasilewski tak prawdziwie pokazuje Sylwię, która najpierw robi wszystko, aby jakoś utrzymać ten rozpadający się związek, a następnie jest gotowa wszystko przebaczyć, byleby tylko zatrzymać chłopaka przy sobie. Oczywiście uznaję brak tej prawdziwej, romantycznej miłości w relacji Kuby i Michała za jedną ze słabości tego filmu, ponieważ wychodzę z założenia, że jednak autor chciał pokazać jakieś „love story”, ale gdzieś w trakcie realizacji mu się to rozmyło. No chyba, że takie było założenie reżysera od początku, aby pokazać homoseksualną relację jako fanaberię i próbę ucieczki Kuby od matki, a ze strony Michała jako prawdziwe uczucie, ale to już zapewne moja nadinterpretacja. Jednak ten brak miłości, która być może po prostu nie zdążyła jeszcze się narodzić, nie jest tak dużą słabością, aby zakłócić mi pozytywny odbiór filmu, szczególnie, że istnieje jeszcze kilka plusów, dzięki którym kupuję ten obraz.

      Niezmiernie ciekawa jest dla mnie relacja Kuby z matką i chyba ta gra pomiędzy Banasiukiem a Herman mnie najbardziej fascynuje. Pozornie matka jest tylko gdzieś na drugim planie, jednak tak naprawdę to kluczowa postać, która determinuje większość, jeżeli nie wszystkie, decyzje i wybory Kuby. To ona nim steruje, a on próbuje bezskutecznie się od niej uwolnić. Pierwsza wersja scenariusza „Płynących wieżowców”, która powstała lata temu skupiała się właśnie na postaci matki i zapewne dlatego ten wątek wygląda na najbardziej dopracowany, a dopisana dużo później relacja pomiędzy dwoma zauroczonymi facetami już trochę gorzej.

      Kolejna z zalet tego filmu, która mnie do niego przekonała, to kreacja Mateusza Banasiuka. To dla mnie absolutne odkrycie tego obrazu. To wszystko złożyło się dla mnie na dość udany film. Nie wiem czy to mało, ale dla mnie wystarczyło, kupiłem to.

      Co do tytułu to się z Tobą zgadzam, bodaj Błażej Hrapkowicz w swojej recenzji o tym pisał. Przez niemal cały film się zastanawiałem o co chodzi z tymi wieżowcami, aby pod koniec okazało się, że to jakaś mało wyrafinowana metafora, wprowadzona do scenariusza chyba tylko po to, aby Mirosław Zbrojewicz miał jakąś kwestię.

      Faktycznie, pewne podobieństwa z „Życiem Adeli” wysuwają się niemal automatycznie. Akurat na tę konkretną scenę nie zwróciłem uwagi, ale motyw z „liściem” jest dość powszechny we wszelakich scenach zdrad, rozstań etc. Tak powszechny, że można zaryzykować stwierdzenie, iż jest już wyświechtany.

      Bardzo mocno czekam na trzeci film Wasilewskiego, który nam dopiero pokaże kim ten facet jest. Bo póki co wydaje się, że za każdym razem potrafi wyciągnąć jakieś wnioski. „W sypialni” było słabym filmem, w którym gdzieś jednak tliła się wizja. „Płynące wieżowce” są już znacznie lepsze, ale oczywiście do doskonałości im jeszcze daleko. Widzę w tym facecie potencjał, pytanie tylko, czy będzie potrafił go wykorzystać.

      • Kazik

        No, ok, dziękuję Ci za odpowiedź. Ale jednak, wiesz… To nie jest to. Wiem kim jest Koterski, wiem kim jest Smarzowski, mimo, że sam nie jestem fanem jego kina, to jednak facet ma swój styl i naprawdę sporo umie i kurczę, może te jego filmy są zbyt zanurzone w całym tym nihilizmie, w tej beznadziei, ale jest w tym coś o czym pisałem wyżej, kreowanie rzeczywistości. To jest jego świat.
        I w ogóle, w zestawieniu z „Płonącymi wieżowcami” każdy film Smarzowskiego wydaje mi się cholernie dobry.

        Tak więc nie wiem kim jest Wasilewski. Szanuję oczywiście twoje zdanie, jednak ani jego debiut ani tym bardziej „wieżowce” kompletnie mnie nie przekonują. Toksyczna relacja matki z synem. Ale to już było. Koszałka w swoim dokumencie chociażby wycisną z tego absolutnie wszystko co było można i to z dużo lepszym skutkiem. Piszesz o dobrze poprowadzonej postaci Sylwii, no ale, że co? Dla mnie to potworny schemat! Prawie jak Matka Polska wiecznie stęskniona i organicznie skłonna do poświęceń bez grama wolnej woli. W ogóle kobiety w polskim kinie dzielą się nieomal dosłownie na dwie kategorie: Albo kurwa, albo „miłość ci wszystko wybaczy” Nie ma nic pomiędzy. To takie fajne i super, że on on ją zdradza, a ona gada, że go i tak kocha, snuje się, szlocha i robi margarynę z oczu? Dla mnie to jedzie na kilometr brazylijskim tasiemcem i niech Wasilewski z tego wyciągnie także pewne wnioski.

        Swoją drogą piszesz i słusznie, że „W sypialni” jest filmem słabym a pan Muszyński z filmwebu twierdzi, że Wasilewski w swoim debiucie to perfekcji opanował warsztat. Jezu, pomyślałem, to jest jakiś jego kuzyn? Nie wiem, byli parę razy na wódce? Inna rzecz, że sama recenzja, ta filmwebowa, „Płonących wieżowców” jest dosyć dziwna, jak gdyby podszyta ironią a może mi się tylko zdaje.

        Masz rację, mówi się, że trzeci film jest najważniejszy. Ogólnie jednak jestem zdania, że dobry film zawsze się obroni. Choćby konkretnymi nagrodami zdobytymi na konkretnych festiwalach. Inna rzecz, że to wcale nie musi być miernik wartości. Tymczasem z „Wieżowcami” jest tak jak ze zdecydowaną większością, tych niby, dobrych polskich filmów. Są to po prostu nagrody pocieszenia a nie główne laury. No więc pewnie też na pocieszenie zdarzają się pozytywne recenzje na zasadzie, „a niech chłopak ma i się nie zraża” Pewnie a niech ma i na zdrowie.

        • Maria

          Zgadzam się ze wszystkimi Twoimi wypowiedziami, dorzucę jeszcze tylko, że Sylwia jest dla mnie koszmarną bohaterką. Najgorzą z najgorszych. Ja w ogóle nie rozumiem jej reakcji, bo też film w żaden sposób mi ich nie tłumaczy. Przez większą częśc senasu ma się wrażenie, że ona właściwie tylko „przeczuwa” (no ale widz też tylko przeczuwa związek Michałą i Kuby,jako, że w sumie na ekranie przez 90% czasu nie dostajemy nic prócz paru spojrzeń i dialogów mających nas utwierdzić w sytuacji). Dodatkowo, nie wiem, czy ona jest uciemiężona – dla mnie miała coś w sobie z psychopatki stalkerki :
          – rozmawiasz z kolegą na imprezie? Policzymy się w domu!
          – wysyłasz do kogoś SMS? UWAŻAJ SOBIE!
          – gdzie idziesz? co robisz? po co? z kim? Czemu wychodzisz?Czemu musiz iśc do niego? Niech on przyjdzie do nas! (uspokój się bo zamknę cię w piwnicy jak ostatnio! na tydzien!) – takie pytania padały non stop
          – Twoja matka wychodzi na noc do pracy? Uwazaj jak zostaniesz sam w domu! (a takiego wała gnojku ;))
          – chcesz Colę? Jak to nie chcesz Coli ?! (bierz Colę ale JUŻ)- dziab dziab widelcem po łapkach ;)
          ….
          Z tym ostatnim nieco przesadziłam, ale pytanie o Colę było tak wymuszone, ze zaczęłam podejrzewać , ze ona coś do napoju dosypała i teraz się wścieka, że jej złowieszczy plan nie ulegnie realizacji.
          No po prostu – over attached girl jak nic. Rozumiem jeszcze jakby Sylwia zaczęła się tak zachowywać pod wpływem zmian jakie spostrzegła u swojego chłopaka, jednak wydaje się, że ona od początku była tak bardzo zaborcza – np. nie widzę aby Kuba miał jakichkolwiek kumpli ( to w ogóle normalne aby w tym wieku nie mieć żadnego życia towarzyskiego szczególnie jeśli coś tam się studiuje, czy pływa wraz z grupą stale okreslonych i trenujacych osób?) . Miałam wrażenie, że on pół życia siedzi z Sylwią ciągle w domu, w łóżku. O słuszności mojej interpretacji niech świadczy fakt, iż już na samym początku reakcja Sylwii na rozmowez Kuby z Michałem była mocno przesadzona – mina, overacting, jakby zobaczyła nadchodzące tsunami. A niby czemu? Co w tym dziwnego, ze dwóch kolesi sobie rozmawia? Poważnie mam wrażenie, ze zadziałała tu nie żadna fabuła, ale jedynie silny imperatyw narracyjny reżysera nakazujacy bohaterom sugestywne reakcje w imię nadrabiania braków psychologicznych postaci po to, aby film wogóle był czytelny.

  • gunia

    dramatycznie niedobry film… nie rozumiem recenzji. Technicznie dobry? To czemu połowy tekstu nie rozumiem i muszę się posiłkować angielskimi napisami?! Historia jasna od pierwszego spojrzenia Sylwii na balkonie – już zagrane zostało wszystko, co się wydarzy do końca filmu. Scena oralna – PO CO? Niczego nie wnosi. Scena seksu w bramie – TRAGICZNA. Nieprawdziwa. Relacja głównego bohatera z matką – nieprawdziwa. NIebieska tonacja filmu – męcząca. Żałosne wyobrażenie o imprezach na dachach i podróżach pociągiem. Niczego nie dowiaduję się o głównym bohaterze – równie dobrze mógłby go grać inny aktor. Klisze, klisze, klisze i niewyraźnie mówiący aktorzy. Ja dziękuję!

  • gunia

    dramatycznie niedobry film… nie rozumiem recenzji. Technicznie dobry? To czemu połowy tekstu nie rozumiem i muszę się posiłkować angielskimi napisami?! Historia jasna od pierwszego spojrzenia Sylwii na balkonie – już zagrane zostało wszystko, co się wydarzy do końca filmu. Scena oralna – PO CO? Niczego nie wnosi. Scena seksu w bramie – TRAGICZNA. Nieprawdziwa. Relacja głównego bohatera z matką – nieprawdziwa. NIebieska tonacja filmu – męcząca. Żałosne wyobrażenie o imprezach na dachach i podróżach pociągiem. Niczego nie dowiaduję się o głównym bohaterze – równie dobrze mógłby go grać inny aktor. Klisze, klisze, klisze i niewyraźnie mówiący aktorzy. Ja dziękuję!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Polskie klasyki na blu-ray

Następny tekst

Fota #93 - The Andy Griffith Show



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE