Piła mechaniczna 3D | FILM.ORG.PL

Piła mechaniczna 3D

Twórcy „Piły mechanicznej 3D” deklarują wprawdzie, że ich film jest w prostej linii kontynuacją pierwszej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, pomijającą istnienie sequeli, remake'u i prequela, ale nie starają się odwzorować klimatu oryginału.




Wszystko zostaje w rodzinie




Grzegorz Fortuna
05.01.2013


Goszczący w kinach w zeszłym roku „Dom w głębi lasu” dobitnie pokazał, że slasher jako gatunek traktowany na poważnie jest już całkowicie martwy. John Luessenhop, reżyser „Piły mechanicznej 3D”, zdaje się doskonale o tym wiedzieć. Pierwszy akt swojego najnowszego filmu rozgrywa według wszystkich utartych slasherowych zasad – poznajemy więc kilkoro nastolatków (równie atrakcyjnych, co durnych), udających się vanem do teksańskiej mieściny, by obejrzeć dom, który jedna z bohaterek otrzymała w spadku. Na miejscu okazuje się oczywiście, że na spragnionych zabawy młodziaków czeka słynny morderca z piłą i charakterystyczną maską.

Konsekwencja, z jaką reżyser realizuje wszystkie schematy, do których przyzwyczaiły nas amerykańskie horrory z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jest wręcz podejrzana. Luessenhop każe swoim bohaterom potykać się podczas ucieczki po prostej drodze, uprawiać seks w stodole, w pośpiechu uruchamiać zepsuty samochód i podejmować śmiertelnie idiotyczne decyzje, by chwilę później jasno dać do zrozumienia, że grupa mięśniaków i ślicznotek na dobrą sprawę zupełnie go nie obchodzi. Pośpiesznie nakreślone problemy i niesnaski między bohaterami, które reżyser wprowadza niejako „dla zmyły”, szybko przestają być istotne, bo tytułowa piła mechaniczna idzie w ruch na tyle szybko, że nie mamy nawet okazji zwrócić na nie uwagi.

Gdzieś w połowie film Luesenhopa robi efektowną woltę i przestaje być klasycznym slasherem; role katów i ofiar się odwracają, na wierzch wychodzi skrywana przez lata tajemnica, a główna bohaterka, wspomniana wcześniej spadkobierczyni o imieniu Heather (co bardzo ładnie rymuje się z „leather”), musi uciekać nie tylko przed zamaskowanym oprawcą. Więcej zdradzić niestety nie mogę, bo element zaskoczenia jest największą – jeśli nie jedyną – zaletą „Piły mechanicznej 3D”.

Przewrotna i zaskakująca fabuła – najpierw wyzyskująca gatunkowe wzorce, a potem wywracająca je do góry nogami – sama w sobie jest całkiem ciekawa, ale nie chroni „Piły…” przed porażką, w rękach Luessenhopa staje się bowiem jedynie zasłoną dymną, która ma odwrócić uwagę od faktu, że to film głupi, głośny i zwyczajnie niepotrzebny. Oryginalna „Teksańska masakra piłą mechaniczną” była (i nadal jest, bo horror Hoopera ani trochę się nie zestarzał) arcydziełem gatunku i jednym z najbardziej niepokojących filmów gore, jakie kiedykolwiek nakręcono. Nie chodziło w nim o krwawą rzeźnię i bieganie za nastolatkami z piłą, a o duszny, schizofreniczny klimat (misternie budowany przez montaż, charakterystyczną, ziarnistą fakturę taśmy 16 mm i szarpiącą nerwy ścieżkę dźwiękową), a także o komentarz do tego, co działo się na początku lat siedemdziesiątych w przeżywającym kryzys amerykańskim społeczeństwie.

Twórcy „Piły mechanicznej 3D” deklarują wprawdzie, że ich film jest w prostej linii kontynuacją pierwszej „Teksańskiej…”, pomijającą istnienie sequeli, remake’u i prequela, ale nie starają się odwzorować klimatu oryginału. Ich film jest o wiele bardziej krwawy niż klasyk Hoopera – ściąganie skóry z twarzy czy odcinanie piłą członków pokazują w pełnym zbliżeniu – nie przekłada się to jednak na efekt, jaki „Piła…” wywołuje. O wiele częściej będziemy się śmiać, niż bać, a o przerażeniu nie ma w ogóle mowy. Nawet te sceny, które mają spory „horrorowy” potencjał, Loossenhop filmuje tak, jakby nie mógł się zdecydować, czy robi film grozy, czy jego slapstickową parodię.

Ostatecznie wychodzi z tego wielki bałagan, który w kilku momentach może zaintrygować – choćby ironicznym zakończeniem czy celną parafrazą jakiegoś motywu z oryginału – ale nie wywołuje żadnych konkretnych emocji, bo nie jest ani pełnokrwistym horrorem, ani zgrywą, którą można by obejrzeć dla zabawy.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Joe Chip

    Oryginał to była metafizyka w stanie czystym. Dzieło Hoopera robiło takie wrażenie jakby to było oskarżenie Boga o źle zrobiony świat. Leatheface i równie cierpiący na przypadłości członkowie rodziny byli skażeni genetycznie i upośledzeni biologicznie. Nie z ich winy, tacy się urodzili. Jednocześnie Hooper wyzyskał efekt podświadomej fascynacji i ekscytowania się przemocą ludzi. To praktycznie był jak dramat Becketta. A wszelkie remaki i sequele to już tylko kino rozrywkowe. Całkiem niezłe bo trójka czy remake to naprawdę dobre slashery. Niestety pozbawione głębi oryginału choć co by nie mówić były jednak również klimatyczne.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Ikonoklazmy. Popłuczyny po Westerplatte vs nowe kino patriotyczne

Następny tekst

Hitchcock/Truffaut. Jedyna taka książka!



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE