nowości kinowe

Perfect Sense

Eva Green i Ewan McGregor mierzą się z tajemniczą epidemią i odkrywają wielką prawdę, że świat bez miłości nic nie znaczy - jednak efekt mógłby być lepszy.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

(Nie)doskonały zmysł

Dla M.

Wmawiają nam, że to w zasadzie jest proste. Świat postrzegamy zmysłami – zgoda. Zmysły są pierwszą barierą, przez którą filtrujemy i katalogujemy nasze doświadczenia. Im mniej ich mamy, tym bardziej stajemy się bezbronni. Nauczeni postrzegania świata przez pryzmat zapachów, porządkowania wspomnień w rubryki – zapach trawy, zapach cygara, zapach płynu po goleniu – odcięci od nich tracimy cząstki własnej pamięci, a w konsekwencji cząstkę samych siebie.

Ale próbujemy dalej przetrwać i dalej czuć. Skoro nie węch, to może smak. Jeśli nie smak, to może wzrok. Jeśli nie wzrok, to może słuch. Konieczność katalogowania i odbierania świata wydaje się tak przemożna, że jej odebranie jest tragedią, dramatem na skalę światową, katastrofą. Wystarczy, by podważyć człowieczeństwo, wprowadzić chaos, posłać grupy zdesperowanych wandali na ulice.

I to jest świetny pomysł – analizowanie, jak człowiek radzi sobie po kolei, krok po kroku, ze stopniową utratą zmysłów. Jak próbuje zastąpić jeden drugim, jak próbuje się ratować. I mierzenie się z tym jest w istocie fascynujące. Czym jest świat wyzbyty zapachów? Czym jest potrawa, której nie możesz smakować? Czym jest fantastyczny efekt specjalny, którego nie możesz zobaczyć? Jak sobie z tym radzić? Jak to przetrwać? W jaki sposób poszczególne zmysły przekładają się na uczucia, ich intensywność, ich nasycenie? Co ma węch do żalu, co ma słuch do bolesnej, szczerej agresji? Wydaje się to oczywiste – tym samym kanałem przechodzi do nas to, co pożądane i dobre, jak i to, co sprawia, że cierpimy.

Ta zgrabna skądinąd i niebywale trafna analiza załamuje się jednak w połowie, ponieważ próba wysnucia teorii zmysłu doskonałego jest mało przekonująca. Zmysł doskonały – zmysł miłości. Świetny pomysł na film – więcej niż świetny pomysł, bo to film w dużej mierze poruszający, przejmujący, czy to przez świetnie nakręcone sceny szału poprzedzającego utratę kolejnego zmysłu, czy to przez uroczy, niemal baśniowy optymizm bohatera granego przez McGregora, czy to przez elegancko i delikatną kreską zarysowane uczucie rodzące się między parą protagonistów – w finale , kolokwialnie rzecz ujmując, pada na pysk. Widz, dotąd zafascynowany i nawet na swój sposób przekonany co do obrotu spraw, nie może oprzeć się rozczarowaniu. No jak to, tylko tyle? To ma być ta wielka teoria doskonałego zmysłu? Że w miłosnym szale zamykamy oczy, głusi na resztę świata, wypierając wszelkie dotychczasowe wspomnienia? Że w tym jest sens? Że w tym jest ocalenie?

Miłość, którą próbuje się nam sprzedać jako lekarstwo na wszystko, jako ultratrwałą wartość będącą w stanie pokonać każdą z barier, każdą stratę, każdy kolejny krok do tyłu, jest w istocie gloryfikacją samoograniczenia. Wszelka indywidualność, wszystko to, co czyni z nas niezależne, pojedyncze, całkowicie samoistne jednostki – wspomnienia, które zniknęły wraz z węchem, doznania, które przepadły wraz ze słuchem, realizacja, która kryła się w dźwiękach – jest warte poświęcenia, jest możliwe do poświęcenia, jest czymś, co po prostu można odżałować. Mamy naprawdę założyć, że w podstawowym stopniu określa nas drugi człowiek? To, że jest i to, co do niego czujemy? Czy to jest sprawiedliwe? Czy to, przede wszystkim, jest słuszna i kompletna teoria? Na swój sposób może bezpieczna i krzepiąca, w pewnej mierze zwalniająca od odpowiedzialności i samostanowienia. Tak, można nawet powiedzieć, że słodka, że idealistyczna, że piękna. Ale mówimy tu o tragedii całkowitej utraty świata w kształcie, który znaliśmy do tej pory, i o niemal żałosnej (chociaż twórcy filmu zdają się twierdzić – głębokiej i pożądanej) próbie określenia tego świata od nowa za pośrednictwem drugiej osoby. To może być element, tak. Ba, nawet powinien. Ale z pewnością nie podstawa. Z pewnością nie remedium. I z pewnością nie sposób na pokazanie, że przecież tak czy siak może być dobrze. Jakby to nie było ujmujące i urocze, jest jednak zbyt proste. I w dużej mierze krzywdzące. O co w zasadzie warto walczyć? Jaką jednostką chciałoby się być? Nawet w odniesieniu do innej osoby raczej tą pełną, obarczoną bagażem doświadczeń, jakiejś samoistności. Określanie się tylko i wyłącznie przez miłość na dłuższą metę po prostu nie działa. I tworzenie z tego złudzenia szczęścia nie jest uczciwe – a taką właśnie nieuczciwością popisali się twórcy tego filmu. 

 

Ostatnio dodane