nowości kinowe

PASAŻEROWIE. Jennifer Lawrence i Chris Pratt w kosmosie

Bezbolesna, banalna rozrywka na raz, która mogła zamienić się w coś o wiele lepszego, gdyby tylko reżyser oraz producenci mieli trochę większe celuloidowe jaja

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Kiedy Jim poznał Aurorę

Scenariusz Pasażerów autorstwa Jona Spaihtsa od prawie dekady krążył po Hollywood z metką jednego z najciekawszych niezrealizowanych materiałów SF i w końcu pieniądze na projekt wyłożyło studio Columbia. Moloch zaryzykował, zatrudniając do wyreżyserowania (przynajmniej w założeniach) rozbuchanego SF Mortena Tylduma, który w jankeskim kinie zapisał się na razie jedynie nieźle przyjętą Grą tajemnic, ale w głównych rolach obsadził już najbardziej rozchwytywane dzisiaj nazwiska w Hollywood: Jennifer Lawrence oraz Chrisa Pratta. I niby wszystko jest tutaj na miejscu, ale perfidia producentów oraz scenariusz-monstrum Frankensteina ostatecznie podkopały fundamenty tego momentami naprawdę intrygującego widowiska.

Największym grzechem produkcji jest jego reklama. Nie będę zdradzał fabularnych rozwiązań, ale zwiastuny filmu są nawet bardziej przekłamane niż zapowiedzi Legionu samobójców. Kluczowym elementem tej opowieści o wybudzonych o osiemdziesiąt lat przedwcześnie z hibernacji pasażerach stacji kosmicznej zmierzającej na „nową ziemię” jest diabelnie interesujący problem moralny, który stanowi jedyną oryginalną rzecz w całym filmie. Pierwszy akt Pasażerów jest bardzo dobry, a wybór jednego z bohaterów stanowi przyczynek do ciekawych dyskusji – to solidna opowieść o skrajnej samotności (w duchu Cast Away – poza światem albo Marsjanina), kruchości ludzkiej psychiki w momencie izolacji oraz ludzkiej desperacji i dyskusja z tezą: czy cel uświęca środki? Wstęp jest świetnie zagrany, sprawnie wyreżyserowany i nie przeszkadza nawet trochę zbyt rozrzedzający poważny temat slapstickowy humor.

Niestety tutaj pojawiają się zapewne producenci, którzy widząc, jak bardzo moralnie dwuznaczny jest problem postawiony przed bohaterami, zmieniający zupełnie optykę kosmicznej komedii romantycznej, zapowiadają widzowi w zwiastunach całuśną przygodę dwóch pięknych Amerykanów na stacji kosmicznej, zadurzonych w sobie jak małe króliczki, którzy muszą stawić czoła konwencji kina katastroficznego – jednocześnie zarzynając innowacyjne elementy scenariusza. Bo jak dzisiaj coś nie wybucha w kinie SF, to nie ma wejścia na box office’ową imprezę. Dlatego nadchodzi akt drugi, który zamiata cały niewygodny problem moralny pod dywan (a gdy do niego nawiązuje, to dosyć pokracznie i po łebkach), a na scenę wkracza urocza komedia romantyczna, która zarobiłaby swoje w lutym, ale w grudniu jest niestety skazana na porażkę – szczególnie jeśli widz ma świadomość tego, jakie wydarzenia doprowadziły do odpalenia w filmie właśnie tej konwencji.

Nie jest to źle zrealizowany segment – Jennifer Lawrence i Chris Pratt mają naturalną chemię i są po prostu jednymi z najfajniejszych (to idealne słowo, naprawdę) aktorów w dzisiejszym Hollywood. Ładni, naturalnie zabawni, charyzmatyczni – potrafią znacznie zakryć swoją grą ziejące w tle dziury scenariuszowe oraz nieprzemyślaną konstrukcję całości.

Zresztą oni nie mają tutaj czego odgrywać, a po prostu są sobą – Pratt robi nieustannie maślane oczy wiecznie zdziwionego chłopca, a Lawrence to szalona, momentami aż nazbyt wybuchowa kumpela z sąsiedztwa. Ciągną ten wózek z całej siły. Szkoda, że te ich starania stara się zbombardować Thomas Newman ze swoją przeraźliwie ckliwą muzyką – naprawdę, widz nie musi mieć w każdym momencie łopatologicznego dźwiękowego zaznaczenia, że „o, teraz bohaterowie są zachwyceni kosmosem”, „o, teraz pałają do siebie miłością”, bo aktorzy te uczucia dobrze odgrywają. Warto też wspomnieć o świetnie uzupełniającym parę Michaelu Sheenie w roli robo-barmana – wyciska ostatnie soki z marginalnej rólki.

Niestety pod względem integralności formalno-fabularnej film zbyt często niemiłosiernie zgrzyta. Trzy akty średnio do siebie przystają, przypominając bardziej zlepione na siłę odcinki jakiejś antologii telewizyjnej, a najbardziej niepotrzebny i wyświechtany jest „katastroficzny” finał, gdzie problematyka moralna oraz relacje bohaterów zostają sprowadzone do najprostszych, nużących rozwiązań. Niby protagoniści latają jak w ukropie, do zabawy dołączają skafandry kosmiczne, ale nie ma w tym grama serca – reżyser po prostu odhacza kolejne punkty z listy „do zrobienia w blockbusterze SF”. A tego SF w filmie też zresztą nie ma tak dużo – niby jest futurystycznie ascetyczny superstatek kosmiczny, ale scenografia to piąta woda po kisielu gatunkowym, której najbliżej jest do budżetowych korytarzy telewizyjnych Star Treków połączonych z wnętrzami nowojorskich hoteli. Ani na moment nie zapiera tchu w piersiach, nie sprawia, że chcemy razem z bohaterami poznawać nowe pomieszczenia pojazdu.

Ale czy jest to zły film? Nie. To na pewno festiwal straconych szans i zdewastowanie świetnego pomysłu wyjściowego, który mógł popchnąć całość w stronę bardzo dobrego thrillera psychologicznego. Niestety, w ostatecznej formie widzowie dostają wyraźnie kulejący patchwork – niby dramat o osamotnieniu, niby komedię romantyczną, niby film katastroficzny, niby SF. Niby. Pasażerowie są w finalnej formie nad wyraz bezpieczni, ckliwi i zaplątani w konwencjonalne schematy, ale jednocześnie niezwykle urokliwi (jeśli przymknie się oko na problematykę moralną i skupi na pięknych twarzach aktorów), nieźle zagrani, momentami zabawni i odznaczają się całkiem niezłym tempem narracji. To bezbolesna, banalna rozrywka na raz, która mogła zamienić się w coś o wiele lepszego, gdyby tylko reżyser oraz producenci mieli trochę większe celuloidowe jaja.

korekta: Kornelia Farynowska

  • TAGI:

Ostatnio dodane